Pandemia, zmiany i znikające granice

1
FOTO: EPA

Jeśli nie masz wpływu na rzeczywistość, zmień otoczenie. Mądre, tylko jak to zastosować w realiach pandemii? Po prawie roku niemal wszystkie dostępne zmiany otoczenia pod postacią miejsc, do których da się bezpiecznie i krótkoterminowo wyskoczyć, już zostały zrealizowane. Zostały destynacje, które są albo za daleko, albo za drogie, albo obie te rzeczy naraz.

Od czego jednak są polskie koleżanki, niewyczerpywalne studnie dobrych pomysłów i energii, kobiety, które żadnej pracy się nie boją i w ogóle nie boją się niczego?

Zaczęło się od rzutkiej czterdziestolatki, matki trójki dzieci w wieku przedszkole-podstawówka. Gdy pandemia niczym czołg po kolei rozjechała jej sezon narciarski, urlop z okazji okrągłej rocznicy ślubu, kolejny urlop z okazji jej własnych urodzin, a wreszcie i wakacje w Polsce, koleżanka zdenerwowała się nie na żarty i postanowiła się przeprowadzić. Celowo nabyła dom w stanie do generalnego do remontu. I zaczęło się.

Na początku tylko ją grupowo podziwialiśmy. Inwencję, wizję, umiejętność łapania okazji na kuchenne szafki czy stylowe podłogi. Szybko jednak zaczęło nas uwierać. Czy remont faktycznie może okazać się niezgorszym remedium na pandemiczne poczucie uwięzienia w pajęczej sieci? Sposobem na tak potrzebną ludzkiej duszy zmianę otoczenia, by, hm, by po prostu nie zwariować? Najmłodsi z naszej koleżeńskiej polskiej grupy odpowiedzieli zdecydowanym tak i przed końcem roku również się przeprowadzili.  I nawet podnieśli sobie poprzeczkę. Ich nowy dom też wymagał generalnego remontu, a poszli tam z dobytkiem oraz dwuletnim dzieckiem w środku zimy.

Reszta z nas nie była gotowa na tak radykalne kroki, niemniej jednak też zaczęła działać. Malowanie łazienek, wymiana uchwytów w kuchennych szafkach, reorganizacja sypialni, przesiewanie internetu pod kątem nowych ozdób na kominek, lamp do salonu, a nawet pomniejszych mebli z gatunku fotel, ława, etażerka. Z tym że w przeciwieństwie do przeprowadzkowiczów, którzy woleli ryzykować zdrowie na osobistych zakupach w Home Depot czy Home Goods, niż przedłużające się koczowanie rodziny na metrażu 5x5m w piwnicy bez kuchni, my zostaliśmy przy zakupach online. Ale też intensywnych. Ja na przykład na tyle poznałam się z kierowcą ciężarówki amazona, że wymieniamy się dziś pozdrowieniami dla członków naszych rodzin mieszkających – świat jest naprawdę mały! – w tej samej miejscowości na zachodnim wybrzeżu kraju.

Być może to sprawka pogody i pory roku, że ostatnio zapał cokolwiek ostygł. Bo i po świętach już ani śladu, wiosny nie widać jeszcze nawet we śnie, za to rok z La Niną w podtytule sprawia, że zima, przynajmniej u nas, wygląda jak starych łachman. Szarobury i do niczego się nie nadający.

Nie należę do osób, które zbyt łatwo się poddają, więc postanowiłam zbadać sprawę dogłębniej. I bingo!

Proszę państwa. Oczywiście, że nie o pogodę, porę roku, ani żadną La Ninę chodzi. Tu chodzi o zwyczajne przemęczenie i wynikające z niego zniechęcenie procesem nieustannego kupowania kota w worku. Jak? To proste. Pan z Amazona z uśmiechem dostarczy nam pod drzwi ten nowy fotel czy nocną szafkę, oczywiście. Niestety, gdy okaże się, że ten fotel czy szafka to kolejne produkty, które minęły się w drzwiach (i to całkiem innych budynków!) ze swymi wersjami z fotografii u sprzedawcy, to musimy te fanty sami do punktu wysyłki zwrotnej zatargać. Można tak kilka, można kilkanaście razy, ale przy którymś kolejnym entuzjazm jednak nam siądzie i koniec. Takie jest prawo psychiki i ludzkiej fizjonomii.

Ponieważ trochę w otoczeniu udało mi się zmienić, nim mi entuzjazm runął w przepaść, mój mózg wyniszczony monotonnią pandemicznej codzienności drgnął i nieoczekiwanie, stojąc kilka dni temu w ulicznym korku, doznałam epifanii. W sposób logiczny i kreatywny rozwiązałam problem kota w worku. Nie mogłam się doczekać, by podzielić się moim biznesplanem z mężem, który jako inżynier powinien tym bardziej docenić geniusz mojego pomysłu.

– Przecież to oczywiste! – zaczęłam krzyczeć już na schodach do piwnicy, w której mąż od marca ma „biuro” i które dla śmiechu (przez łzy) nazywa więzienną celą. – My potrzebujemy widzieć nasze online’owe zakupy w wersji 3D. Mieć możliwość ich wyświetlenia w przestrzeni w ich rzeczywistym rozmiarze. Oczko projektora znajdowałoby się na obudowie ekranu komputera bądź telefonu, na przykład tuż obok kamery. Owszem, przysporzy to sprzedającym nieco więcej pracy i kosztów, bo każdy produkt będzie musiał być zeskanowany w 3D, a nie tylko sfotografowany, ale jakie to będą oszczędności! Przecież jeśli przed zakupem szafki do łazienki będę ją sobie mogła wyświetlić i „ustawić” w przeznaczonym jej miejscu, to wiadomo, że kupię dopiero tę, która mi będzie naprawdę odpowiadać. To samo z ubraniami, sprzętami. Ze wszystkim!

Mąż siedział z łokciem na podkładce pod mysz i z głową wspartą na dłoni.

FOTO: EPA

– Chodzi ci o zastosowanie projektora holograficznego jako programu w komputerze i aplikacji w telefonie? – opisał mój pomysł fachowym słownictwem.

– O to to! – ucieszyłam się. – Holografia w służbie handlu online! Genialne, jak myślisz? Ze też nikt jeszcze na to nie wpadł.

– Mega genialne – zgodził się mąż. – Choć myślę, że problem w tym, że my jeszcze tej technologii nie mamy.

– Kto: my? Twoja firma konkretnie? – zamrugałam oczami.

– Ludzkość konkretnie – doprecyzował.

– Ale jak to nie mamy? – No chyba sobie ze mnie żartował! – Hologramów jeszcze nie mamy? Coś ty? Tobie pewnie chodzi o te projektory? Albo skanery?

– Kochanie, nie mamy ani jednego, ani drugiego, ani trzeciego – znów jednak zaprzeczył.

– Ale jak nie mamy, skoro ja o nich wszystko wiem? Ja to wszystko… widzę! – Nie dawałam za wygraną.

Mąż wydał z siebie zmęczone westchnienie. Westchnienie człowieka prosto z więziennej celi.

– No tak się składa, że jeszcze nie wymyśliliśmy, jak zmusić fotony do grupowania się w pożądane kształty w całkowitej pustce, nie dając im żadnej zapory do odbijania się. Twój pomysł wychodzi z założenia, że ten problem jest już rozwiązany.

– Czyli faktycznie nie mamy? – Czułam, że słowa zamiast wypływać na zewnątrz zaczęły mi rosnąć w gardle i  dusić.

– Na 100 procent nie – mąż też odpowiedział szeptem. – Mamy dopiero jakieś tam pierwiosnki, czyli hologramy wielkości kilku centymetrów i oczywiście pojawiające się wewnątrz specjalnego receptora.

– To dlaczego ja myślałam, że to wszystko już jest? – zapytałam go zupełnie serio.

Zupełnie serio wzruszył ramionami i zalogował się na kolejne zoomowe spotkanie.

Powlokłam się zrezygnowana na górę. Zadzwoniłam do koleżanki. Tej, która też generalnie nie remontuje, a tylko re-dekoruje przez internet.

– „Gwiezdne Wojny” – powiedziała. – Ty to widziałaś w „Gwiezdnych Wojnach”. I pewnie w kilku innych produkcjach sci-fi. I zatarły ci się granice. Jak coraz większej rzeszy ludzi w ostatnich czasach.

– Ale ja takich produkcji nawet często nie oglądam! – obruszyłam się.

– Tym lepszy argument.

– Na co?

Chrząknęła znacząco i też już musiała iść. Jeśli to jest ta kreatywność, którą krzesam z głowy pobudzonej zmianą otoczenia, to chyba sobie odpuszczę dalsze zmiany. Chciałoby się rzec, że odpowiedź na moje pytanie zbyte przez koleżankę milczeniem brzmi: Na nasz stan w czasie pandemii. Niestety, prawdziwa odpowiedź jest dużo bardziej skomplikowana. I jeszcze bardziej straszna.