Panie Janie, panie Janie…

170
FOTO: PEXELS.COM

Kilka dni temu napisał do mnie wielce oburzony pan Jan pytając, dlaczego nie chcę w maju wyborów w Polsce?! Dlaczego nie protestowałam, gdy wybory miały się odbyć w Bawarii? Mój argument, że z tych samych powodów, z jakich nie byłam zaangażowana w Korei, jakoś nie został zrozumiany. Pan Jan najpierw na mnie słownie napadł, potem wyszydził, a na koniec, gdy napisałam, że szanuję jego poglądy i miło by było, gdyby zrobił to samo w stosunku do mnie – wyśmiał mnie…

Moja mama, która nigdy raczej nie przejawiała większego zainteresowania polityką, niespodziewanie w tym roku nie może doczekać się zaznaczenia krzyżyka na karcie. Twierdzi, że nie powinno się nic odraczać, przesuwać i wydłużać, ale – w odróżnieniu od pana Jana, który uważa, że wybory nie spotęgują zachorowalności na wirusa, bo żadnego wpływu na to nie mają – moja mama (parafrazując klasyka) uważa, że: koronawirus koronawirusem, ale prezydenta musimy mieć po naszej stronie! I już!

Nie mam zamiaru zabierać dowodu babci Jasi, tym bardziej że wcale do oddania głosu nie będzie jej potrzebny – pesel, który pamięta, wystarczy, bo wszystkie konsekwencje, które wynikną po tym szaleńczym trybie wyborczym, będzie ponosiła tak samo jak każdy mieszkający w naszym kraju. Nie mogę jednak zrozumieć, i kolejny raz o tym piszę, dlaczego o życiu Polaków w kraju mają decydować ci, którzy wyjechali, nie mają zamiaru wracać, albo wrócą nie wiadomo kiedy, i czy w ogóle to się dopiero okaże?! Pamiętam, jakim świętem dla Polaków w Nowej Zelandii były wybory. Bardziej niż możliwość oddania głosu liczyło się to, że się spotykają z tej okazji, a nierzadko tylko wtedy. Rozumiem, że dla pana Jana 10 maja może mieć taki sam aspekt i nie może się doczekać spotkania z rodakami, manifestacji swoich poglądów, przynależności, ale czy o to chodzi? Czy taka jest idea?

Nie przemawiają do mnie argumenty typu: mam w kraju rodzinę. Ja też mam rodzinę w Hiszpanii, Francji, Niemczech i kilku innych krajach, a nie uważam, że mam jakiekolwiek prawo ingerować w to, jak tam sobie głosują. Ani: Zamierzam wrócić. Jak wrócisz, będziesz głosować. Czy: jestem związana z Polską, przyjeżdżam na wakacje, oglądam polską telewizję, czytam prasę, rozmawiam ze znajomymi. Interesować się, a tu żyć na co dzień, to dwie różne sprawy.

Nie wiem, czy pan Jan, nie mogąc doczekać się tych wyborów, zdaje sobie sprawę, że mieszkając poza granicami kraju właściwie z przyczyn technicznych jest z nich wykluczony? Do 10 maja odliczamy dni, wprawdzie karty już się drukują (bez podstawy prawnej), ale w jaki sposób znajdą się w domach Polaków mieszkających poza granicami? Gołąb pocztowy przeleci przez ocean i przyniesie? W ambasadzie wydadzą? Wszystkim? Ciekawe. W Wielkiej Brytanii jest to niemożliwe ze względu na zasady społecznej kwarantanny. W wielu innych krajach też. To pan Jan do skrzynki pocztowej wrzuci? Ciekawe, bardzo to wszystko ciekawe. I kto te wszystkie głosy z kraju i z zagranicy będzie liczył, skoro nie ma powołanych komisji wyborczych? Listonosze w parach (bo przecież ma to być „komisyjne” wydanie karty do głosowania) będą roznosić pakiety, a liczyć będą zapewne pracownicy poczty pod bacznym okiem naczelnika, pełniącego rolę przewodniczącego. Ot, co. Takie wybory. A może nikt nie będzie liczył, bo po co? „Panie Janie, Panie Janie, rano wstań, rano wstań. Wszystkie dzwony biją, wszystkie dzwony biją, bim-bam-bom, bim-bam-bom…”.