Pożegnanie ostatniego hubalczyka

27

Modlitwą pożegnałam Romana. Zawsze serdecznego, zawsze bliskiego i mnie, i mojej rodzinie: mojemu synowi Tomkowi, braciom Henrykowi i Krzysztofowi, mężowi Normanowi. I moim zmarłym już rodzicom. Wszyscy kochaliśmy Romana. Właściwie nie było osoby, która po spotkaniu z nim nie czuła się natychmiast jego przyjacielem. Umiał rozmawiać tak, że nie urażał, że aprobował i doceniał każdego. Zwykle mówił tak, by każdemu było „miło” (trochę mu to nawet zarzucałam lata temu).

Nasza znajomość trwała 40 lat – od moich czasów studenckich, kiedy Melchior Wańkowicz przedstawił mi Romana i zaprosił w Konstancinie na kolację. Potem widywaliśmy się wiele razy w Warszawie, w Manchesterze, w Sheffield (i pod koniec jego życia w Huddersfield). Po śmierci Wańkowicza Roman podczas odwiedzin w Polsce często pomieszkiwał w moim warszawskim mieszkaniu przy ulicy Kmicica na Mokotowie.

Poznałam jego siostry: Zofię i Jadwigę, także jego kolegów od Hubala. Wśród nich był wspaniały żołnierz, dumny Józek Alicki, Marek Szymański, Henryk Ossowski, także Jan Sekulak i wielu innych.

Zofia, Jadwiga i Roman chętnie wspominali dzieciństwo w Mandżurii, wczesną młodość w majątku Ławski Bród na Kresach. Wtedy właśnie zrodził się pomysł książki, którą po ukończeniu zatytułowałam „Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala”. Roman cieszył się nią i jej popularnością. Miała cztery wydania (1983, 1986, 1997), czwarte uzupełnione o duże fragmenty i uaktualnione fotografie ukazało się w 2012 roku w Wydawnictwie Iskry w książce pt. „Lepszy dzień nie przyszedł już”. W Stanach Zjednoczonych w 2013 roku ukazała się angielskojęzyczna wersja pt. „Polish Hero Roman Rodziewicz. Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald and Postwar England”.

Dumna jestem, że mogłam napisać o dzielnym Romanie, którym los rzucał z miejsca na miejsce. Moja opowieść to jeden z naszych polskich losów, trudny, bolesny, ale piękny i zawsze bliski naszym sercom.

Razem z Romanem odwiedziliśmy Auschwitz, on pierwszy raz po wojnie, ja byłam tam wtedy jedyny raz. Jeden z najtrudniejszych momentów, jaki pamiętam i o którym piszę w książce, był w 1978 roku w Warszawie, kiedy spotkał się ze swoją dawną narzeczoną Halinką Czermińską (po mężu Żelaźniewicz). Ich losy tragicznie się przerwały. Teraz zobaczyli się pierwszy raz po wojnie i dopiero wtedy ustalili, co naprawdę się stało. Łzy mam w oczach, gdy wspominam ich spotkanie, w którym i ja uczestniczyłam.

Romana ostatnio odwiedziłam w 2012 roku w Domu Opieki Jasna Góra w Huddersfield, w Anglii, gdy skończył 99 lat. Spędziłam tam popołudnie i wieczór, dzięki gościnności ks. Jana Wojczyńskiego przenocowałam i wyjechałam kolejnego dnia.

Roman już był słaby, już nie prowadziliśmy szybkich rozmów, przerywając sobie nawzajem, jak kiedyś. Był wyciszony, z trudem dobierał wyrazy, nie kończył zdania. Był już niemal jakby nieobecny.

Chciał, by jego prochy spoczęły na szańcu Hubala w Anielinie. Były z tym trudności, wtedy powstała obawa, że jego prochy będą rozrzucone… i będzie – jak w książce – tułać się „z miejsca na miejsce”. Pod koniec życia Roman podpisał oświadczenie, że chce być pochowany na warszawskich Powązkach. I tak się stało.

Modlę się za spokój duszy śp. Romana. I wierzę, że się spotkamy po tamtej stronie. Będą także inni, z którymi Roman, wierzę, już się spotkał: jego rodzice Natalia i Antoni, siostry, brat Stefan, stryj Leon, Hubal, koledzy, Wańkowicz… Czas upływa i coraz mniej nas po tej wciąż stronie życia.

***
Romuald Rodziewicz ur. 18 stycznia 1913 r. w Ławskim Brodzie – hubalczyk, ps. „Roman”, wachmistrz Wojska Polskiego. Pierwsze lata życia spędził w Mandżurii (ojciec zesłany na Sybir). Uczestnik kampanii wrześniowej jako podoficer 102. Rezerwowego Pułku Ułanów, wchodzącego w skład Grupy „Wołkowysk” pod dowództwem gen. Przeździeckiego. 23 września 1939 r. dołączył do 110. Rezerwowego Pułku Ułanów pod dowództwem słynnego zagończyka ppłk Jerzego Dąbrowskiego, z którym przeszedł cały szlak bojowy, aż do marszu na Warszawę. Po upadku Warszawy, wraz z 60-osobowym oddziałem, jako ochotnik wstąpił do Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego pod dowództwem mjr. Henryka Dobrzańskiego „Hubala”. W oddziale tym brał udział we wszystkich bitwach stoczonych na Mazowszu i Kielecczyźnie. 2 października 1939 r. uczestniczył w zwycięskiej potyczce z Niemcami pod Wolą Chodkowską. W grudniu 1939 r. został mianowany do stopnia plutonowego, a po bitwie pod Huciskami, 30 marca 1940 r., awansował na stopień wachmistrza kawalerii.
Po śmierci mjr „Hubala” i rozproszeniu oddziału był w Miechowskiem instruktorem szkolenia w organizacji ZWZ. Od marca 1941 roku był w wywiadzie wojskowym w Ośrodku Północ I w Wilnie. W rejonie Wołożyn – Mołodeczno był kierownikiem placówki, a w połowie 1942 roku przeniósł się do Armii Krajowej, która działała w tamtym rejonie. W sierpniu 1943 roku został aresztowany przez Niemców. Przebywał trzy miesiące w więzieniu w Mołodecznie, a następnie przewieziony do Auschwitz, gdzie spotkał kolegów z oddziału: Józefa Drabika, Antoniego Piotrowskiego oraz por. „Czarnego” z koneckiego obwodu ZWZ. Przeniesiony do Buchenwaldu na początku października 1944, a następnie do Nadrenii. Przewieziony do Innsbrucku w Austrii wiosną 1945 roku, gdzie 3 maja odzyskał wolność. Po pięciu tygodniach udał się do Włoch, gdzie wstąpił do 2. korpusu. Wystąpił z armii w 1947 roku i osiedlił się w Anglii.

1 lipca 2008 r. za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej prezydent RP Lech Kaczyński nadał mu Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.

Bohater beletrystycznej opowieści historycznej Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm „Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala”. Jeden z bohaterów książki Melchiora Wańkowicza „Hubalczycy” (wiele wydań, 1 wyd. pt. „Wrzesień żagwiący”. Rodziewicz w 1945 roku we Włoszech opowiedział Wańkowiczowi dzieje oddziału Hubala i na podstawie jego opowieści powstała książka).

18 stycznia 2013 roku Rodziewicz skończył 100 lat. W ostatnich latach życia mieszkał w Domu Opieki „Jasna Góra” w Huddersfield w Wielkiej Brytanii.

Autor: Aleksandra Ziółkowska-Boehm