Odraczanie egzekucji

409

Tylko w lipcu br. w Stanach Zjednoczonych w ciągu kilku dni wykonano trzy egzekucje skazanych w sądach federalnych. Uśmiercenia te były pierwszymi od 2003 roku, kiedy stracono Louisa Jonesa Juniora, który w 1995 roku uprowadził, zgwałcił i zamordował 19-letnią Tracie Joy McBride.

Większość wyroków z karą główną jest wydawana przez sądy stanowe, sądy federalne serwują ją za przestępstwa o szczególnym znaczeniu, takie jak zdrada stanu, szpiegostwo, handel narkotykami na szeroką skalę, akt terroru, morderstwo, a nawet usiłowanie zabójstwa sędziego, świadka, ławnika czy oficera sądowego.

Federalna kara śmierci jest także stosowana w stanach, które nie mają jej w swoim systemie wyrokowania, gdyż federalne prawo kryminalne jest takie same dla całego kraju i egzekwowane jest przez sądy federalne.

W chwili obecnej ostatniego posiłku oczekuje 59 przestępców. Z wyjątkiem kilku skazańców przebywają oni w kompleksie więziennym w Terre Haute w stanie Indiana, w którym także wykonuje się większość egzekucji.

Kara śmierci to trudna kwestia, z którą zmagają się Amerykanie. Patrzą na nią pod różnymi kątami: religijnym, moralnym, politycznym, prawnym. Wszytskie wprowadzają ich w rozterki w zależności od tego, jakiego są wyznania, jakie mają przekonania moralne, do jakiej należą partii.  Jednak jedna kwestia – prawna – budzi w nich najmniej kontrowerii, jest bowiem prostolinijna i jasna. Konstytucja wyraźnie wskazuje możliwość jej stosowania, a Kongres autoryzował wprowadzenie jej do systemu wyrokowania, od kiedy w 1790 roku George Waszyngton podpisał Kodeks Prawny.

Amerykanie systematycznie trzymali się tej decyzji, czego wynikiem była Ustawa o Federalnej Karze Śmierci podpisana przez Billa Clintona w 1994 roku, federalna egzekucja Timothego Mc Veigha za prezydentury Georgea W. Busha i decyzja Ministerstwa Sprawiedliwości za rządów Baracka Obamy ubiegania się kary głównej dla terrorysty Dzhokhara Tsarnaeva, który wraz z bratem podłożył bomby podczas bostońskiego maratonu i Dylanna Roofa, który zastrzelił dziewięciu czarnych wiernych w kościele w Południowej Karolinie.

Zwykle egzekucjom towarzyszą dyskusje o celowości kary śmierci i protesty przeciwników jej wykonywania. Sygnalizowane na początku arytykułu niedawne trzy stracenia odbyły się bez większych demonstracji i kampanii prasowech przeciwko nim. Czym to było spowodowane?

Nie mam żadnej pewności, ale przypuszczam, że w chwili szalejącej pandemii koronowirusa, która zabija tysiące niewinnych ludzi (w dniu pisania tego artykułu zmarło prawie 175 tysięcy), walka o ocalenie okrutnych morderców byłaby policzkiem w twarz dla rodzin ofiar i pogardą dla wymiaru spraweiedliwości, który doprowadził do ich schwytania i osądzenia.

Jednak znaleźli się tacy, którzy nie zaprzestali działań na rzecz skazańców: ich obrońcy. Z tytułu wykonywanego zawodu adwokat ma bronić swojego kilenta, więc robi wszystko, żeby wyciągnąć go z tarapatów, pytanie za sto złotych brzmi: czy robi to z klasą i dopuszczalnymi metodami?  Niestety, nie zawsze.

W artykule opublikowanym w „New York Times” 17 lipca, czyli trzy dni po egzekucji Daniela Lewisa Lee, dwóch jego prawników skarżyło się, że ich klient został stracony z „haniebnym pośpiechem” pomimo tego, że wyrok skazujący zapadł ponad dwadzieścia lat temu i po wyczerpaniu wszystkich przysługujących procedur apelacyjnych oraz prośb o opóźnienie wykonania wyroku, ostatniej złożonej w dniu egzekucji.

Chyba nikt nie powie, że dwie dekady prawnych roszad to za mało na ratowanie skazanego? Egzekucja Lee była ogłoszona prawie rok temu i pierwotnie zaplanowano ją na grudzień ub. roku. Na prośbę adwokatów została przesunięta o sześć miesięcy w celu upewnienia się procedury związanej z wstrzyknięciem zastrzyku z trucizną.

Po odrzuceniu obaw o zadanie skazanemu „niegodnego człowieka okrucieństwa” przez Sąd Apelacyjny, co już stało się standartem przy tego typu sprawach, Ministerstwo Sprawiedliwości wyznaczyło nową datę, dając dodatkowo cztery tygodnie wyprzedzenia.  W dniu stracenia, gdy rodzina ofiar była już w więzieniu w Terre Haute w Indianie, żeby obserwować egzekucję, prawnicy wystąpili o opóznienie wykonania kary. Odroczono ją o kilka godzin, ale gdy Sąd Najwyższy dał zielone światło, kat wykonał swoje zadanie.

Nieco inną taktykę odwlekania egzekucji obrali adwokaci drugiego skazanego Wesleya Purkeg’o, który w 1998 roku uprowadził, zgwałcił, zamordował, poćwiartował i wrzucił do szamba 16-letnią Jennifer Long.

Argumentowali, że ich klient z uwagi na schizofrenię, chorobę Alzheimera i uszkodzenia mózgu jest niezdolny do zrozumienia wymierzonej mu kary. Dodatkowo twierdzili, że wyznaczona egzekucja to także odwet rządu federalnego za jego częste skargi na złe warunki panujące w więzieniu.

Po prawnych przepychankach, których wyliczanie nie ma sensu, Sąd Najwyższy głosami 5 do 4 nakazał wykonanie wyroku.

Trzecia federalna egzekucja odbyła się bez zwłoki, ale i tak przyszła za późno dla ojca i dziadka trzech zamordowanych osób. Zmarł na raka w 2018 roku. Pisząc to nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że jestem zagorzałym zwolennikiem kary śmierci. Nie, kroi mi się serce, jak ktoś odchodzi z tego świata, nawet jeżeli jest to odejście w majestacie prawa. Niemniej jednak uważam, że jeśli zezwala ono na pozbawienie kogoś życia, kara główna dla rasisty i potrójnego mordercy winna być wzorcowym przykładem sprawiedliwości. I jeżeli ma być wymierzana, nie powinna być hipotetyczna, kiedyś musi być wykonana, w przeciwnym razie traci charakter odstraszania i grozy.