Opowieść o panu S.

4

Wakacje wciąż w pełni, mam nadzieję, że choć części z Państwa udało się wyjechać na jakiś urlop, ewentualnie takowyż jest blisko na horyzoncie. Że udaje się Państwu uciec myślami od szarej codzienności i oddawać się myślom pięknym, pokrzepiającym, przywracającym wiarę w ład i sens naszego świata, a może nawet wprawiającym w stan pobudzenia umysłowego, jak ten świat moglibyśmy ewentualnie poprawić, by jeszcze lepiej nam służył.

Nie wiem, czy jestem w moim postępowaniu odosobniona, ale w wakacje często wracam myślami do rozmaitych zdarzeń z przeciągu roku szkolnego. Chciałabym, by wskazywały mi moje błędy w działaniu i myśleniu, jak trzeba, to także błędy innych, i bym dzięki temu mogła w nowym roku szkolnym popełniać tych błędów mniej oraz patrzeć na świat z poszerzonej perspektywy, umożliwiającej lepsze rozumienie niektórych zjawisk i sytuacji. Zdarza się nierzadko, że takie retrospekcje skutkują frustracją. Podzielę się dzisiaj jedną z nich, bo wydaje mi się, że to rodzaj frustracji, w którą popaść powinno jak najwięcej z nas, by sprokurować potrzebne zmiany.
Pod koniec maja Młodsza przyszła do domu ze smutną wiadomością.
<z16.00>—<z$> W przyszłym roku pan S. już nie będzie uczył w naszej middle school – oświadczyła.
– Ciebie i tak już tam nie będzie – próbowałam ją pocieszyć.
Pan S., nauczyciel biologii, był jej ulubionym pedagogiem, a ja już po pierwszym spotkaniu zrozumiałam, dlaczego. Pan S. był nie nauczycielem, a pedagogiem właśnie. I to przez duże, największe „P”. Na jego lekcjach, oprócz budowy komórki i składowych części układu pokarmowego dżdżownicy, regularnie odbywały się dyskusje, inicjowane przez nauczyciela, na tematy, które ogólnie można nazwać „wychowawcze”. Pan S. potrafił bardzo płynnie przechodzić od układu pokarmowego dżdżownicy do układu sił międzyludzkich w szkole, na ulicy, w społeczeństwie. Omawiając rolę tlenu w procesie oddychania poszerzał temat o wątek innych elementów niezbędnych człowiekowi do dobrego, produktywnego życia jako członka większej społeczności. Rozwijał więc np. debatę o potrzebie i znaczeniu szacunku oraz tolerancji względem innych. Pytał swoich podopiecznych od kogo, ich zdaniem, zależy, by mogli żyć bezpiecznie i w poczuciu, że na świecie jest miejsce na ich pomysły, sukcesy, a także i klęski. Pan S. lubił swoich uczniów inspirować i przypominać im na każdym kroku, że w życiu każdego z nas ważny jest każdy dzień i każde zachowanie, oraz że nigdy nie jest za późno na to, by stać się lepszym człowiekiem.
Podejrzewam, że gdybym ujrzała pana S. na ulicy, niekoniecznie przyszłoby mi do głowy, że jest nauczycielem.<z16.00> <z$>Z kilkoma tatuażami na przedramionach, kolczykami w uszach i w spodniach bojówkach pasował raczej do portretu mechanika samochodowego czy sprzedawcy w hipsterskim barze, oferującym produkty z wyciągiem z cannabis – operuję tu oczywiście paskudnymi uproszczeniami i stereotypami. Wystarczyła jednak chwila rozmowy na pierwszej wywiadówce, by pojąć, że jako nauczyciel jest on najwłaściwszym człowiekiem na najlepszym dla siebie miejscu. Choć miał lekcje w kilku klasach, a więc do „ogarnięcia” grubo ponad setkę dzieciaków, już pod kilku tygodniach nauki dobrze znał każdego ze swoich uczniów.<z16.00> <z$>Z każdym, o czym donosiła mi Młodsza, starał się regularnie rozmawiać w cztery oczy i to preferencyjnie nie na temat pracy domowej, a życia dziecka. Ze szczególną uwagę obserwował zwłaszcza tych, którzy sprawiali tzw. kłopoty, wchodząc następnie w buty klasowego wychowawcy w polskim tego słowa znaczeniu (uczniowie w amerykańskich middle school takowych nie posiadają) i poświęcając, jeśli trzeba, swój prywatny czas na interwencję w imieniu dziecka u innych nauczycieli.
Młodsza była dla pełna uznania dla pana S. przede wszystkim za to, że nigdy nie tracił cierpliwości i każdego, nawet największego rozrabiakę i mąciwodę, traktował z szacunkiem. Miał też zasadę, że szanował wybory innych. Za taki wybór uważał brak pracy domowej. Także przeszkadzanie na lekcji, nieprzygotowanie do klasówki, a nawet odmowa pisania tejże. Przyjmował te wybory ze stoickim spokojem, nikogo do niczego nie przymuszał, powtarzał jedynie, że wybory pociągają za sobą konsekwencje i stąd ważne jest, by dokonywać ich z rozmysłem.
– Nie powiedział nam tego wprost, ale można się domyślić, że go zwolnili – stwierdziła Młodsza.
Zaniepokoiło to mnie. Dziecko to dziecko, wiadomo, inaczej patrzy na świat dorosłych, ale czyżbym ja też źle oceniła pana S.?
– Chyba poszło o to, że władzom szkoły nie podobała się jego filozofia nauczania – kontynuowała tymczasem Młodsza.
– Uprawiał fantastyczną filozofię, przecież większość z was szczerze go kochała, bo widać było, że mu zależy nie tylko na waszej wiedzy, ale i waszym człowieczeństwie! – wywołałam z pamięci osobiste słowa Młodszej.
– No tak. Ale to znaczyło, że jak ktoś nie chciał pisać testu, w tym kuratoryjnego, to pan mu pozwalał nie pisać.
– I pewnie poszło po wynikach dla całej szkoły… <z16.00>—<z$> domyśliłam się od razu.
– Na pewno poszło po wynikach. Jak ktoś takiego testu nie pisze, a był tego dnia obecny, to liczą to jako wynik zerowy! – zgodziła się Mniejsza.
Testy! Nie tylko szkoła amerykańska, bo przecież i polska, i szwajcarska, i włoska, może tylko z wyjątkiem odszczepieńczej fińskiej, testami w dzisiejszych czasach stoi. Bez testu nie wiadomo dzisiaj nic. Nie można uplasować szkoły na konkretnym miejscu w żadnym rankingu ani punktowo ocenić pracy nauczyciela. Biedni pedagodzy szukający nowej posady nie mogą sprawdzić czarno na białym, gdzie będzie im się lepiej pracować (lepsze wyniki testów czyli mądrzejsze dzieci, aha!), a jeszcze biedniejsi rodzice nie wiedzą, do której szkoły zapisać swoje dziecko, żeby było „wśród mądrzejszych”. W jaki sposób szkoły wypracowują swoje wyniki, o ile obkurczają czas przeznaczony na codzienne lekcje, by ćwiczyć z uczniami wyłącznie umiejętności pomocne w rozwiązywaniu takiego czy innego rodzaju testu, to już mało kogo obchodzi. Wynik musi być. Konkretny wynik z konkretnego testu w konkretnej szkole. Koniec.
Od lat więc mamy wyniki. Wiemy – jako szkoła, okręg szkolny, stan, całe państwo i cały świat – ile dzieci zalicza w trzeciej czy ósmej klasie matematykę na 100 procent, a ile tylko na 30. Czego nie wiemy? Umyka nam coraz bardziej, na jakich ludzi te nasze dzieci wyrastają, bo na działalność wychowawczą współczesna szkoła, terroryzowana presją testów, czasu nie ma. Ani, szczerze mówiąc, ochoty. Chciałoby się wierzyć, że pedagodzy, którym „się chce” bez dodatkowej opłaty, lecz z powołania, z potrzeby serca, pedagodzy posiadający autorytet u naszych dzieci, powinni być przez szkołę, a i samych rodziców, noszeni na rękach. Pokazywanie im wyjściowych drzwi zakrawa na skandal.
Pan S. nie uważa, że to skandal. Twierdzi, że jest mu tylko bardzo przykro i będzie tęsknił za pracą z dziećmi. Ponieważ z czegoś żyć musi, ma w planach otwarcie warsztatu konserwacji i naprawy rowerów.
– Ale wiesz, co nam powiedział na koniec? – Młodsza wyrwała mnie ze smutnego zamyślenia, w jakie popadłam w trakcie tej rozmowy. <z16.00>— <z$>Że na tym też polega życie. Jak zamkną się jedne drzwi, to trzeba szukać innych, które są otwarte, i robić, to, co się robi z oddaniem i sercem.
Nie mam wątpliwości, że szkoła, szczególnie ta w USA, przejdzie za jakiś czas gruntowne przemiany, bo równia pochyła w dół, na której się znajduje, w końcu przecież się skończy, tę szkołę szlag trafi dokumentnie i trzeba będzie coś postanowić. Mam nadzieję, że będą to w końcu postanowienia, w których na pierwszy plan wysunie się człowiek, a więc uczeń i jego nauczyciel, a nie martwe cyfry i ekrany komputerów z kolejnym testem do rozwiązania.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney