Pierwsze Święto Dziękczynienia

0
8

Od zarania ludzkości składano bogom dzięki za obfite plony i pomyślny rok. Nie sięgając tak daleko, już starożytni Grecy obchodzili święto urodzajów pod patronatem Demeter. Rzymianie składali ofiary na ołtarzu bogini Ceres podczas kilkudniowego festiwalu. Przywiązując wielką wagę do tężyzny fizycznej, plemiona starogermańskie łączyły dożynki z zapasami i zawodami sportowymi.

WŁASNE MIEJSCE POD SŁOŃCEM

Jeśli się dobrze nad tym zastanowić, to większość opowieści wcale się nie zaczyna od początku. Ignoruje się bowiem zupełnie wcześniejszą angielską kolonię w Jamestown, gdzie kapitan John Smith spotkał indiańską księżniczkę Pocahontas, a przecież pamiętano tu również o akcie dziękczynienia. Dzieje się tak nie bez kozery. Nastawiona na osiągnięcie zysku, plantacja tytoniu w Wirginii okazała się efemerydą i dopiero późniejsze przybycie statku „Mayflower” z pielgrzymami na pokładzie zapoczątkowało na dobre osadnictwo w Nowym Świecie. Co więcej, purytanie wyruszyli za ocean nie tylko w poszukiwaniu chleba, ale i rozlicznych swobód, a chodziło im przede wszystkim o wolność wyznania. Te dwa przeplatające się motywy stanowią zasadniczy wątek w historii Stanów Zjednoczonych.

Sama wyprawa miała swoją prehistorię. Purytanie bezskutecznie usiłowali oczyścić Kościół anglikański z papistycznych naleciałości, narażając się tylko na niepotrzebne prześladowania. Na tajnej konferencji, która odbyła się w miejscowości Scrooby, podjęto rezolucję o wyemigrowaniu do Nowych Niderlandów. Nowo powstała republika wyzwoliła się niedawno spod hiszpańskiego jarzma, chętnie przyjmując religijnych wygnańców. Kolejne fale uchodźstwa następowały w latach 1606-1609. Najchętniej osiedlano się w Lejdzie.

Namaszczeni odszczepieńcy wcale nie grzeszyli tolerancją. Raził ich swobodny sposób bycia Holendrów, skłonnych do wybitki i wypitki, jak również zamiłowanych w kolorowych strojach i zabawach. Bali się złego przykładu dla swego potomstwa. Kierowała nimi nie tylko przesadna gorliwość w wierze, ale i motywy ekonomiczne. Chętni do powtórnej emigracji ledwo wiązali koniec z końcem w dobrze zagospodarowanym kraju.

W sfinansowaniu podróży pomogła im Virginia Company, z siedzibą w Londynie. Zamierzali się osiedlić w tej samej okolicy, co kapitan Smith. Los zrządził inaczej. Nieustające huragany zaniosły statek daleko na północ. Po niemiłych przygodach na Cape Cod, gdzie nastąpiło krwawe starcie z tubylcami, „Mayflower” przybił do wybrzeża dzisiejszego Massachusetts. Najważniejszy moment w kolonizacji Ameryki Północnej przypadł na dzień 20 grudnia 1620 r. Znaleziono wtedy wolny od krzewów i drzew teren położony nad strumieniem, który został opuszczony przez tubylców. Osada przybrała nazwę Plimoth Plantation, która już od dawna brzmi Plymouth.

Pielgrzymi byli zupełnie nieprzygotowani do życia w głuszy, a w dodatku natrafili na wyjątkowo srogą zimę, toteż spóźnionej wiosny doczekało zaledwie 55 osób spośród 102 pionierów. Dalsze przetrwanie osady było tylko i wyłączną zasługą miejscowych Indian, wywodzących się z plemienia Wampanoag. Koloniści pobierali u nich lekcje, jak ocieplać gliniane lepianki, budować canoe, karczować drzewa i przygotowywać grunty pod uprawę. Uczyli się zastawiania sideł, łowienia ryb, rozpoznawania ziół i roślin jadalnych itp. Szczególnie pomocny okazał się wojownik o imieniu Squanto, ze względu na znajomość języka. Porwany za młodu do Anglii, powrócił po latach w rodzime pielesze z kolejną wyprawą odkrywczą w te strony.

PIERWSZE ŚWIĘTO

Obfite zbiory składały się z żyta, jęczmienia, grochu i kukurydzy. Nic więc dziwnego, że w podzięce za udzieloną pomoc zaproszono na ucztę całe plemię pod wodzą Massasoita. Dumni czerwonoskórzy, w liczbie dziewięćdziesięciu, nie przybyli bynajmniej z pustymi rękoma, przynosząc w darze jelenia i sarny, a także mnóstwo ryb i ostryg. Przy stołach, a raczej przy ogniskach raczono się również dzikim ptactwem, upolowanym przez gospodarzy, opiekanymi bulwami, prażoną kukurydzą i zbożowymi podpłomykami. Na deser były suszone owoce leśne.

Ze względu na wybraną porę roku, czyli wczesną jesień 1621 r., trwające przez trzy dni obchody stanowiły klasyczne święto urodzajów, posiadające jednak świecki charakter. Wyznawcy surowej religii, ukształtowanej w dużej mierze pod wpływem Kalwina, obchodzili wszystkie uroczystości w sposób uproszczony, ograniczając się najczęściej do śpiewania psalmów. Odbywały się one tylko i wyłącznie w Domu Zgromadzeń, a znacznie później w kongregacyjnych świątyniach. Co więcej, swoiste dożynki miały jednorazowy charakter, a to już temat na zupełnie inne opowiadanie z historii plantacji Plimoth. Dość powiedzieć, iż mit o Pilgrim's Thanksgiving, który leży u podstaw typowo amerykańskiego święta, narodził się dopiero w sentymentalnej epoce wiktoriańskiej.

Spożywane dzisiaj potrawy wywodzą się jednak ze znacznie późniejszych czasów. Złożył się na to zasadniczy powód. Skąpe informacje na ten temat przekazali w swoich pamiętnikach dwaj purytanie z Plymouth, o wyjątkowo surowych obyczajach, po których – także z racji ich płci – trudno się spodziewać dokładnego opisu biesiady. Należał do nich Edward Winslow i późniejszy gubernator William Bradford. Obaj wymienili mięsiwo z jelenia, upolowanego przez Indian, dzikie kaczki i gęsi, a także dwa rodzaje ryb. Do najbardziej niezwykłych potraw należał łabędź (sic!), wspomniany przez Winslowa, który pojawiał się na królewskich stołach w średniowieczu. Podany powyżej opis uczty opiera się więc na ustnych przekazach i kulinarnej tradycji, która panowała w XVII-wiecznych osadach.

Dziki indyk nie doczekał się żadnej wzmianki w pamiętnikach. Duże ptaki mają dość żylaste mięso i są pozbawione grama tłuszczu. A choć występowały one w wielkiej obfitości i były dość łatwą zdobyczą, to zarówno tubylcy, jak i koloniści polowali na nie tylko w razie wielkiego głodu. Na współczesne stoły idą przede wszystkim pulchne i specjalnie tuczone indyki. Z kolei myśliwi z Nowej Anglii wieszają upolowane sztuki za oknem, aby skruszały, szpikując je następnie słoninką, a także nacierając solą i przyprawami. I dopiero wtedy nabierają one smaku. Pozostaje nam już tylko życzyć naszym Czytelnikom bardzo smacznego indyka z polskim nadzieniem i borówkami.

Autor: Halina Niedzielska