Omar i Tlaib miały podbijać Bliski Wschód…

1
Kongresmanki Ilhan Omar (z prawej) i Rashida Tlaib (z lewej) reprezentują skrajnie lewicowe skrzydło Partii Demokratycznej Foto: EPA

Już nie cztery demokratyczne kongresmanki, należące do zespołu szumnie nazwanego Squad, ale dwie jego wojownicze członkinie postanowiły walczyć o prawo do wyważania otwartych drzwi. Na nic się nie zgadzają i uzurpują sobie prawo do prowadzenia polityki zagranicznej USA.

Ich oskarżycielskie wystąpienia i książęce żądania przede wszystkim mają wprowadzać dezorientację przez dodatkowe podziały już i tak rozwarstwionej i chaotycznej opinii publicznej. Sprytnie, na wabika, została wystawiona 90-letnia babcia Rashidy Tlaib.

CO TYM RAZEM DAMY WYMYŚLIŁY?

Że odwiedzą Izrael, bo tak chcą i tak im się podoba.

A było to tak:

Miały dziewczyny pojechać na wycieczkę zorganizowaną przez palestyńską organizację pozarządową, ale 15 sierpnia 2019 roku Izrael odmówił im wjazdu. Równocześnie prezydent Trump, odczuwający nieskrywaną animozję do muzułmańskich reprezentantek napisał na Twitterze: „Jeśli Izrael pozwoli na wjazd Omar i Tlaib, będzie to świadczyło o jego słabości. One nienawidzą Izraela i wszystkich Żydów. Nic nie jest w stanie zmienić ich poglądów”.

Ale już 16 sierpnia Izrael zgodził się na wjazd Tlaib (prosiła) w ramach misji humanitarnej, aby mogła zobaczyć się z babcią. Rashida Tlaib jest z pochodzenia Palestynką. Jej mama urodziła się w okolicach Ramallah, czyli na Zachodnim Brzegu, niedaleko wschodniej Jerozolimy, z serca której pochodzi jej ojciec.

Tutaj dramat powinien się zakończyć, ale tak nie jest, bo Tlaib pozwolenie dostała, ale zajadła Omar nie.

W tym podzieleniu przywilejów należy upatrywać późniejszego zamieszania.

Wdzięczna Tlaib najpierw podpisała zobowiązanie o nieszerzeniu politycznego defetyzmu i mogła zdobyć sympatię swoim oddaniem 90-letniej babci, dla której postanowiła wyciszyć swoje poglądy.

Ale jak to? Tlaib ma jechać, a Omar nie?!

To się nie może zdarzyć, bo jak pokazuje arabska mentalność, bierzemy wszystko albo nic, co jest przecież od początku konfliktu hasłem przewodnim Palestyńczyków. Jakby stan wojny i niezgody dostarczał masochistycznej przyjemności. Nie należy oczywiście sądzić, że Izrael ma czyste ręce, ale w tym niekończącym się konflikcie obie strony są siebie warte.

Zatem kochająca babcię Rashida po kilku godzinach zrezygnowała z jej widzenia, bo izraelskie warunki wpuszczenia – jak się wyraziła – były „opresyjne”.

I w ten sposób babcia poszła w kąt, a Omar wygrała, bo w jej mniemaniu, jeśli bez niej, to w ogóle. Jakby z zachodniej strony Jordanu mało było problemów, zatem najlepiej jeszcze wpuścić amerykańską reprezentantkę o agendzie nienawistnej zarówno do USA, jak i Izraela. Osobę oficjalną, która jednak z nikim i niczym się nie liczy, a nader wszystko nie ma w Izraelu krewnych, nie jest obywatelką tego kraju, ani nawet rezydentką, aby dawała upust swoim mrocznym fantazjom politycznym, naznaczonym pierwotną brutalnością kraju, z którego pochodzi.

Rashidy Tlaib nie cechuje aż taka bezkompromisowość, jako Amerykanki urodzonej i wykształconej w Stanach. Jej spojrzenie mimo określonych poglądów politycznych jest nieco łagodniejsze (pierwotna zgoda na izraelskie restrykcje), w przeciwieństwie do Omar, niosącej wojownicze nastawienie swoich somalijskich współplemieńców, których pamięta z dzieciństwa (jest naturalizowaną Amerykanką).

POGLĄDY POLITYCZNE MUZUŁMAŃSKICH WOJOWNICZEK

Najpierw obie reprezentantki są gorącymi zwolenniczkami działań organizacji Boycott, Divestment, Sanctions (Bojkot, Dezinwestycja, Sankcje), promującej embargo na wszystko, co pochodzi z terenów okupowanych. Następnie Tlaib uważa, że wysiedleni Palestyńczycy winni odzyskać prawo do powrotu na swoje ziemie, i że ona w żaden sposób nie popiera „Izraela według Netanjahu”.

W lipcu Tlaib i Omar znalazły się wśród 17 członków Kongresu, którzy głosowali przeciw ustawie potępiającej działalność BDS.

Cele szlachetne, bo należy oddać Palestyńczykom to, co im zabrano, i może dla Tlaib występowanie w obronie praw palestyńskich jest szczere, ale dla Omar to instrument siania zamieszania i destrukcji w Kongresie.

Omar, podobnie jak pozostałe trzy członkinie Squadu – które ogromnie potępiają warunki egzystencji nielegalnych emigrantów na południowej granicy – gdy doszło do głosowania w Kongresie nad przyznaniem 4,5 miliarda dolarów na humanitaryzację egzystencji tych ludzi, głosowała przeciw. A przecież najgłośniej krzyczała o klatkach, w których Trump zamyka dzieci zabrane rodzicom (oryginalnie był to pomysł prezydenta Obamy). Dla nas, przedstawicieli zachodniej kultury, nie jest to zrozumiałe, ale znowu, dla muzułmanek i przedstawicielek partii socjalistycznej to jest prawidłowa reakcja: wszystko albo nic. Zatem żadne akceptowanie pomocy dla ludzi głodnych i spragnionych, ale likwidacja Immigration and Customs Enforcement, jako siły czyniącej zło, bo w ten sposób wychodzi się naprzeciw globalizmowi, czyli światowej wiosce bez granic, szczęśliwej, bo bezpaństwowej, bezetnicznej, gdzie nie istnieją żadne poziome połączenia rodzinne czy religijne, za to panuje kompletne uzależnienie jednostki od korporacji. Omar tak głupia nie jest i jedynie pod pozorem poglądów progresywnych pragnie zniesienia granic, a przynajmniej służb dbających o ich szczelność, aby jej współplemieńcy w wierze i podejściu do zachodniej kultury mieli łatwiejszy dostęp do USA. A wtedy to oni nam pokażą, że atak na WTC to były zaledwie igraszki.

Nie ma co przepadać za Izraelem, ale ministerstwo spraw wewnętrznych tego kraju miało stuprocentową rację nie wpuszczając awanturniczej Somalijki Ilham Omar.

Głęboka niechęć zarówno polityczna, jak i osobista panuje na linii prezydent Trump – niesforne reprezentantki, które coraz mniej dają się lubić, a demokraci, do których należą, izolują je jak trędowate, i trudno się dziwić.

Sama Nancy Pelosi zdystansowana jest od dość dawna od wyskoków panienek ze Squadu, a jej jednak salomonowa mądrość nakazała ostatnio wygłosić następujący pogląd, co powoduje zrozumiałe w jej przypadku odsunięcie się od Trumpa i Netanjahu: „My [USA] mamy głębokie, długo trwające obustronne porozumienie z Izraelem, dłuższe niż trwanie [kadencji] Donalda Trumpa i Benjamina Netanjahu […]. Nie możemy pozwolić, aby ich słabości zakłócały naszą nieustającą relację”.

O panienkach awanturnicach nawet nie wspomina.