Problemy (prawie) ambasadora USA w Polsce

253
Mark Brzezinski FOTO: EPA

Jakieś dziwne rzeczy dzieją się wokół funkcji ambasadora USA. Od stycznia, kiedy swoją misję zakończyła Georgette Mosbacher, ambasadą w Warszawie kieruje Bix Aliu. To charge d'affairs, czyli niższy stopień szefa misji dyplomatycznej, a nominacja nowego ambasadora, którym miałby być Mark Brzeziński, jest blokowana. Dlaczego? Przez polskie obywatelstwo, którego mieć nie może i - co ciekawe - nie ma.

Zgodnie z polskimi normami, osoba, która jest obywatelem RP lub chociaż ma prawo do obywatelstwa RP, nie może pełnić funkcji dyplomaty obcego państwa w Polsce. W 1993 roku taki sam problem miał kandydat Billa Clintona na ambasadora, Nicholas Andrew Rey, daleki potomek polskiego twórcy epoki renesansu Mikołaja Reja (to ten od słów: „Niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi i swój język mają”). Nicolas Rey zrzekł się wówczas prawa do obywatelstwa polskiego i ambasadorem został.

Mark Brzezinski nigdy nie był obywatelem RP. Jednak jako syn Zbigniewa Brzezińskiego, byłego doradcy amerykańskiej administracji ds. bezpieczeństwa narodowego, który był zarówno Amerykaninem, jak i Polakiem, ma do tego prawo, gdyż zgodnie z konstytucją, jednym z czterech sposobów nabycia obywatelstwa polskiego jest urodzenie z rodziców, z których co najmniej jedno ma obywatelstwo polskie (zasada krwi/Ius Sanguinis), bez względu na miejsce urodzenia dziecka – w Polsce czy za granicą (art. 14 pkt 1 ustawy o obywatelstwie polskim).

Ojciec Marka, Zbigniew, wyemigrował z ojczyzny jako dziecko wraz z rodziną, ale w pamięci zarówno Polaków, jak i Amerykanów utrwalił się jego obraz jako gorącego orędownika spraw polskich na arenie międzynarodowej. Był doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego prezydenta Jimmy’ego Cartera i jak dotąd to najwyższe stanowisko w amerykańskiej administracji pełnione przez Polaka. Zawsze podkreślał swój związek z krajem przodków, doskonale mówił w języku polskim, a ja uwielbiałam cykl programów, w których opowiadał o polityce, dyplomacji i stosunkach międzynarodowych. Na pogrzebie Brzezińskiego w maju 2017 r. Jimmy Carter podkreślił, że to „on postawił prawa człowieka w centrum polityki zagranicznej USA” i takim go pamiętam.

Mark Brzeziński, amerykański prawnik, dyplomata i znawca polityki zagranicznej był już raz ambasadorem Stanów Zjednoczonych, ale w Szwecji w latach 2011-2015. Wcześniej w administracji Billa Clintona był w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego Białego Domu dyrektorem ds. rosyjsko-euroazjatyckich oraz Europy Południowo-Wschodniej. Mówi po polsku. W 2007 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP. Co ciekwe, jest bratem Miki Brzezinski, która prowadzi opiniotwórczy program na kanale MSNBC „Morning Joe”. Wydawałoby się, ze ma wszelakie kompetencje i predyspozycje, by być dobrym ambasadorem w Polsce. Ale… Ale obywatelstwo polskie jest obecnie dziedziczone w nieskończoność, bez ograniczenia czasowego i liczby pokoleń. Jedynym legalnym, zgodnym z lonstytucją i skutecznym prawnie sposobem jego utraty, jest zrzeczenie się go na własny wniosek przez obywatela, co wcale nie jest sprawą ani prostą, ani szybką, gdyż wymaga to osobistej (!) zgody prezydenta RP w formie suwerennej decyzji, niedelegowanej na nikogo, bezapelacyjnej i niezaskarżalnej do sądów. Samo złożenie wniosku o taką decyzję obwarowane jest jak twierdza w Modlinie, co może przeciągać procedurę na lata.

Ambasada USA w Warszawie FOTO: EPA

Przedwojenne prawo (ustawa o obywatelstwie państwa polskiego z 1920 roku, Dz.U 1920 nr 7 poz. 44) rozwiązywało dylemat podwójnego lub wielokrotnego obywatelstwa bez zbędnej biurokracji – kto uzyskiwał obywatelstwo obce, automatycznie od daty nabycia tracił obywatelstwo polskie. Nieodwracalnie. Ten stan prawny obowiązywał aż do stycznia 1951 roku. Nowa ustawa stanowiła, że obywatel nie może zmienić obywatelstwa bez pozwolenia państwa. Zasada ta została następnie przeniesiona do gomułkowskiej ustawy o obywatelstwie z 1962 roku, ustawy z 1989 roku i do obecnie obowiązującej z 2009 roku. A ponieważ nie leży w kompetencjach i możliwościach państwa polskiego zakazanie innym państwom nadawania swoich obywatelstw Polakom, stworzono fikcję tolerowania podwójnego obywatelstwa, choć RP go nie uznaje de iure. Tak się w moim blondynkowym rozumie zastanawiam, czy aby obywatelstwo polskie przy tym rozwiązaniu prawnym nie jest przymusowe i ilu ludziom na świecie przysługuje?