Pinup girlsy a postęp

109
FOTO: PEXELS.COM

Dawno nie było wsadzania kija w mrowisko, aż wstyd, jak długo. Więc dzisiaj będzie. I będzie o sprawach bardzo drażliwych i niewygodnych, mianowicie o bałaganie, jaki nam się chyba już wszystkim zrobił dzisiaj w głowach od rozmyślań, jak w dzisiejszym świecie wychowywać córki.

Rys sytuacyjny. Młodsza wciąż i z dużą konsekwencją „nie idzie za trendami”, co w praktyce oznacza, że w zaawansowanym wieku lat 15 wciąż się nie maluje, telefonu używa wtedy, gdy go znajdzie i naładuje, nie przejmuje się też żadną modą, co przekłada się na brak zainteresowania zakupami i wycieczkami do galerii handlowych.
Raz do roku sytuacja się jednak zmienia, a wiąże się to ze szkolnym balem. Kto wie, o co chodzi – mówimy o Homecoming Dance – ten wie, ale wiedzieć na potrzeby tego artykułu naprawdę nie trzeba. Ważne jest bowiem tylko co w związku. A w związku Młodszej z balem chodzi o to, że Młodsza się pod jego wpływem przeobraża w księżniczkę. Tak jest. W księżniczkę ze wszystkimi uznanymi księżniczkowymi atrybutami: w koktajlowej sukni z cekinami, kolią na szyi, butach na złotych obcasach i rzęsami wytuszowanymi na dwadzieścia pięć centymetrów długości, dokładnie tak jak radzą youtubowe influencerki. I że robi to z własnej i nieprzymuszonej woli, bo tak właśnie chce, ma to dla niej sens i znaczenie, i nie ma tutaj żadnego drugiego dna. W ogóle nie ma tu żadnego dna, jest czysta radość i frajda.

W ubiegłym roku w ramach tworzenia pożądanych efektów wizerunkowych zamalowywałam jej strupy na kolanach, bo akurat się przyplątały po jakiejś wywrotce na rowerze. W tym roku najważniejsza była fryzura. Jestem matką zaangażowaną, więc posłusznie obejrzałam dwudziestominutowy film instruktażowy, uczący mnie jak upiąć Młodszej włosy, by upodobnić ją do Hermiony Grange ze sceny Balu Yulowego w filmie o Harrym Potterze, a następnie poświęciłam ponad półtorej godziny, by rzeczywiście tego dokonać.
– Mamuś! – szczebiotała Młodsza już od rana, przytulając się do sukienki, której zabroniłam jej zbyt wcześnie zakładać, by nie mieć na stanie awaryjnego prania w ostatniej chwili, i podziwiając własne stopy w błyszczących sprzączkach od sandałów na obcasach, na te nie miała reglamentacji użytkowania. – Taka jestem podekscytowana. Dzisiaj wszystko musi być jak w filmie, jak w bajce. Wszystko musi być idealnie.
Wszystko w znaczeniu: dzisiaj jestem tylko ślicznotką, panienką, dzisiaj pudruję nosek, by się nie błyszczał, i nakładam na usta czerwoną szminkę. Dzisiaj nikt nie musi wiedzieć, że jestem świetną programistką i za kilka lat będę budować rakiety kosmiczne, ani, że mam w planach zostać skautem orlim. Zapisałam się do drużyny Boys Scouts of America, gdy tylko zmieniły się przepisy i zaczęli przyjmować dziewczyny. Dzisiaj jestem samym ciałem i wdziękiem, esencją kobiecości w patriarchalnym tych słów znaczeniu i wcale mi to nie przeszkadza.
Wyglądała rzeczywiście zjawiskowo. Na bal poszła z koleżanką, tam dołączyły do większej grupy znajomych i tak przebiegała im zabawa.
Następnego dnia była jednak markotna. Dlaczego – odpowiedź musiałam ulepić sobie sama z kilku oddzielnych przekazów rozrzuconych niczym chleb dla kaczek w poprzek kilku następnych dni. Nastolatki nie celują w udzielaniu rodzicom jednoznacznych odpowiedzi na pytania o cokolwiek, o umycie zębów czy zabranie butów spod stołu, więc co dopiero o stan ich duszy!
Jedna z koleżanek, która na „tego typu bale” nie chodzi, bo różowe sukienki na haleczkach i buty na obcasach uwłaczają, jej zdaniem, godności kobiety jako człowieka, nie omieszkała z tej okazji Młodszej dociąć. Uczyniła to finezyjnie wysyłając jej SMS-a z zaproszeniem na wspólny wypad do kina tuż przed balem. Inna koleżanka na balu się pojawiła, ale przyodziana w męski smoking, czym też chciała wyrazić swą dezaprobatę dla balowych sukien, czerwonej szminki i tradycyjnych bajek o księżniczkach. Fryzura Młodszej, nad którą spędziłyśmy obie tyle czasu, odebrała moc komplementów, ale nie od wszystkich. Byli tacy, którzy dostrzegli w niej przejaw obyczajowo-ideologicznej opersji: w jakim właściwie celu kobieta marnuje TYLE czasu na poprawianie swej urody?
Jestem za równością płci, za kobietami na każdym rodzaju stanowiska, za dziewczynami w rolach liderek i czempionek. Jestem za współpracą między ludźmi, którzy oceniają siebie i swoje osiągnięcia przez pryzmat konkretnych umiejętności, zdolności i wysiłku, a nie soczewki płci i urody. Rozciągam to kryterium na kolor skóry, dziedzictwo etniczne i orientację seksualną. Nie łudzę się i nigdy się nie łudziłam, że w świecie, w którym żyjemy, moim córkom uda się uniknąć doświadczenia seksizmu i dyskryminacji, a z tym i poczucia niesprawiedliwości, ale cierpliwie, w imię wyższego dobra, ważniejszego celu, wpajałam im, żeby się nie zrażały, bo poczyniliśmy już na świecie ogromny postęp i coraz więcej z nas rozumie, że prawdziwą miarką człowieka jest li i wyłącznie jego stosunek do drugiego człowieka, oparty na trzech prostych zasadach: tolerancji, szacunku i empatii. Przekonywałam – proszę mnie nie pytać, jak trudno mi to niekiedy przychodziło – że czasy, gdy ludzie przestaną się dyskryminować i faworyzować w imię przekonań o wyższości intelektualnej jednej płci nad drugą i jednej rasy nad innymi, są naprawdę blisko.

Co przeoczyłam? Czy ucząc córki, że nic nie stoi na przeszkodzie, by realizowały marzenia do niedawna zarezerwowane w większości tylko dla mężczyzn, powinnam była przy tym ubierać je w spodnie i czapeczki bejsbolowe? To absurd. W takim razie matki wychowujące synów powinny z kolei wciskać ich w spódnice i sukienki? Absurd jeszcze większy. Czy zmiana sił w jakimkolwiek zepsutym układzie może nastąpić tylko wtedy, gdy wymienimy w nim wszystkie części bez wyjątku? Logika podpowiada, że niekoniecznie. Totalna wymiana równa się raczej twór całkiem nowy, a czy o to nam w tym przypadku chodzi? No właśnie. Tego nie wiem. Nie jestem nadto przekonana, że chciałabym, by świat zmienił się tak diametralnie i dramatycznie, byśmy mieli do czynienia z zupełnie nowym gatunkiem ludzi w jakimś ich całkiem przemajstrowanym, androgenicznym, bezpłciowym w ogóle wydaniu. Mam przeczucie, że mistrz Lem też nie byłby takim obrotem sprawy zachwycony. Przestrzegał o tym na różne sposoby już kilkadziesiąt lat temu.
Nie jestem zła na koleżanki Młodszej. Wiem, z jakiej pozycji startują. W głębi ducha dopinguję im z całego serca, bo zgadzam się, że świat, który od zawsze obiecywałam moim córkom, wcale jeszcze nie nadszedł, mam niekiedy wrażenie, że się wręcz odsuwa. Nie potępiam też nikogo za to, że w walce chwyta się wszystkich dostępnych metod, w tym wylewania dziecka z kąpielą, z czym niechybnie mamy do czynienia w postawie koleżanek Młodszej. Nie jest to metoda najlepsza, jest to metoda iście rewolucyjna, jednak rewolucje są czasami dobrym wyborem. Choć nigdy, oczywiście, nie powinno się zapominać, że rozwiązania skrajne i o charakterze penalizującym zbierają żniwo także w postaci niepotrzebnych ofiar, które niczemu nie służą i których można było uniknąć.
Może się bardzo mylę. Może jestem naiwna i w czasach, gdy władzę lekką ręką zdobywają mizogini, a hamburgery i płyny do podłóg wciąż najlepiej sprzedają sfotoszopowane modelki w stylu pinup – reforma rzeczywiście powinna przenieść się w nowe wymiary, gdzie wszystko, co choćby kojarzy się z symbolami niedoskonałej, wymagającej poprawy rzeczywistości, winno być tępione i zwalczane.

Naprawdę nie wiem. Wiem jedno. Ludzkość od zarania świata zna i docenia zasadę „złotego środka”. Zasadę zachowywania proporcji, która sprawdza się nie tylko w architekturze, dając nam domy o prostych ścianach i trwałych sklepieniach, ale i w codziennym życiu. Postęp, czego dowodzi sama historia, najlepiej wychodzi tam, gdzie jest wynikiem procesu systematycznych zmian, a ludzie przyjmują go dobrowolnie widząc, że służy ich wspólnemu dobru, niesie zapowiedź lepszej przyszłości dla ich dzieci. Wciąż więc mam nadzieję, że świat rzeczywistego równouprawnienia i partnerstwa między ludźmi jest możliwy bez wylewania dzieci z kąpielą i bez rewolucji.
Co stwierdziwszy dodam: ma dogłębną świadomość faktu, iż pacyfiści i społeczni optymiści są dziś coraz mniej w cenie. Zdaję więc sobie sprawę, że być może już dzisiaj jestem na przegranej pozycji.