Papeteria w czerwone róże w ministerialnej tece

82
Michał Dworczyk FOTO: EPA

Nie pamiętam już nawet, kiedy pisałam tradycyjny list na papierze. Przypuszczam, że była to korespondencja z moją przyjaciółką Moniką (jedna z dwóch znanych mi osób, które do teraz wysyłają kartki z życzeniami) zanim w nowym mieszkaniu podłączono mi telefon. Wygląda na to, że ostatni list na papeterii w różyczki (kilka pachnących kartek mam do dziś w sekretarzyku) wysłałam ćwierć wieku temu.

Dzisiejszy świat w znacznym stopniu opiera się na technologii i papierowa korespondencja, nawet prywatna, nie mówiąc o urzędowej – jest coraz mocniej wypierana na rzecz elektronicznej. Skype, Messenger zamiast rozmów telefonicznych. SMS zamiast rozmowy czy kartki z informacją. Dysk komputera, pendrive zamiast pancernej szafy z dokumentami. I czy to się komuś podoba czy nie, tak dziś wygląda świat, a ten proces będzie tylko postępował.

Tak jak zamykałam na kluczyk szufladę w biurku, tak jak zamyka się szafki z dokumentami czy całe pomieszczenia służące za archiwum, tak samo zabezpiecza się nasze komputery, pliki, dostępy do kont czy to, co wypuszczamy w świat za pomocą poczty. To są dziś umiejętności podstawowe, elementarne, tak samo niezbędne jak umiejętność zamknięcia domu czy samochodu.

Ostatnia afera z wyciekiem z kont ministra Dworczyka wpisuje się niestety w szeroką retorykę tego rządu, któremu wydaje się, że wystarczy udawać, że czegoś nie ma i to rzeczywiście nie istnieje, wystarczy zakazać, a to coś zniknie. Halo! Przypominam, mamy XXI wiek i praca wywiadowcza to nie zdjęcia poczty czy banku robione w ukryciu i chowane za wyciąganą z muru cegłą, to nie rolki mikrofilmu przyklejone gumą do żucia pod ławką w parku czy raporty nadawane przez ukrytą w szafie radiostację. Ale chyba takie wyobrażenie musi mieć ktoś, kto informacje przekazuje za pomocą darmowej skrzynki emailowej. Dokładnie jakby treść: „Naczelnik poczty w Złamanym Kozim Rogu ma w szufladzie majtki pani Kazi z warzywniaka na Mickiewicza” wysłać to pocztówką do kumpeli z tej miejscowości.

Z przekazywanych informacji wynika, że wysyłanie rządowych emaili za pośrednictwem zwykłej poczty to stała praktyka i sam premier Mateusz Morawiecki używał prywatnej skrzynki do celów służbowych, pisząc o kluczowych, często strategicznych tematach politycznych i gospodarczych, gdyż w ten sposób kontaktował się z ministrami, wiceministrami, parlamentarzystami oraz przedstawicielami państwowych spółek. W głowie się nie mieści, a jednak. I zamiast głowę posypać popiołem i z honorem podać się do dymisji, to rządowy przekaz jest taki, aby nie dyskutować na temat tych wykradzionych emaili, bo mogą być zmanipulowane.

Skoro już wiadomo, że jakieś wyciekły i są w posiadaniu cyberprzestępców oraz wierząc w to, co na Twitterze napisał minister Dworczyk: „Pragnę podkreślić, że w skrzynce mailowej będącej przedmiotem ataku hakerskiego nie znajdowały się żadne informacje, które miały charakter niejawny, zastrzeżony, tajny, lub ściśle tajny. Informuję również, że oświadczenie, które zostało opublikowane w mediach społecznościowych na koncie mojej żony, jest sfabrykowane i zawiera nieprawdziwe treści”, to czy najlepszym rozwiązaniem nie byłoby ujawnienie tych emaili, które są w posiadaniu atakujących? Wówczas można by było to wszystko zweryfikować. Czyż nie? A potem? A potem to warto przypomnieć sobie własne słowa o „państwie z papieru” i wziąć się do pracy, a nie zabawy w rządzenie, bo w ostatecznym rozrachunku to my, zwykli obywatele, zapłacimy za tę niefrasobliwość i nieodpowiedzialność chłopców w drogich garniturach, a jednak w krótkich spodenkach z „Zary za garażami”.