Powrót Armii Błękitnej do Polski w 1919 r.

206

W latach 1917-1919 na terenie Francji zorganizowana została Armii Polska pod dowództwem gen. Józefa Hallera, popularnie nazywana od koloru mundurów Armią Błękitną. Jej szeregi zasiliło ponad 20 tys. polskich ochotników ze Stanów Zjednoczonych i Kanady.

Po zakończeniu działań wojennych we Francji w listopadzie 1918 r. nadal trwała rozbudowa tej armii, która wiosną 1919 r. osiągnęła liczebność około 80 tys. żołnierzy. Jednocześnie toczyły się przewlekłe dyplomatyczne rozmowy i pertraktacje co do drogi i sposobu przewiezienia tej armii z Francji do Polski. Początkowo miała ona wrócić drogą morską przez Gdańsk, ale takim rozwiązaniem zaniepokoił się bardzo rząd niemiecki, który słusznie uważał, że jeżeli do tego dojdzie, to Gdańsk i Pomorze nieodwracalnie przejdą w ręce polskie.
Na skutek wspólnych działań dyplomacji niemieckiej i angielskiej projekt ten został storpedowany. W zamian przedstawiono projekt przewiezienia polskiej armii drogą morską z portów francuskich do Szczecina i dalej koleją przez Stargard Szczeciński, Krzyż do Poznania. Rozważano również trasę przez północne rejony Włoch i Austrię. Jeden i drugi projekt upadł.

Ostateczną umowę w tej sprawie podpisano na konferencji w Spaa 4 kwietnia 1919 roku. Przewidywała ona, że Armia Błękitna zostanie przewieziona do Polski transportami kolejowymi przez terytorium Niemiec. W umowie tej znalazło się zastrzeżenie, że jeżeli wystąpią w Niemczech jakiekolwiek trudności w wykonaniu tej operacji, to dalsze transporty polskiego wojska będą wysyłane drogą morską do Gdańska. Groźba ta spowodowała, że strona niemiecka uczyniła wszystko, aby przejazd polskich transportów przez Niemcy odbył się sprawnie i bez incydentów.
Kierując się ustaleniami umowy w Spaa dowództwo Armii Polskiej we Francji opracowało harmonogram wyjazdów dla poszczególnych jednostek. Jako pierwsza, począwszy od dnia 14 kwietnia 1919 r., miała wyjechać do Polski Kwatera Główna gen. Hallera, 1 Dywizja Strzelców Polskich i eskadry lotnicze, a jako ostatnia, do dnia 3 czerwca 1919 r. 7 Dywizja Strzelców Polskich.

PRZEJAZD PRZEZ NIEMCY
Każdy żołnierz na czas podróży otrzymał żywność na sześć dni. Ponadto za pierwszymi dwiema dywizjami wysłano prowiant dla 50 tysięcy ludzi i 10 tysięcy koni. W sumie do przewiezienia Armii Błękitnej użyto 383 pociągów.
Przejazd oddziałów przez terytorium Niemiec odbywał się bez broni, którą wieziono w oddzielnych, zaplombowanych wagonach. Do każdego pociągu przydzielono dwóch oficerów wojsk sprzymierzonych, którzy załatwiać mieli wszelkie spory z Niemcami wynikłe na trasie przejazdu. Wśród tych oficerów był m. in. 28-letni kapitan armii francuskiej, Charles de Gaulle, późniejszy generał i prezydent Francji.

Uczestnicy tej niecodziennej podróży tak wspominali swój przejazd przez Niemcy:

„Niesamowita to była podróż. Na dworcach kolejowych meldowali się alianckiemu oficerowi dowodzącemu transportem niemieccy naczelnicy stacji i w postawie na baczność składali raporty. Często było widać pod daszkami czapek służbowych oczy nabiegłe krwią bezsilnej wściekłości. Widzieli bowiem dostatnio umundurowaną i świetnie wyposażoną armię, którą przepuszczali przez swój kraj, gdy pokój jeszcze nie był zawarty. Tę armię polską niemiecka prasa do niedawna nazywała „bandą obdartych najemników Ententy”. Kontrast między oficjalną propagandą a rzeczywistością był dla Niemców wstrząsem i upokorzeniem”.

Hallerczyk ze Stanów Zjednoczonych, porucznik Jan J. Przyprawa wspominał po latach:
„Mijamy wzorowo utrzymane stacje kolejowe. Na drogach widzimy tłumy ludności zdążające do kościołów na wielkanocne nabożeństwa. Przy zamkniętych rampach na przejazdach kolejowych stoją Niemcy, którzy z nienawiścią wygrażają w naszą stronę pięściami. Chłopy, choć rozkaz był surowy, by przez Niemcy nie wdziewać rogatywek, na złość widać, odrzucili hełmy i siedzieli w wagonach w rogatywkach, co musiało działać na Niemców jak czerwona szmata na rozjuszonego byka”.
W owym czasie w Niemczech występowały duże trudności z aprowizacją ludności w żywność, co uwidoczniało się w tym, że zgłodniałe dzieci niemieckie często podchodziły do transportów prosząc o chleb. Nasi żołnierze, mający przy sobie zapas żywności, rzucali im spore kromki.

Wspomniany już por. Jan Przyprawa pisze:
„Godzinny postój na stacji Frouenburg. Zaciągnięto natychmiast straże od stacji kolejowej. Niemieccy żołnierze patrolują z bagnetem na broni o dwa tory dalej. Poza ogrodzeniem dworcowym tłum ciekawych Niemców.
Wysypuje się wiara z pociągów po obiad. Dowództwo wiedząc, że to Wielkanoc i że bez jajek w tym dniu obejść się nie może, poleciło wydać każdemu nie jedno, ale po dwa jajka, choć co prawda nie święcone. Nasi paradują z tymi jajkami i białym pszennym chlebem, wzbudzając tym widoczną zazdrość u niemieckich kołnierzy na posterunkach, którzy chyba dawno nie widzieli takich przysmaków. Nie da się opisać tej radości i tej dumy, jaka promieniała z twarzy naszych chłopców, gdy przechadzali się wesoło wśród żywej pogwarki i zajadania wielkanocnych specjałów, spoglądając spode łba na patrolujących żołnierzy niemieckich, którzy wręcz prosili naszych o chleb”.

Po przejechaniu środkowych Niemiec transporty z wojskiem polskim zaczęły wjeżdżać na teren obecnej Ziemi Lubuskiej. Artur L. Waldo wspominał:
„Dnia 19 kwietnia 1919 roku przejechaliśmy przez Torgau, Falkenberg i Cottbus, zatrzymując się wszędzie po kilka, a nawet kilkadziesiąt minut. Minęliśmy jeszcze Sorau (Żary), Sagan (Żagań), i 10 minut po północy stanęliśmy na dworcu w Głogowie (Glogau). Tu byliśmy na ziemiach polskich, choć zniemczonych.

Siedzieliśmy właśnie z gen. Hallerem w wagonie salowym i rozprawialiśmy o naszej podróży. Naraz drzwi wagonu z trzaskiem się otwierają i staje w nich niemiecki porucznik, taki typowy dawny lejtnant, z monoklem i posiekaną twarzą. Wyprostował się, wyszukał wzrokiem Generała, zasalutował i zameldowawszy swoje nazwisko – baron von Novak – oświadczył, że wprawdzie pociąg miał być oddany do rąk polskich w Lesznie, jednak postanowiono uczynić to już we Wschowie, a to ze względu na wrogie bardzo usposobienie Polaków względem Niemców w Lesznie. [Był to czas rozejmu po walkach powstańczych w Wielkopolsce – przytp. TL].

Niemcy wówczas zajmowali jeszcze to miasto i bali się, aby z okazji przyjazdu Generała ludność polska nie wykurzyła ich z tego ważnego węzła kolejowego.

Lejtnant von Novak zapytał jeszcze, czy Generał ma jakie rozkazy do wydania, ale Generał odparł, że nic mu nie ma do powiedzenia. Wówczas junkier zasalutował i ostentacyjnie opuścił wagon. Był to pierwszy Niemiec, który podczas podróży wszedł do pociągu. Coś z dawnej Germanii nas zaleciało. Oni zawsze ci sami, zawsze butni i pewni siebie.

Było już dobrze po północy, kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę i po półgodzinnej jeździe stanęliśmy w powiatowym miasteczku Wschowie (Froustadt), znajdującym się już w Wielkim Księstwie Poznańskim. Tu spotkaliśmy pierwszych oficerów polskich w wojsku gen. Dowbora-Muśnickiego [dowódca powstania wielkopolskiego – przyp. TL] poruczników: Grossera i Karwowskiego. Weszli do wagonu salonowego i sprezentowali się Generałowi. Oświadczyli, że pierwsza delegacja polska oczekuje naszego przybycia na stacji Kąkolewo za Lesznem, dokąd też przybędzie parowóz polski, aby nas wieźć dalej ku swoim. Dowiedzieliśmy się przy okazji o ciekawym zajściu, jakie miało miejsce we Wschowie kilka dni temu, podczas postoju jednego z pociągów z polskim wojskiem. Mianowicie kilku ochotników z Grenzschutzu skradło z zapieczętowanego wagonu kilka walizek oficerskich i sporo worków owsa. Na energiczny protest konwojujących oficerów sprzymierzonych władze niemieckie zwróciły wartość skradzionych rzeczy, wyraziły ubolewanie z powodu tego, co się stało, usunęły dowódcę dworca, którego miano oddać pod sąd, oraz rozpoczęły dochodzenie sądowe przeciwko winnym kradzieży”.

POWITANIE W POLSCE
Największe wzruszenie przeżywali żołnierze polscy przy przekraczaniu tymczasowej granicy polsko-niemieckiej. Artur L. Waldo jadący w transporcie z gen. J. Hallerem tak opisuje ten moment:

„O godz. 4 rano przejechaliśmy front polsko-niemiecki i stanęliśmy w Kąkolewie, o kilkanaście kilometrów na zachód od Leszna. Był dzień 20 kwietnia 1919 roku.
Tu opuściłem wagon i stanąłem na naszej starej polskiej ziemi. Łzy mimo woli do oczu mi napłynęły. Padłem na kolana i jak na relikwii świętej złożyłem pocałunek na tej polskiej ziemi. (…) Na dworcu w Kąkolewie, mimo zimna i nocnej jeszcze pory, powitał nas tłum rodaków. Nieustannie rozlegały się gromkie okrzyki na cześć gen. Hallera i jego wojska. W imieniu 1500 mieszkańców Kąkolewa przemawiał p. Calbecki. Na dworcu oddaje nam honory oddział 6 Pułku Strzelców wojsk powstańczych. Zbliżają się do nas panie polskie z PCK. Podają Generałowi chleb i sól, oraz z powodu Wielkiej Nocy dzielą się jajkiem z nim i z nami”.

W tym samym dniu gen. Haller wysłał depeszę do Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego o następującej treści:
„Dnia 20 kwietnia rano przebyłem linię demarkacyjną w Lesznie w Wielkopolsce. Wojska polskie, powracające pod mymi rozkazami z Francji, Ameryki i Włoch wznoszą w tej chwili trzykrotny okrzyk na cześć Polski i Jej Naczelnika, gotowe walczyć o granice Polski”.

Swoje spotkanie z Polską tak wspominał Jan Przyprawa jadący innym transportem:
„Z bijącym sercem czekamy na chwilę, gdy dotrzemy do granic odrodzonej Polski. Noc już zapadła, ale nikomu na sen się nie kleiło. Wreszcie około północy pociąg nasz wpadł na małą stację ustrojoną w zieleń i barwy narodowe. To Kąkolewo! Pierwsza graniczna stacja w odrodzonej Polsce. Na dworcu tłum ludzi. 'Witajcie Hallerczycy' – oto olbrzymi napis, jaki się nam rzucił w oczy. Ale pociąg nie zatrzymał się wcale. Minęliśmy pierwszą polską stację. Jakiś żal ogarnął nasze serca. Lecz po chwili pociąg zwalnia biegu, czuć, że hamulce ostro pracują, a następnie cofa się.

Okazało się, że prowadzący pociąg maszynista niemiecki chciał nas pozbawić śnionych chwil powitania Polski przy wjeździe do niej i dlatego nie zatrzymał się na stacji Kąkolewo, aż dopiero na wyraźny rozkaz dowódców transportu musiał pociąg wstrzymać i cofnąć go do stacji, którą minął”.

Po przyjeździe pierwszych oddziałów do Warszawy odbył się dnia 23 kwietnia 1919 roku ich przemarsz, zakończony defiladą na placu Saskim. W imieniu władz państwowych powitał gen. Józefa Hallera i jego żołnierzy minister spraw wewnętrznych Stanisław Wojciechowski – późniejszy prezydent Polski. Mieszkańcy stolicy zgotowali hallerczykom niezwykle serdeczne przyjęcie, a gen. Józef Haller otrzymał honorowe obywatelstwo miasta Warszawy.

Autor: opr. TEOFIL LACHOWICZ