Polska Ivanka zasiada na tronie

519
FOTO: EPA

Od zarania dziejów człowiek wiedział, że najpewniejszą drogą do utrzymania władzy i sprawowania jej tak, by inni zbytnio nie przeszkadzali, jest rozparcelowanie jej w gronie najbliższych. Nieprzypadkowo najważniejsze reformy polityczne w historii cywilizacji, w tym idea republiki i demokracji, stawiały sobie za jeden z głównych celów ograniczenie nepotyzmu.

Teoria a praktyka to jednak od zawsze dwa różne światy, a jeśli przykład idzie z góry od tych, których się ceni, a nawet uwielbia, nieważne za co, to nawet droga zasłana trupami nie przeszkodzi w marszu do celu. Polski prezydent, niechybnie wzorując się na swym amerykańskim przyjacielu z Białego Domu właśnie powołał na stanowisko doradcy własną córkę. Można się zastanawiać czy pozazdrościł Trumpowi tych zjawiskowych sesji zdjęciowych z Ivanką w tle, piękną jak złoto, której uśmiech zawsze odciąga uwagę od reszty niezadowolonych ponuraków pozujących  z jej ojcem, szczególnie podczas wizyt państwowych. Pew Reaserch Center właśnie wydał smutny komunikat: wizerunek USA wśród wszystkich jej najważniejszych sojuszników (niegdyś entuzjastów) jest najgorszy w historii.
Może Andrzej Duda poszedł za radą feministek, nawet jeśli generalnie nimi gardzi, zgodnie z kulturowym przykładem idącym z rodzimej góry i zdecydował, że pora dokooptować do gabinetu jeszcze jedną kobietę w ramach parytetu? Parytet dobrze wygląda w oczach reszty świata, a rozmaite zadymy na tle społecznym i ideologicznym, jakich w Polsce ostatnio nie brakowało i które były szeroko, niestety, przez ten świat komentowane, także Polsce spaprały wizerunek, zatem niegłupio by było nad nim popracować. Może. Ale może jest po prostu tak, że polski prezydent jest już zmęczony otoczeniem obcych, zawsze skłonnych zbyt brutalnie zakwestionować jego zdanie ludzi, i chce wreszcie poczuć się w Belwederze jak w domu? Kochany, zaopiekowany i ze świadomością, że najważniejsze jest jego dobre samopoczucie i szczęście. Własna córka raczej mu nóg podstawiać nie będzie i nie będzie uprawiać polityki, która podniesie mu ciśnienie i popsuje samoocenę.
Gwoli sprawiedliwości – wybór Kingi Dudy na prezydencką doradczynię i tak wydaje się mniej kontrowersyjny niż adiunktowanie Ivanki i jej męża Jareda u boku Donalda Trumpa. Polski prezydent nie jest, póki co, majętnym biznesmenem, dla którego obsadzanie rządowych stanowisk członkami rodziny to nie tylko sposób na otaczanie się miłymi klaskaczami, ale i forma rozpinania parasola ochronnego nad własnymi interesami, a także okazja do dodatkowej promocji tychże.

U Trumpów konfliktu interesu nie wyeliminował nawet fakt, że Ivanka i Jared wspaniałomyślnie zrzekli się rządowych poborów. Kinga Duda, prawniczka i ekspert od arbitrażu międzynarodowego posiada też, w porównaniu z rodzinną wartą przyboczną Trumpa, nieco bardziej „branżowe” kwalifikacje predestynujące ją do sprawowania nowej funkcji (dokładnie: doradca ds. społecznych), nawet jeśli na razie tylko na papierze. Przypomnijmy, że Ivanka która jeździ reprezentować Amerykę na politycznych szczytach przed prezydenturą ojca trudniła się zarządzaniem jego hotelami, a Jared, który występuje w roli eksperta od Bliskiego Wschodu, był deweloperem i agentem nieruchomości.
Kinga Duda może, i oby tak właśnie było, sprawdzić się jako wspaniały doradca i odcisnąć pozytywny ślad na prezydenturze swego ojca, a tym samym – na historii Polski.  Będziemy czekać z zapartym tchem co też nam zaproponuje i jakie ma pomysły na poprawienie życia Polaków. Imponuje też jej szeroki gest (czy razem z ojcem studiuje pod lupą Trumpów?), ona także nie będzie pobierać za swoją pracę pensji. Ojciec z dumą podkreśla na Twitterze, że Kinga jest wolontariuszką.
Paradoksalnie, tu właśnie jest pies pogrzebany. A nawet kilka, bo nepotyzm, jak ośmiornica, zbiera swoje ofiary i wyrządza krzywdy wieloma odnóżami naraz.
Po pierwsze – Kinga Duda obejmuje poważne stanowiska w rządzie bez żadnego uprzedniego doświadczenia w tej dziedzinie. Gorzej, jako świeżo upieczona absolwentka uniwersytetu i studiów podyplomowych jakiekolwiek doświadczenie zawodowe posiada wąziutkie. Nie wiemy, jakie problemy społeczne już w swoim życiu rozwiązała, ani jak je rozwiązała. Ludzie, na których życie będzie wywierać wpływ, muszą jej zaufać zupełnie w ciemno.
Po drugie, pytanie, które nasuwa się samo w związku z problemem nr 1. Czy jeżeli prezydent widzi potrzebę utworzenia stanowiska dla doradcy ds. społecznych, nie oznacza to, że warto by było, w imię tegoż społecznego dobra leżącego prezydentowi na sercu, znaleźć osobę, która już coś na ten temat wie, może nawet ma konkretne pomysły na rozwiązywanie konkretnych problemów? Jest sprawdzonym ekspertem w tej dziedzinie? Pomijam fakt, że takie podejście do sprawy spotkałoby się ze społecznym poparciem w przeciwieństwie do sytuacji, jaka wytworzyła się teraz, że obywatel raczej czuje się nabity w butelkę (po co nam demokracja, skoro stanowiska i tak są „rozdawane”?), a poziom zaufania do rządu właśnie zaliczył kolejne pikowanie (kto mi zaręczy, że prezydencka córka będzie doradzać ojcu szczerze, a nie tak, by był po prostu z niej zadowolony?).
I problem trzeci, być może najważniejszy. Nie ma gorszej metody drwiny z narodu i z praworządności niż uprawianie nepotyzmu waśnie. Polska sfera rządząca, bez względu na to, że od czasu do czasu następuje w niej wymiana jej członków łącznie z filarami, ma tu już bardzo długą i nieciekawą historię. Wpadło mi ostatnio w oczy, że funkcjonuje nowe, popularne określenie: „nepotyzm+”. I choć odsuwam od siebie tę dziwaczną myśl, zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno, do końca, fraza ta ma pejoratywne znaczenie? Moje wątpliwości rozgrzewają doniesienia o tym, jak to kolejne osoby z kręgu „krewnych i znajomych królika” – obecnej partii dzierżącej władzę – obejmują kolejne intratne stanowiska bądź to w budżetówce, bądź w spółce, przez którą publiczne pieniądze przechodzą. Tych „nominacji” i „ustawek” było już tyle, że gdyby społeczeństwo polskie naprawdę widziało w nich coś złego, niemożliwe, by nie znalazłoby do tej pory sposobu, by ten proceder ukrócić.

Życzę Kindze Dudzie, która tak samo jak Ivanka Trump będzie przydawać każdej prezydenckiej sesji zdjęciowej blasku i urody, by okazała się kimś zupełnie innym niż jej amerykańska odpowiedniczka. By, choć weszła na tron, bo ją tam zaniesiono, siedziała na nim tylko dopóty, dopóki będzie miała coś istotnie ważnego do powiedzenia i zrobienia, a także cieszyła się mandatem społecznego zaufania. Nie zaufaniem swojego ojca, ale zaufaniem narodu. Jeśli zaś miałoby się okazać, że zadanie ją przerasta lub są inni, zdolniejsi i bardziej kompetentni, by je wykonywać – żeby znalazła w sobie tyle szacunku dla Polski i jej obywateli, by się z tego tronu podnieść i go opuścić.

•••

Od redakcji

Zdanie odrębne

Trudno się czepiać osoby, która nie zajęła się jeszcze wyznaczonymi obowiązkami. Bo przecież jesteśmy przekonani, że większość publicystów (podobnie jak większość Polaków) życzy jej jak najlepiej i chciałoby dobrze dla Polski; wcale nie cieszy się z możliwego obcinania przez Brukselę funduszy dla Warszawy, ze szkalujących Polskę artykułów w zachodniej prasie, ze wzrostu liczby chorych z powodu koronawirusa, z ewentualnego kryzysu w publicznych finansach, z potencjalnych błędów asystentów prezydenta RP. To nie są żadne powody do satysfakcji, choćby się nie lubiło obecnej administracji, prawda? PRAWDA?
Nie musimy dawać tej młodej kobiecie nawet 8 lat, jakimi dysponowali „doradcy społeczni” za rządów obecnej opozycji. Dajmy jej choćby kilka miesięcy i dopiero po nich oceniajmy pracę, za którą – jak słusznie zauważa nasza felietonistka – Kinga Duda nie weźmie ani złotówki.
WOJ