Pieniądze szczęścia nie dają…

3

Pieniądze szczęścia nie dają, ale w głowie mieszają – mawiała moja babcia i tak słuchając lub czytając wypowiedzi ojca i syna Stuhrów, których ostatnimi czasy wszędzie pełno, odnoszę wrażenie, że ci aktorzy daleko odpłynęli od zdrowego rozsądku i rzeczywistości.

Maciej Stuhr, podobnie jak nie tak dawno jego tata, żali się, że musi żyć w Polsce, rządzonej przez ludzi pokroju Hitlera i Stalina: „Kiedyś dzieci w polskich szkołach będą (…) uczyły się, że rządy PiS w latach 2015-2017 były czymś najstraszniejszym, co mogło się wydarzyć w Polsce na początku XXI wieku. (…) – mówi w wywiadzie dla magazynu „Esquire”. „Milczenie jest współudziałem w zbrodni” – twierdzi, dlatego on musi głośno wszędzie opowiadać, jak to w Polsce wprowadzana jest cenzura, kona prawdziwa sztuka, kultura upadła na bruk… Mocne słowa, szczególnie te z porównaniem do największych zbrodniarzy, ale gdy odczytamy je w kontekście sytuacji, gdy ten sam Stuhr nie widział niczego nieodpowiedniego w graniu w rosyjskim serialu postaci, która do złudzenia przypomina i w założeniu ma przypominać Władimira Putina, a cały serial jest niczym innym jak propagandą ocieplającą wizerunek dyktatora, sprawcy masowego ludobójstwa setek tysięcy ludzi na Kaukazie, polegającego m.in. na paleniu ludzi żywcem, a także takich metod cenzorskich, jak zabijanie niewygodnych dziennikarzy, to brzmi to jeszcze straszniej! Dużo straszniej! Ale pieniądze zmieniają ludzi. Można dla nich zrobić i sprzedać wszystko.

Przypomnę tylko, że starszy pan Stuhr też ma wyraźny problem, że tak powiem z polskością. Otóż w wywiadzie dla portalu Wirtualna Polska wypowiedział się swoich rodakach: „Jesteśmy narodem niedouczonym. Niewychowanym”. Przyznał też, że za granicą krępuje się mówić po polsku. „Nie chcę więcej tłumaczyć się z decyzji władz. Przychodzi do mnie maitre d’hotel, znał mnie z filmu, i pyta: – Maestro, czy wy naprawdę jesteście za torturami i karą śmierci? Jak ktoś mnie pyta, jak ja się czuję jako Polak za granicą, to powolutku mówię już żonie na ulicy: „Tylko nie za głośno po polsku”. A poza tym wszystko w porządku, maestro? Młody Damięcki, który zarabia w serialu „Kak ja stał Ruskim”, czyli „Jak zostałem Rosjaninem”, sztandarowej komedii rządowego biura rozwoju przemysłu filmowego, czele którego stoi sam Władimir Putin, to kolejny przykład, jak duże pieniądze, nieadekwatne do zdolności i wkładu poniesionej pracy, potrafią przewrócić w główce. Otóż pan Mateusz napisał nietypowy list do św. Mikołaja, w którym jednoznacznie pejoratywnie komentuje bieżącą sytuację społeczno-polityczną w kraju. Nie podobają mu się rządy PiS, czuje się tu jak w horrorze: „Wraca strach, z którym ja nie chciałbym już mieć w tym wolnym świecie, w 2017 r., nic wspólnego. Strach dotyczący braku tolerancji, braku akceptacji (…). Bardzo, bardzo się boję, że ludzie zaczną dla jakiegoś wyższego dobra, które roi im się w głowie, dokonywać rzeczy, których nie cofniemy”. A w Rosji to czuje pan oddech wolności na plecach? Tak?

Czy w obliczu takich rewelacji człowiek jeszcze może się dziwić, że niejaki Luis Fonsi za dwie piosenki z playbacku podczas nocy sylwestrowej zainkasował 450 tysięcy złotych? 450 tysięcy to roczna pensja zwykłego Polaka, na którą musi pracować 144 tysiące minut, a portorykańskiemu artyście jednego przeboju zajęło to 10 minut! Gdzie zaczynają się pieniądze, tam kończy się zdrowy rozsądek…

Autor: Beata Wermińska