Powyborcza perspektywa level „z nastolatkiem”

76
FOTO: EPA

Internetowa apteka zapycha mi skrzynkę pocztową reklamami ziół i witaminek, które pomogą mi się odstresować w tym okropnym czasie niepewności po wyborach. Klub fitness zaprasza na jogę dokładnie w tym samym celu. Nawet na sklepie z materiałami wywieszka, że w promocji materiały dla quiltowiczów, bo szycie patchoworków jako antidotum na stres to w końcu o wiele zdrowsza, a jaka produktywna, metoda na jego zbijanie niż np. picie czy obżeranie się chipsami.

Wybrałam jeszcze inną formę terapii – dobrą książkę. Co za szczęście, że żyjemy w czasach, gdy nowa lektura jest na wyciągnięcie ręki po e-czytnik. Podzieliłabym się nawet z państwem kilkoma tytułami, niestety obawiam się, że są całkiem spore szanse, iż zostałoby to odczytane jako jeszcze jedna forma opiniodawstwa politycznego, wszak żyjemy w przedziwnych czasach, że upolityczniło nam się już absolutnie wszystko: packi na muchy, markery biurowe i nawet papier toaletowy. Przezornie zachowam więc tę informację dla siebie, a zainteresowanych proszę ewentualnie o kontakt przez redakcję, wyślę spis lektur spisany odpowiednim kodem.

– A jeśli powtórzy się sytuacja z Florydy? – pyta Młodsza.

Mój relaks trwał tyle, ile była w szkole.

Mam deja vu. Polityczne zwierzę budzi się dziś w ludziach zdecydowanie o wiele za wcześnie. Gdy kilka lat temu zbudziło się w Starszej, pamiętam, że zaczęłam pakować walizki i pisać podanie o azyl do buszmenów z Amazonii, z którymi nikt jeszcze się do tej pory nie skontaktował.

Polityczne zaangażowanie w wydaniu nastolatka to 100 procent emocji, drugie 100 procent emocji i trzecie 100 procent kompletnego braku kontroli nad emocjami. Rodzic nie musi śledzić powyborczych newsów, żeby dostać wrzodów żołądkowych z nadmiaru wrażeń. Wystarczy nokaut, który ma w domu.

Nie chce mi się odrywać od książki i mam na końcu języka, żeby otworzyła Wikipedię i poczytała o Florydzie, ale uprzedza mnie Mąż. No i zaczyna się. Od początku.

– Wiecie co? W taki sposób nie dotrwamy do piątku – deklaruję. – Macie teraz, w tej chwili natychmiast przestać!

Temat niestety powraca i to już przy kolacji. Dla niepoznaki trochę się tylko przebrał i przekrada się opłotkami jak wyrafinowany przestępca.

– Poczytałam – obwieszcza Młodsza. – I co, was to nie przerażało, że brak wyników, że głosy trzeba przeliczać, sąd wzywać na pomoc, przyszłość całego kraju, a może i świata wisi na włosku?

Nieźle, za jednym zamachem wystawiła nam rachunek za przeszłość.

– Chwileczkę, ale to nie tak – zaczął usprawiedliwać się Mąż. – W tamtych czasach po prostu inaczej się do takich spraw podchodziło. Nie, żeśmy się polityką nie interesowali, co to to nie. Przychodziły wybory i człowiek z dumą oddawał głos. Tylko że to nie było epicentrum niczyjego życia. Nikt, może prócz zawodowych politologów, na pewno nie dostawał z powodu wyborów rozwolnienia, ani nie taranował sąsiadowi ogrodu, bo mu się nie podobały tablice wyborcze. Kto w ogóle stawiał jakieś tablice wyborcze?! A przy tym trzeba jasno powiedzieć. Jak byliśmy w twoim wieku to rozmowy o polityce były najszybszą i niezawodną metodą, by dostać od rówieśników towarzyskiego bana. Taaak – Mąż popada w nostalgię – To były czasy. Mijał się człowiek z sąsiadem na ulicy i rozmawiał wyłącznie o cenach kart pamięci do komputera.

Młodsza odkłada widelec, jakby straciła ochotę na jedzenie.

– Ale wybory są ważne! – nadyma się i zakłada ręce na piersi.

W międzyczasie Starsza zaesemesowała już trzy razy, że ona tego napięcia nie przeżyje i co ma zrobić.

Wiem, że jeśli ja czegoś za chwilę nie zrobię, to walizki znów pójdą w ruch i tym razem emigracja do buszu dojdzie do skutku.

– Po kolacji kończymy oglądać ten film dokumentalny o wykopaliskach w Egipcie! – zarządzam i nie przyjmuję głosów sprzeciwu.

Film „Saqqara Tomb” zaczęliśmy oglądać miesiąc temu. Przerwaliśmy po kilkunastu minutach, bo zadzwoniła rodzina i to cała naraz, prawie 10 osób na zoomie, potem zrobiła się już pora do spania, a potem po prostu się nie składało. Skończyłam go oglądać sama, ale rodzinie tego nie zdradziłam.

„Saqqara Tomb” opowiada o okolicznościach sensacyjnego odkrycia (2018 r.) jednego z najstarszych, a przy tym najlepiej zachowanych grobowców staroegipskich w obrębie stanowisk archeologicznych przy słynnych piramidach koło Gizy. Zachwyca, rzecz jasna, skala znaleziska: kompletny, nienaruszony i niesplądrowany grobowiec rodzinny egipskiego kapłana, datowany na około 4500 lat temu. Dużo ciekawsza okazuje się jednak historia w historii. Mamy i kryminalny suspens na tle rywalizacji między starożytnymi braćmi, i pierwszą na świecie (odnalezioną) mumię lwia, i pierwszy potwierdzony przypadek malarii w historii ludzkości. Są opowieści o ludziach, którzy cieszą się jak małe dzieci na widok zestawu do gry w Senet – prekursorów szachów, a z workiem ludzkich kości, z których mozolnie składają szkielet, rozmawiają jak z żywym człowiekiem.

Są i tacy, którzy najmują się jako „archeologiczni kopacze” (rodzinna tradycja już od pokoleń) i choć jest to niewyobrażalnie ciężka praca, nie zamieniliby jej na inną. Wszyscy zaś, pytani dlaczego robią to właśnie co robią, udzielają zdumiewająco podobnych odpowiedzi. Są dumni, że to oni na powrót przywracają światu piękno, które warte jest ludzkich oczu i podziwu. A przede wszystkim, że dostają namacalny dowód na to, iż to co minęło, wcale przecież nie minęło do końca. Trwa po dziś dzień w nas samych: w miłości, którą darzymy innych, w strachu, który odczuwamy w obliczu zagrożenia, w marzeniach i planach, które są tak ważną częścią każdego ludzkiego życia. Im więcej wiemy o przeszłości, tym bardziej czujemy się cząstką układu dużo większego niż to, co otacza nas tu i teraz. Rośnie pokora, a maleje buta, że jesteśmy tacy wyjątkowi i unikatowi, i jeśli dopadnie nas jakieś nieszczęście, to nie może to się skończyć inaczej niż tylko końcem świata. Nie może? Może. Właściciel grobowca z filmu nie żyje od czterech tysiącleci, a świat jak gdyby nigdy nic toczy się dalej.

Jak przewidywałam, Młodsza poszła spać dużo spokojniejsza. Linka do filmu wysłałam także Starszej. Jeśli ktoś nadal cierpi z powodu wyborów, to bardzo powyższy film polecam. Nadal uważam, że najlepsza i tak jest książka, ale jeśli ktoś nie ma lub nie lubi, a zawiodły ziółka, witaminy, fitness i kołdry patchworkowe, naprawdę warto spróbować.