Problematyczna miłość

293
FOTO: PEXELS.COM

Naprawdę jest aż tak źle? To pytanie o Amerykę słyszę od lat. Pytają mnie regularnie znajomi spoza USA, zwłaszcza z Polski, gdzie jednocześnie znajduję najwięcej osób nastawionych do moich ocen i obserwacji nieufnie i konfrontacyjnie. Moja krytyka Ameryki nazywana jest czarnowidztwem, przesadą, bywało, że nawet służeniem obcym interesom. W najlepszym razie słyszę, że brak mi optymizmu i dystansu.

Nie uważam się za czarnowidza, uważam się na analityka, i nie służę niczyim interesom, prócz interesu moich czytelników oraz mojego własnego. W każdej książce o USA, jaką napisałam, przypominam, że ze szczególnym zainteresowaniem kieruję mój dziennikarski peryskop na tematy mające dla mnie osobistą wartość. Jestem bowiem człowiekiem, który tutaj żyje na co dzień, zbudował tu dom, wychowuje i kształci dzieci. Jestem imigrantką z dogłębną świadomością, że im lepiej poznam moją przybraną ojczyznę, tym lepiej się w niej odnajdę, będzie mi tu łatwiej żyć. Zgadzam się więc, i to poniekąd z entuzjazmem, na zarzut, że brak mi optymizmu i dystansu, bo to znaczy, że wypełniam przyjęte na siebie role, tak jak powinnam. Przyglądam się przede wszystkim temu, co nie działa. Obchodzi mnie to, co utrudnia mi, jako mieszkance USA, życie, bo właśnie refleksja nad tym, co zepsute i jak można by to naprawić, jeśli trzeba, to nawet wymienić na całkiem inny model – najlepiej wytłumaczy reszcie świata zjawiska, które są dlań niezrozumiałe.

Przyjechałam do Ameryki i zaczęłam ją opisywać w przeciekawym czasie. W końcu ubiegłego wieku. Mit krainy mlekiem i miodem płynącej, mit sprawnie działającego państwa oraz nieustępliwego idealisty w wiecznej obronie demokracji jako optymalnego systemu polityczno-społecznego był jeszcze wtedy i w Polsce, i na świecie bardzo silny. Prezydent Bill Clinton chwalił się rekordową nadwyżką w budżecie, a Krzemowa Dolina nadymała się w coraz większą bańkę, choć ze względu na bezprecedensowość w historii technologicznej rewolucji, z jaką mieliśmy do czynienia, nikt nie potrafił przewidzieć, dokąd nas zaprowadzi i czym się skończy.

Tak się złożyło, że początek mojej emigracyjnej ścieżki znajdował się w Kalifornii, moja pierwsza po studiach praca – w samym sercu Krzemowej Doliny. Przyglądałam się z bliska wielu zjawiskom, które za jakiś czas miały się rozlać na resztę kraju. Na pierwsze jaskółki offshoringu – wyprowadzanie miejsc pracy za granicę, wtedy jeszcze w warunkach kompletnie nie istniejących regulacji odnośnie spraw tak podstawowych, jak np. własność intelektualna materiałów publikowanych online. Na nasilający się trend optymalizacji zysków poprzez rezygnację z pakietów socjalnych dla pracownika, takich jak ubezpieczenie medyczne. Na cudowny wykwit w obrębie Krzemowej Doliny nowych milionerów i miliarderów, którzy swoje majątki zbijali nie w tradycyjny, ekonomicznie sposób, a poprzez finansowe spekulacje, wprowadzanie na giełdę swoich wielce niepewnych przyszłościowo start-upów, a nierzadko i zwykłe oszustwa. Świadomość technologiczna dopiero się w nas wszystkich budziła i kształtowała. Nie mając pojęcia, co ma, a co nie ma przed sobą realnej przyszłości, rynek nie raz i nie dwa entuzjastycznie reagował na złoty pierścionek, który w istocie od początku był zwykłym kawałkiem plastiku tylko pomalowanego błyszczącą farbą. Z drugiej strony widziałam Kalifornię zalaną nielegalnymi imigrantami, którzy, ku wielkiej uciesze i absolutnej bezrefleksji swoich pracodawców, wykonywali za grosze prace jeszcze niedawno zdominowane przez Amerykanów. W czasie gdy koszty życia, choćby w związku z nieuniknioną, minimalną, ale zawsze inflacją, rosły, koszty usług i produktów w wielu sektorach spadały. Nie było w tym logiki, ale nikt się nad tym zbytnio nie zastanawiał.

Wreszcie, to w Kalifornii wcześniej niż w pozostałym częściach Ameryki, rozpoczął się kryzys szkolnictwa, spowodowany, z jednej strony, nieadekwatnym finansowaniem publicznej szkoły, z drugiej, zalewem tej szkoły przez dzieci meksykańskich imigrantów bez wskazanej biegłości w języku angielskim. Zamiast gruntownej reformy, odpowiadającej na nowe, demograficzno-kulturowe wyzwania stojące przed publiczną szkołą, Kalifornia – a za nią, jakiś czas później, już przecież cała Ameryka – odpowiedziała za pomocą tradycyjnych półśrodków: szkołami czarterowymi, bonami na zniżkę w czesnym za szkoły prywatne, wreszcie ofertą nowych szkół prywatnych. Efekt, jaki jest, wszyscy widzimy. Poziom amerykańskiego szkolnictwa publicznego in genere nie tylko się nie podniósł, ale dramatycznie spadł i spada.

To, co widziałam wokół siebie jako świeżo upieczona imigrantka kłóciło się z obrazkiem Ameryki, jaką spodziewałam się, bazując na wiedzy czerpanej z obiegowej mądrości i przekazów medialnych, zastać. Codzienne życie brutalnie obalało stereotypy i mity, z jakimi miałam do czynienia, gdy mieszkałam w Europie. Z jakichś przyczyn zagraniczni korespondenci pomniejszali np. rozmiar systemowej biedy, z jaką Ameryka końca ubiegłego wieku już się borykała. Bolesnym i absolutnie zaskakującym było odkrycie, w jakiej biedzie w najbogatszym państwie na świecie mogą żyć dzieci. Wreszcie trudny do pojęcia był zbyt kosztowny system opieki medycznej, który – właśnie w momencie, gdy przyjechałam do USA – zaczęła się w błyskawicznym trybie przemieniać w twór jeszcze żarłoczniej i bezlitośniej rzucający się na kieszeń chorego, skutkując poczwarą, z którą mamy do czynienia dzisiaj. Na wykup ubezpieczenia na rynku prywatnym po tym, jak traci się je ze strony pracodawcy, nie stać dzisiaj już nawet rodzin z klasy średniej.

Opisywałam te zjawiska ku wielkiemu, na początku, zdumieniu redakcji w Polsce, z którymi współpracowałam. Moje „czarnowidztwo”, „przesada”, „szukanie dziury w całym” znalazły potwierdzenie w krachu 2008. I dalej je znajdują – w kryzysie, który „z jakichś przyczyn” wciąż nie chce odejść, choć Wielka Recesja zakończyła się już tyle lat temu. W wołających o „pomstę do niebios” postawach młodych Amerykanów, którzy nieoczekiwanie kleją się do idei socjalizmu! W bezprecedensowej w historii kraju lawinie – a wciąż się rozpędzającej! – emerytów, którzy, choć na ostatnich nogach, dalej są czynni zawodowo, inaczej nie mają z czego żyć. W informacjach, wreszcie, że mamy do czynienia z rekordową liczbą emigracji z USA, bo okazuje się, że dla lepiej wykształconego, nowoczesnego człowieka ziemia obiecana nie leży już dzisiaj na kontynencie północnoamerykańskim, a w innych częściach globu. Pod wieloma względami Ameryka na własne życzenie zmienia się w zaścianek świata i największy optymizm tego faktu nie zmieni.

Nigdy nie migałam się od dyskusji o tym, co opisuję, i zawsze chętnie rozwinę każdą myśl. Lata prezentacji rozmaitych aspektów amerykańskiej rzeczywistości pod kątem ich przystępności dla polskiego czytelnika uświadomiły mi jednak pewną rzecz. Wielka, prawdziwa miłość naprawdę umiera ostatnia. Polacy przez bardzo długi czas kochali Amerykę taką właśnie miłością. Buntują się więc i nawet w obliczu faktów dalej próbują walczyć o ideał, jaki przyzwyczaili się w sobie nosić. Ci dotknięci demontażem tego ideału najbardziej idą w przeciwną stronę. Obrażają się na Amerykę w sposób całkowicie dziecinny i kultywują dla odmiany skrajną animozję do wszystkiego, co amerykańskie, nie szczędząc, zwłaszcza amerykańskiej Polonii, której chętnie przypisują odpowiedzialność za zło, jakie dzieje się i w samej Polsce – by wspomnieć choćby totalne nieporozumienie, jakim jest obarczanie Polonii „winą” za taki a nie inny wynik wyborów Polsce oraz do Parlamentu Europejskiego.

Nie dziwi mnie to, wszak odpowiedzią na ból bardzo często jest chęć zadania podobnego bólu innym. Problem w tym, że nie ma to żadnego sensu. Tylko dlatego, że byśmy sobie tego życzyli, Ameryka nie zmieni się na powrót w bogatego wujka, jakim przez stulecia jawiła się mieszkańcom znad Wisły, abstrahując nawet od tego, czy kiedykolwiek była aż tak „bogata”, „dobrotliwa” i „cnotliwa” ideologicznie, jak ją nad Wisłą postrzegano. Imperia powstają i imperia się kończą. Imperia potrafią się też regenerować, jeśli w porę dostrzegą swą niemoc i przedsięwezmą odpowiednie środki zaradcze.

Nie wiem i chyba nikt tego nie wie, w jakim momencie historii znajduje się dzisiaj Ameryka. To zagadka tym trudniejsza, że po raz pierwszy w historii imperium nie jest wyspą samą dla siebie. Jego zdrowie zależy o tyle od sprawności jego własnych organów, co i kondycji reszty globu, jest z nim przecież połączony siatką arterii pompujących i jego własną krew. Paradoksalnie mamy do czynienia z sytuacją, że sami możemy przyczynić się do zdrowia imperium, jeśli zadbamy o własne. Paradoksalnie, oznacza to, że w interesie zdrowej Ameryki jest i zdrowa Polska – nie toczona sentymentami rozromantyzowanej miłości do nieistniejącego jednorożca, nie oglądająca się na tego jednorożca jako uzdrowiciela jej bolączek i drogowskaz dla jej poczynań. Im szybciej pozwolimy tej idealistycznej miłości umrzeć i zastąpić ją działaniami w obrębie rzeczywistości, z jaką mamy do czynienia naprawdę, tym lepiej dla nas wszystkich. Z niecierpliwością czekam dnia (dni?), gdy z całą odpowiedzialnością będą mogła pisać, że w Ameryce dzieje się coraz lepiej, a czarnowidztwo i pesymizm odwiesić na szafy jak kożuch wraz z nadejściem lata.

***

Tylko dlatego, że byśmy sobie tego życzyli, Ameryka nie zmieni się na powrót w bogatego wujka, jakim przez stulecia jawiła się mieszkańcom znad Wisły, abstrahując nawet od tego, czy kiedykolwiek była aż tak „bogata”, „dobrotliwa” i „cnotliwa” ideologicznie, jak ją nad Wisłą postrzegano. Imperia powstają i imperia się kończą. Imperia potrafią się też regenerować, jeśli w porę dostrzegą swą niemoc i przedsięwezmą odpowiednie środki zaradcze.