Pracuj aż do śmierci!

37

Ciężko pracujemy, żeby zarobić na utrzymanie się, wykształcenie dzieci, kupno domu, nowego samochodu. Zanim się obejrzymy, zbliżamy się do wieku emerytalnego i zauważamy, że nie dysponujemy żadnymi oszczędnościami, nie mamy funduszu 401(k), bo nie oferował go nam pracodawca, gorzej – mamy niespłaconą pożyczkę za nieruchomość, długi na kartach kredytowych oraz niezapłacone rachunki za wizyty lekarskie i zażywane medykamenty.

Nierzadko też pomagamy dorosłym dzieciom w urządzeniu się w ich pierwszych czterech ścianach, a nawet dokładamy się do pierwszej raty zaciągniętego przez nie kredytu. Co to wszystko oznacza? Nie możemy spokojnie myśleć o emeryturze, ba, w ogóle musimy się wyzbyć chęci zakończenia kariery zawodowej i oswoić się z realiami – pracy do późnej sześćdziesiątki, a niewykluczone, że i powyżej siedemdziesiątki. Z podanych powyżej powodów dzisiaj to bardziej norma niż wyjątek. Jak wynika z ostatnich statystyk, 19 procent Amerykanów powyżej 65. roku życia dalej pracuje. To najwyższy taki wskaźnik, od kiedy prawnie ustalono na tym poziomie wiek emerytalny, czyli od 1962 roku. Więcej jak ćwierć zatrudnionych powyżej 55 lat ma poniżej 10 tysięcy dolarów oszczędności emerytalnych, a jedna trzecia deklaruje, że będzie pracować co najmniej do siedemdziesiątki, a może aż do śmierci.

Oczywiście mogą to być tylko pobożne życzenia, gdyż w tym wieku zwykle nie dopisuje człowiekowi zdrowie i zamiast siedzieć za biurkiem lub stać przy maszynie fabrycznej, siedzi w poczekalni do lekarza. W „Money Magazine” wyczytałem, że z ludzi w wieku emerytalnym chcących pracować 29 procent nie może ze względu na słaby stan zdrowia. Paradoksalnie, schorowani planują pracować długo powyżej wieku, w którym mogą przejść na emeryturę, niż ci, którzy cieszą się dobrym zdrowiem. Wygląda na to, że i tu nie dopisuje im szczęście, bo po dziesiątkach lat harówki nie mogą na stare lata usiąść w wygodnym fotelu i trochę odpocząć. Nie dość, że wszystko im dolega, to jeszcze z grymasem na twarzy muszą biec do pracy.

Obecna sytuacja Amerykanów w wieku emerytalnym zmuszonych pracować z powodu niewystarczających środków finansowych była obca wcześniejszym pokoleniom. Pół wieku temu zarobki ojca wystarczały na utrzymanie całej rodziny, łącznie z zajmującą się dziećmi i domem matką. Emerytura też była bardziej różowa i przechodzono na nią w młodszym wieku. 50-55-letni emeryci nie byli wyjątkami. Ale ta sielanka nie mogła trwać wiecznie. Nawet przed recesją lat 2008-2009 doradcy finansowi ostrzegali, że dzieci powojennego wyżu demograficznego, czyli urodzone w latach 1946-1964, miały zbyt duże długi, za mało oszczędności i za bardzo liczyły na wypłaty Social Security, żeby wygodnie żyć. I gdy nadeszła perfekcyjna burza w postaci załamana ekonomicznego, kiedy doszło do masowych zwolnień, spadku giełdy, co oznaczało straty akcji funduszy emerytalnych, oraz ogromnego spadku cen nieruchomości, to wystarczyło, żeby w gruzach legły marzenia o wygodnej emeryturze i przejściu na nią zgodnie z planem.

Brak pieniędzy i szwankujące zdrowie to tylko część przeszkód stawianych pracującym emerytom. Kolejnymi są obostrzenia podatkowe i silna konkurencja zarówno ze strony młodszych, jak i rówieśników. Nie widzę sensu rozpisywać się na temat pierwszej przeszkody, gdyż jest nudna i skomplikowana, wystarczy powiedzieć, że uderza po kieszeni tak boleśnie, że odbiera resztki ochoty do wstawania z łóżka i marszu do pracy. Druga jest równie przykra, gdyż pracodawcy niechętnie zatrudniają starszych pracowników, uważając, że są oni mniej wydajni i zabierają miejsce młodym, którym bardziej potrzebna jest praca, bo mają na utrzymaniu rodziny. W efekcie mówi się, że z tego powodu może dojść do obniżenia stawek starszym wiekowo pracownikom, co nie pozwoli im na odbicie się od finansowego dna, które w ogóle jest powodem ich dalszej pracy. Gdy osiągnę odpowiedni wiek, czy będę mógł przejść na emeryturę bez obawy, że będzie zaglądał mi głód w oczy, czy też będę zmuszony pracować do grobowej deski? Nie wiem, ale wiem, że pytanie to stawia sobie wielu czytających ten felieton.

Autor: Wiesław Cypryś