Powstrzymać aftermath „Pokłosia” w USA

15

Jeden z najtrudniejszych i najbardziej kontrowersyjnych filmów polskich ostatniego półwiecza – "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego – z fanfarami wszedł na ekrany w USA. Jest o czym rozmawiać, jest się czego bać. Choć dyskusja na temat filmu już nieco w Polsce przycichła, obawiam, że powinna się rozpocząć na nowo.

Przypomnę, że „Pokłosie” to obraz nawiązujący do wydarzeń w Jedwabnem, inspirowany książką Jana Grossa „Sąsiedzi”, poruszający się po kłopotliwym obszarze antysemityzmu i zbrodni, do jakiej ostatecznie prowadzi, na tle spotęgowanych przez wojnę odczuć strachu, nienawiści, dehumanizacji. Atakowany za stworzenie filmu „antypolskiego” reżyser od początku podkreślał – i zebrał za to punkty nawet od swoich przeciwników – że nie miał na celu robienie historycznego kina rozliczeniowego, a raczej kino „moralnej niewygody”. Nie więc zamach na historyczną prawdę o losach polskiego i żydowskiego narodu w czasie wojny (a także po niej), lecz konfrontację pewnych ustawień świadomości, zbiorowej i jednostkowej, pojawiających się w obliczu zbrodni i zdolnych przywieść zarówno jednostkę, jak zbiorowość do utraty kontroli nad rzeczywistością, w efekcie do działań wymierzonych przeciwko samemu sobie. Jak na dreszczowiec przystało, bo tak sam reżyser od początku swój film klasyfikuje, i jednostka, i zbiorowość tracą tę kontrolę w sposób makabryczny. Potrzeba śmierci jednego (bohatera pojedynczego), by nastąpiło przebudzenie ze śmierci drugiego (bohatera zbiorowego), wraz z tym rekonwalescencja świadomości, która jest przedmiotem filmu.

Przerobiliśmy to wszystko na polskim podwórku, „przewałkowaliśmy”. Odtwórca głównej roli Maciej Stuhr został doceniony znaczącymi nagrodami i przynajmniej część polskiego społeczeństwa doceniła odwagę reżysera, że swe, skądinąd uniwersalne pytanie o to, do jakiego stopnia świadomość może stać się dla człowieka więzieniem, zadał w aspekcie tragedii w Jedwabnem, zagrał na najczulszych społecznych i narodowych strunach.

Pierwsze recenzje „Aftermath” – tak brzmi angielski tytuł „Pokłosia” – w „Hollywood Reporter” i „New York Timesie” nie zostawiają wątpliwości, że również w Ameryce film gra na czułych strunach. Jakże to jednak inna muzyka. „Aftermath” to po tej stronie oceanu najnowsza pieśń o holokauście, do tego grana w tonacji historyczno-dokumentalnej. Fakt, że przybyła z kraju, gdzie „miało miejsce Jedwabne”, tylko sankcjonuje przeświadczenie, że jest pokutą rozliczeniową narodu, który, choć późno, to jednak w końcu przyznaje się oficjalnie, że był współorganizatorem i współudziałowcem w zbrodniach hitlerowskich. Celowo używam tu wyrażenia „miało miejsce Jedwabne”, kalki z angielskiego, bo chcę podkreślić, jak iście hollywoodzką w skali karierę zrobiła w USA nazwa wsi spod Łomży. Z różnych przyczyn, wśród których wysokie miejsce zajmuje, niestety, brak polityki historycznej ze strony Polski na arenie międzynarodowej, debata po publikacjach książek Grossa tak przerzeźbiła amerykańską świadomość, że Jedwabne jest tu dzisiaj oddzielną galaktyką we wszechświecie historii. Weszło do codziennego leksykonu jako poręczny skrót myślowy, i to używany nie tylko zamiennie z takimi pojęciami, jak: eksterminacja Żydów przez nacje inne niż nazistowska, antysemityzm i niesprawiedliwość dziejowa, ale i w sytuacjach niemających nawet nic wspólnego z historią. Mówi się: „No i masz Jedwabne”, żeby podkreślić, że sprawcą jakiegoś nieszczęścia okazał się ktoś zupełnie inny, niż powszechnie myślano.

Wydawało się Państwu, jakie to trudne zadanie dla Polski, jako narodu, trzymać rękę na pulsie i reagować na wszystkie „polskie obozy koncentracyjne” panoszące się w mediach, zwłaszcza amerykańskich? Przygotujmy się na akcję dziesięciokrotnie większą w obronie tezy: „Polacy byli ofiarami nazistowskich mordów, nie mordercami”.

Przestrzegam, że niczego nie wyolbrzymiam i nie straszę. Chcę tylko przypomnieć, że w USA obowiązuje pewien przyjęty, odzwierciedlający i – choć tu akurat można się kłócić – broniący własnego interesu Ameryki sposób oglądu wydarzeń II wojny światowej. Nic nie pokazuje tego lepiej niż szkolne podręczniki. Mówię z własnego doświadczenia, mam dzieci w amerykańskiej szkole publicznej. Pearl Harbor, D-Day, Hiroszima i holokaust – oto rozdziały w tych podręcznikach, a wojna, naturalnie, nie rozpoczęła się tam z chwilą napaści Hitlera na Polskę, lecz atakiem Japonii na USA ponad dwa lata później. W miarę jak cichnie głos wymierającego pokolenia amerykańskich weteranów wojennych akt agresji nazistów na Polskę traci w USA na znaczeniu. W głowach młodych Amerykanów staje się wręcz częścią – cytuję zasłyszaną wypowiedź – „jakichś wewnętrznych manewrów Hitlera na terenie Europy”. Najmłodsze pokolenie wychowywane na tych podręcznikach nie rozumie nawet za bardzo, o co w tym chodzi. Jednocześnie od wydania książek Jana Grossa holokaust ma dla nich postać Żyda, którego jedna połowa zginęła w Oświęcimiu, druga w Jedwabnem. Czy coś jeszcze trzeba tu tłumaczyć? Czy trzeba jednocześnie przypominać, że binokle, przez które Ameryka patrzy na świat, są tak ogromne, iż siedzą jednocześnie na wielu nosach, niekiedy całego globu? Jeżeli Jan Gross zaskarbił sobie w USA pozycję wiarygodnego historyka, są duże szanse na to, że „Aftermath” zostanie okrzyknięte dokumentem historycznym, a Władysław Pasikowski odbierze nagrodę nie od Akademii Filmowej, ale od Towarzystwa Historycznego.

Kto będzie winny, jeśli do tego dojdzie i stanowisko „historyków” innych niż Jan Gross czy Marian Marzyński (autor filmu „Shtetl”) nie będzie nawet adnotacją w przypisach do oficjalnej, funkcjonującej globalnie, kroniki wydarzeń w Jedwabnem? Nie Władysław Pasikowski, bo jako twórca pracujący w kraju, gdzie wolność słowa i myśli jest nadrzędną wartością (tak, w każdym razie deklarujemy), miał święte prawo do każdego kadru i zdania w swoim filmie. Gdybyśmy wymagali od artystów odpowiedzialności za odbiór ich dzieł, żylibyśmy, obawiam się, na artystycznej pustyni. Nie amerykański widz i krytyk filmowy, bo nie znając polskiego, czeskiego, francuskiego, wyhodowany na wspomnianych podręcznikach do historii, nie dotrze do innych materiałów przedstawiających szerszy kontekst wydarzeń w Jedwabnem, nieskończenie złożony kontekst życia społecznego w warunkach okupacji. Ameryka okupacji nigdy nie przeżyła, ma na ten temat nikłe, krzywdząco uproszczone pojęcie.

Można wszak i trzeba wycelować palec w jedną stronę – wspomniany już brak historycznej polityki państwa polskiego. Że „Pokłosie” będzie filmem, który wyjedzie do Ameryki i narobi tu szumu, wiadomo było od początku. Można się było na to przygotować. Amerykańskiej premierze mogła towarzyszyć akcja PR, przypominająca (jeśli trzeba – uświadamiająca), że to ekranowa fikcja, a od strony opowieści o wojennych relacjach narodu polskiego i żydowskiego prezentuje tylko jeden z jej wielu wątków. Że jest wreszcie krytyczna różnica między pojęciami „przyzwolić na zbrodnię”, a ją „instygować”, i w kręgach historyków zajmujących się historią na potrzeby historii, nie literatury, jest ona kluczem do zrozumienia tragedii w Jedwabnem. Na miejscu byłoby nawet zabranie głosu przez polskie władze. Ostatecznie chodzi o wizerunek Polski i Polaków na świecie i walkę z historycznym rewizjonizmem.

Nie jest na taką interwencję jeszcze za późno, choć jest dość późno. Film już był Nowym Jorku, obecnie pokazywany jest w Los Angeles. Jeśli nic nie zrobimy, wkrótce może się okazać, że to my, Polacy, podpowiedzieliśmy Niemcom, by budowali krematoria, a nasza chęć i gorliwość do uczestnictwa w eksterminacji Żydów była tak wielka, że przerażała samych gestapowców – po to budowali na polskiej ziemi bunkry i zakładali posterunki w historycznych twierdzach, by się tam przed nami kryć. Pamiętajmy, zegar tyka. Gdy wymrą ostatni, którzy własnoręcznie sadzili w Yad Vashem drzewka na cześć swoich polskich ocalicieli, masa krytyczna adeptów innej interpretacji historii może nas wtedy przygnieść w sposób nieodwracalny. To samo Yad Vashem już przecież nagrodziło „Pokłosie” – za obronę prawdy historycznej…

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney