Polskie lato przewartościowań

197
FOTO: EPA

Jak wielu spośród nas, ja też ruszyłam w tym roku do Polski, ledwie w szkole Młodszej rozbrzmiał ostatni dzwonek. Czułam ulgę, że w końcu znów mogę wybrać się w tę podróż, choć stresów, w porównaniu z poprzednimi wyprawami przez ocean, było mnóstwo.

Po pierwsze, legitymowałam się nieważnym polskim paszportem. Jak wiedzą wszyscy śledzący regulamin podróży międzynarodowych w dobie pandemii, oznaczało to, że podczas pobytu w Polsce będę musiała ten paszport odnowić, inaczej mogę sobie napytać biedy z powrotem do USA.

Z tym, że ja jak ja, nieważny był jednak także polski paszport Młodszej, a to wielce komplikowało proces paszportowy. W takich przypadkach potrzebna jest bowiem zgoda drugiego rodzica na wydanie paszportu. Zgoda podpisana przez tego rodzica osobiście w obecności polskiego konsula, a jeśli nie, to obwarowana stertą odpowiednich dokumentów i ich tłumaczeń, co przekłada się przede wszystkim na dodatkowy czas potrzebny na załatwienie całej sprawy. Dla osoby, która jak ja, nie ma pod bokiem polskiego konsulatu (wyprawa do najbliższego wymaga podróży samolotem, co w dobie pandemii przekładało się na ryzyko dla całej rodziny, którego nie zdecydowaliśmy się podjąć) oznaczało to męczącą niepewność, czy wyrobimy się ze wszystkimi formalnościami nim nadejdzie dzień powrotu do domu.

Po drugie, zapisałam córkę na polskie kolonie. To ryzyko podjęłam bazując bardziej na własnym wyobrażeniu o tym, jak można w czasie pandemii zorganizować bezpieczny wypoczynek grupowy, niż na realnych przesłankach, że organizatorzy o to bezpieczeństwo faktycznie zadbają. I szerzej – że organizując dzieciom letni wypoczynek zachowanie jakichkolwiek środków bezpieczeństwa epidemiologicznego w ogóle jest możliwe. Oczywiście to pewnie wyłącznie moja własna wina, że wsadzając córkę w pociąg pomyślałam nieopatrznie (aka skusiłam los), że jeśli się zarazi, będzie to dla nas niemała katastrofa do ogarnięcia.

Powrotny bilet do USA miałyśmy kupiony na dzień po zakończeniu kolonii, a pozytywny test na Covid (wykonanie testu obowiązuje, jak na razie, wszystkich podróżujących do USA niezależnie od stanu zaszczepienia) relegowałby nas do puli nieszczęśników, którzy muszą odbyć kwarantannę. Oznaczałoby to nie tylko wydatek na nowe bilety, ale w naszym przypadku także logistykę znalezienia miejsca na odbycie tej kwarantanny. Powrót do mieszkania mojej schorowanej mamy nie wchodził bowiem w grę.

Po trzecie wreszcie, jechałam do Polski z ciężkim sercem, niepewna w jakim stanie zastanę mamę. Gdy wyjeżdżałam z rodzinnego miasta półtora roku temu, pochowawszy ojca i lądując w USA dosłownie na chwilę przed wybuchem pandemii, zostawiałam mamę w szpitalu. Pandemię przesiedziałam na przysłowiowych rozżarzonych węglach. Widmo kolejnego pogrzebu, na który tym razem nie będę nawet w stanie dotrzeć (zamknięte granice), towarzyszyło mi gdy szłam spać i gdy się budziłam każdego dnia. Nie oszalałam z troski chyba tylko dlatego, że z premedytacją stosowałam najbardziej infantylny, choć pewnie i najbardziej rozpowszechniony wśród ludzkości „trick” samookłamywania się. Polega on na tym, że codziennie fundujemy sobie trening z mantrowania, iż musimy tylko doczekać do wyznaczonego w przyszłości momentu, a gdy będziemy w stanie podjąć konkretne działanie, na pewno okaże się ono cudotwórcze i zaradzi wszystkim naszym problemom.

Sprawa z paszportami okazała się najprostsza, udało mi się je odebrać nawet z kilkudniowym wyprzedzeniem przed wylotem do USA. Z koloniami poszło odrobinę gorzej, choć finał też był dobry. Organizatorzy zwrócili mi dziecko, które patrzyło na mnie nienaturalnie błyszczącymi oczami, miało lekką gorączkę i kaszel. Dwadzieścia minut oczekiwania na wyniki testu trwało w moim subiektywnym odczuciu co najmniej kilka godzin. Wynik na szczęście był negatywny, tylko ja dając upust emocjom spłakałam się na jego widok jak bóbr.

FOTO: EPA

Ale w rodzinnym domu nie poszło już tak prosto. Taktyka samookłamywania się odbiła mi się gorzką czkawką i żaden hurraoptymizm ani pozytywne nastawienie do świata nie mogło zmienić zastanej rzeczywistości. Pozostaje się zastanowić, a ja szczerze nie znam odpowiedzi na te pytania: czy gdybym nie kreowała sobie alternatywnej rzeczywistości i na bieżąco mierzyła się z grozą maminej choroby, na bieżąco oswajała myśl, jak szybko i całościowo choroba zmieni ją w niemal obcego, niedostępnego mi człowieka, przygotowałoby mnie to lepiej na to, co zastanę, gdy znów dane mi będzie ją zobaczyć? Czy taka postawa wyposażyłaby mnie w lepsze narzędzia do radzenia sobie z coraz trudniejszymi realiami jej życia? Czy łatwiej, w końcu, byłoby mi przełknąć myśl o tej największej ze zmian, o nieuchronności jej ostatecznego odejścia z mojego życia?

Minął właśnie tydzień od mojego powrotu do USA. Zmagam się nie tylko z jetlagiem, ale i infekcją, którą Młodsza szczodrze się ze mną podzieliła, możliwe więc, że dopadają mnie wyjątkowo kuriozalne refleksje i syntezy. Jak na przykład ta, że ostatnie półtora roku było jak seria artyleryjskich pocisków, które nieodwracalnie podziurawiły, a nawet i postrzępiły materię naszej egzystencji. I że zdecydowana większość z nas, żebyśmy nie wiem jak zaklinali teraźniejszość i wierzyli w łaskawą przyszłość, widzi w tych nowopowstałych dziurach przede wszystkim pustkę. Widzi niemożność powrotu do stanu, w jakim żyliśmy wcześniej, lecz niestety – i to jest to, co budzi największą trwogę – nie odczuwa wcale inspiracji, by zaczynać w takim razie od nowa. Zamiast tego dominuje poczucie rezygnacji i braku kierunku. Co ciekawe, nie chodzi tu  jedynie o strach przed Deltą, o niepewność, czy rozjedzie nas bezlitośnie pomimo szczepień wciąż uniemożliwiając powrót do normalności, do której tak tęsknimy. Raczej o dramatyczny całokształt. O świadomość, że pewnych rzeczy (np. nowych wirusów) mimo naszych największych wysiłków, woli samookłamywania się i gotowości do hurraoptymizmu, jednak nie przeskoczymy. Ze jesteśmy i pozostaniemy wobec niektórych zjawisk i sytuacji całkowicie bezsilni. I że w zderzeniu z nimi nie pozostaje nam tak naprawdę nic prócz pokornej akceptacji losu. Zaś rzeczą najmądrzejszą, jaka może z tego całego piekła dla nas wyniknąć, są osobiste przewartościowania. Genialna Dorota Sokołowska, dziennikarka Radia Białystok i autorka zwycięskiego reportażu w konkursie ZAiKS-u pt. „Kultura w pandemii – pandemia w kulturze” ukryła te przewartościowania pod postacią symbolicznych schodów wystawionych na sprzedaż. Zainteresowanym gorąco polecam ten piękny tekst, nosi tytuł „Oda do schodów” i można go przeczytać tutaj: https://tudorotasokolowska.pl/2021/07/14/oda-do-schodow/. Ja zaś zostawię dziś Państwa bez żadnej puenty, a tylko z (przepraszam, że takim ogranym) stwierdzeniem. Największą zaletą upływu czasu jest to, że pozwala nam znaleźć wytłumaczenie dla większości najbardziej absurdalnych i bolesnych wydarzeń w życiu. Oby i tym razem.