O co chodzi milenistom

66
Badania socjologiczne potwierdzają, że w miejscach pracy, gdzie aktywnie realizuje się politykę większej dywersyfikacji kadry, wzrasta produktywność zespołów FOTO: PEXELS.COM

Ratunku! Pomocy! Zbliża się koniec świata! Generacja milenistów uważa, że pracodawca, zatrudniając nowe kadry, powinien przykładać większą uwagę do tzw. zróżnicowania (diversity) niż do kwalifikacji wypisanych w CV. Albo inaczej: generacja, którą w chwili obecnej tworzą dwudziesto- i trzydziestolatki (22-38 lat), bardziej ceni sobie pracę w zróżnicowanym środowisku społecznym i etnicznym niż z ludźmi, którzy legitymują się większą liczbą dyplomów, szkoleń i może nawet doświadczenia w wykonywaniu zadań, za jakie są odpowiedzialni.

Tak wynika z ostatniego sondażu Johna Zogby’ego, znanego badacza trendów w amerykańskiej polityce i społeczeństwie, specjalizującego się w odnotowywaniu zwłaszcza różnic dzielących pokolenia. A to dopiero początek rewelacji. Zogby donosi ponadto, że mileniści pociągają korporacyjną Amerykę do całkiem innej odpowiedzialności niż ta, którą utarło się Ameryce przypisywać do tej pory, mianowicie tworzenie miejsc pracy. Mileniści żądają, by korporacyjna Ameryka połączyła siły i środki, i za swój najważniejszy cel obrała walkę z globalnym ociepleniem. Globalne ocieplenie jest bowiem, zdaniem milenistów, absolutnie najważniejszym wyzwaniem, przed jakim stoimy jako ludzie. Wierzy w nie – bo przecież wciąż toczymy spory, czy jest, czy nie jest prawdziwe (sic!) – huraganowa większość z nich; konsekwentnie, i to od lat, jest to poziom przekraczający 80%. Warto wspomnieć, że liczba ta pozostaje odporna i na klimat polityczny, i ideologiczny Waszyngtonu. Nie zmieniła się nawet po tym, gdy Biały Dom przejęli klimatyczni sceptycy, adiustujący w związku z tym oficjalne stanowiska USA w tej sprawie na scenie międzynarodowej.

I jedna, i druga postawa to, jak trafnie wskazuje sondażysta Zogby, dość duży policzek wymierzony… no cóż, właściwie wszystkim wiekowo powyżej milenistów, chociaż baby boomerom, czyli rodzicom tej generacji, najbardziej. Taki sposób wartościowania burzy bowiem porządek świata, który po tej stronie globu obowiązywał od dawien dawna, i na którym opiera się nasze automatyczne myślenie o rynku pracy, zadaniach pracodawcy i pracownika, wreszcie – prawach i przywilejach tych, którzy w rolach pracodawcy występują. Jaki dokładnie porządek? Ano choćby taki, że jest logiczne i wskazane, by pracodawca wybierał sobie przede wszystkim takich pracowników, którzy wydadzą mu się najbardziej kompetentni czy przeszkoleni do wykonywania obowiązków, jakie im zleci. I po drugie: że pracodawca ma prawo pilnować przede wszystkim czubka własnego nosa – motto po tej stronie świata uświęcone mocniej niż gdziekolwiek indziej i bardziej niż gdziekolwiek chronione prawnie! Pracodawca ma prawo brać pełnymi garściami z zasobów ludzkich i wszelkich innych, o ile tylko nie wchodzi w kolizję z regulacjami albo umie owe regulacje „obejść” na swoją prywatną korzyść. Nie jest przypadkiem, że to amerykańska korporacja wymyśliła tanie zaplecze produkcyjne w Azji oraz offshoring (wyprowadzanie miejsc pracy za granicę), a dzisiaj z szelmowskim uśmiechem i na potęgę zmienia swoje korporacyjne obywatelstwo na rzecz innych krajów, by uniknąć odprowadzania podatków do amerykańskiej kiesy. Apple, jak wiemy, jest firmą irlandzko-francuską, a Google zawiaduje światem ze swojej głównej siedziby na Bermudach.

A więc jak nic – rewolucja. Rewolucja!

Chyba że… Chyba że postawa milenistów wcale nie jest przejawem żadnego zbiorowego zaćmienia umysłu, a po prostu manifestacją ewolucji, która odbywa się w amerykańskim umyśle już od pokoleń? John Zogby wyjaśnia to tak: „To, co boomersi napoczęli, występując przeciwko ustanowionej władzy i porządkowi, co potem generacja X zaadaptowała, postulując większą wiarę we własne siły niż w instytucje, mileniści udoskonalili. Czeka nas potężny ruch na rzecz odebrania władzy centralnym ośrodkom w sposób całkiem podobny do tego, jak to się dzieje w świecie technologii blockchain (łańcuchy bloków)”.

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze, głosi znane powiedzenie. I tym razem można go użyć do zrozumienia postawy milenistów. Po pierwsze, mamy do czynienia z generacją znacznie zubożałą w porównaniu z poprzednimi pokolenia w historii USA. Odpowiadają za to turbulencje rynkowe ostatniego dziesięciolecia oraz – niemal jednoosobowo – stopień zadłużenia, z jakim wchodzą w dorosłe życie (dług studencki). Dane ekonomiczne pozostawiają milenistów daleko w tyle za stanem posiadania i możliwościami finansowymi dostępnymi w porównywalnym okresie ich rodzicom, a co więcej – wskazują, że bez względu na to, jak mileniści byliby agresywni i zawzięci w swoich działaniach, pracowici, utalentowani i odbywający przysłowiowe tańce na rzęsach dla osiągnięcia celu, to do tego stanu i możliwości nigdy, jako grupa, nie dojdą. Druga część odpowiedzi na pytanie o klucz do ich rewolucyjnej postawy leży właśnie w odpowiedzi na pytanie: dlaczego nie osiągną?

Nie osiągną, bo choć amerykańscy politycy starszej daty zachowują się jakby problem w ogóle nie istniał, mileniści widzą, że ich zasoby, jako podatników i jako obywateli świata, będą musiały być spożytkowane na rozwiązywanie problemów migracji mas ludzkich. Zarówno migracja pod granice USA, jak i migracja pod granice Unii Europejskiej mają tę samą przyczynę: bezprecedensowe susze i wyjaławianie całych połaci kontynentów, efekt globalnego ocieplenia. Jeśli nie zainwestujemy w rozwiązania – w tym technologiczne – które umożliwią mieszkańcom tych rejonów dalsze życie w granicach ich własnych krajów, przestrzelimy sobie stopy, i to obie.

Z drugiej strony mileniści w USA z uwagą i rozpaczą przyglądają się trendowi pogłębiania się nierówności – dochodowych i społecznych – które roznoszą w pył całą ideę „mobilności klas”, przekształcając Amerykę w państwo, od jakiego jej pierwotni architekci chcieli ją uchronić! Niepokoje społeczne, zwłaszcza na tle rasowym, nie sprzyjają budowaniu dobrobytu. Sprzyjają jedynie socjalnym plagom i szerzeniu się kultury paranoi oraz przemocy. Najlepszym dowodem, że ku temu zmierzamy, jest coraz większe „zbrojenie się” statystycznego amerykańskiego cywila, który jest przeświadczony, że świat wokół niego zwariował i tylko karabin z nabojami gwarantuje mu dzisiaj bezpieczeństwo.

Wreszcie, niedorzeczna i jednocześnie rewolucyjna postawa milenistów wcale nie jest taka niedorzeczna ani taka rewolucyjna, jeśli wesprzemy się wynikami badań socjologów! Potwierdzają one, że w miejscach pracy, gdzie aktywnie realizuje się politykę większej dywersyfikacji kadry, wzrasta produktywność zespołów! Dzieje się tak, bo pracownicy mają poczucie, że obracają się w środowisku, które jest bardziej reprezentatywne do realnego świata, w związku z czym wzrasta poczucie wartości i sensu ich pracy. Uważają przy tym, że pozytywnie rozwijają się jako ludzie, gdyż uczą się tolerancji dla wartości, do których w przeciwnym razie nie mieliby dostępu. A to czyni z nich lepszych obywateli swoich lokalnych społeczności i reszty świata.

Inne stare powiedzenie głosi: Ci, którzy są wystarczająco szaleni, by myśleć, że mogą zmienić świat, rzeczywiście go zmieniają. Mileniści, prowadźcie nas ku przyszłości tak, jak wydaje się wam właściwe, bo podążanie obecną ścieżką myślenia o otaczającym nas świecie na pewno nie doprowadzi nas do żadnych przełomowych rozwiązań.


Mileniści w USA z uwagą i rozpaczą przyglądają się trendowi pogłębiania się nierówności – dochodowych i społecznych – które roznoszą w pył całą ideę „mobilności klas”, przekształcając Amerykę w państwo, od jakiego jej pierwotni architekci chcieli ją uchronić! Niepokoje społeczne, zwłaszcza na tle rasowym, nie sprzyjają budowaniu dobrobytu. Sprzyjają jedynie socjalnym plagom i szerzeniu się kultury paranoi oraz przemocy.