Przeciwko monitorom zdrowia

0
0

Nie puszczam chyba wodzów wyobraźni zbyt daleko zgadując, że te same maszyny będą nam przypominały o odpowiedniej dla nas diecie i ćwiczeniach, a gdy zasiedzimy się wieczorem przed telewizorem czy innym ekranem, będą nam te ekrany z premedytacją wyłączały, byśmy zażyli akurat tyle godzin snu, ile potrzebujemy dla zachowania optymalnej kondycji fizycznej i psychicznej. W jaki sposób będą wywierały na nas presję (innymi słowy: jak będą nas „karać” za niesubordynację czy „motywować” i „nagradzać”, by nam się nasze zdrowe życie nie znudziło), tego jeszcze nie wiemy, ale ekipy fachowców i nad tym przecież pracują.

Doniesienia o postępach w rewolucji, o której piszę, pojawiają się prawie każdego dnia. Oto czytam, że izraelska firma ContinUse Biometrics wymyśliła urządzenie do zdalnej oceny stanu naszego zdrowia, które składa się z prostego układu optycznego oraz lasera. Urządzenie wysyła w naszym kierunku bezpieczną, bardzo niską dawkę promieniowania i rejestruje nanowibracje pochodzące z naszych najważniejszych narządów: serca, płuc, żołądka itd. Mierzy nam tym samym ciśnienie krwi, tętno, poziom glukozy, a także innych substancji, np. alkoholu w organizmie. I w kilka sekund mamy gotowy raport na temat tego, w jakim jesteśmy stanie. Urządzenie jest prościutkie w obsłudze, szybko nauczy się jej nawet osoba starsza. Kilka pomiarów wskazujących, że jakiś problem nie znika, i wiadomo, że czas udać się do lekarza. Monitor powinien się przydać zwłaszcza tym, którzy z jakichś przyczyn, czasami nie najlepszych, unikają kontaktu ze służbą zdrowia, a gdy już taki podejmą, to często okazuje się, że choroba jest w zbyt zaawansowanym stadium, by dała się skutecznie wyleczyć.

Prawda, jakie to świetne wieści? Świetne, niestety, nie dla Amerykanów. Dla Amerykanów urządzenia tego typu to przecież czyste przekleństwo. Po pierwsze cennik usług medycznych znajduje się na takim poziomie, że coraz większa rzesza mieszkańców USA, nawet jeżeli ma skierowanie na jakieś specjalistyczne badanie, rezygnuje z niego ze względu na koszty. Konkretne dane z sondaży (The West Health Institute/NORC przy University of Chicago, marzec 2018 r.) są następujące: z wizyty u lekarza rezygnuje już ponad 40% osób odczuwających symptomy choroby, a z zalecanych przez lekarza badań – jedna czwarta! Czy to się zmieni, jeśli Amerykanie, miłośnicy nowych technologii, a więc spokojnie można założyć, że znacząca liczba odbiorców także nowego wykrywacza chorób oferowanego przez Izraelitów, zainwestują w to urządzenie?

Dywaguję, że nie, a w związku z tym nikomu się humor nie poprawi, wręcz przeciwnie. W dodatku depresja, która teraz chwyta ludzi chorych, a bez opcji na leczenie może nieco później – niektóre choroby rozwijają się bezobjawowo latami, pozwalając człowiekowi normalnie żyć i funkcjonować – teraz będzie przychodziła wcześniej, bo o chorobie będzie się przecież można dowiedzieć od razu, gdy tylko się w nas zalęgnie. Co robić? Ameryka już wystawia się globalnie na pośmiewisko w związku ze stanem swej opieki medycznej, a co nas czeka w dobie osobistych monitorów zdrowia? Nie ma wątpliwości, że sprawa obrony dobrego imienia kraju stanie jeszcze bardziej palącą koniecznością, niż jest obecnie.

Wyjścia z tej sytuacji wydają się być trzy. Pierwsze to aranżacja odpowiedniej kampanii negatywnej, która odwiedzie Amerykanów od pomysłu inwestowania w nowoczesne osobiste monitory zdrowia. Rzecz jak najbardziej do zrobienia, i wcale nawet nie taka trudna, przykładów, jak antyreklamować nawet to, co faktycznie jest dla nas dobre i pożyteczne, mamy przecież w USA mnóstwo, wystarczy zwrócić się do speców od kampanii politycznych oraz monterów fake newsów. Jakby trzeba było, to są nawet przetarte ścieżki do uberspeców z Moskwy. Marketing polityczny niczym się już przecież dzisiaj nie różni od marketingu produktów, rzecz sprowadza się do wyłącznie do płaszczyzny leksykalnej. Zamiast przymiotników opisujących właściwości obiektu martwego, np. błyszczące włosy lub gładka skóra, wystarczy przecież używać chwytliwych określeń odnoszących się do stanu ludzkiego ciała i duszy, a więc np. nienękany niepotrzebnymi informacjami, zaspokojone potrzeby, niewart ludzkiej uwagi.

Drugie wyjście to zagrywka na niezawodnych strunach instrumentu o nazwie „amerykańska wyjątkowość”. Niektóre amerykańskie media już nawet pokazały nam, jak tego dokonać. Odnosząc się do wyników wspomnianego wyżej sondażu gazeta „New York Post” puściła nagłówek: „Americans REFUSE medical care because of cost” (Amerykanie odmawiają korzystania z opieki medycznej ze względu na koszty). Fenomenalny dobór słów, idealnie przenosi punkt ciężkości z kulejącego systemu/niemocy politycznej/klimatu blokowania reform itd. na pojedynczego człowieka. To nie system i nie żadne siły zewnętrzne, to człowiek sam odmawia, to jego wybór, więc jakby co – sam sobie winien. A jednocześnie: człowiek odmawia, bo ma wybór, i to właśnie czyni z niego członka amerykańskiego narodu, tego wyjątku nad wyjątkami, któremu nikt nie będzie mówił, co ma kochać i co wybierać, bo on nade wszystko miłuje prawo do wolności i prawo do wyboru. A reszcie świata wara od tego, zostawcie nas w spokoju. Tak rozłożone karty mogą ową resztę świata dziwić, nawet bulwersować, ale historia pokazuje, że w obrębie amerykańskiego podwórka sprawdzają się świetnie. Stanowią niezawodny, bardzo chwytliwy wabik na społeczną świadomość, efektywnie ją mobilizując do przestawienia się na pożądany tok myślenia. Tutaj takim myśleniem byłby opór przeciwko produktom usiłującym ingerować w amerykańskie ciało i diagnozowanie jego stanu zdrowia, bo zresztą kto wie, w jakich to by się miało odbywać celach? Zwłaszcza jeśli, jak omawiany tu produkt, taki monitor zdrowia pochodziłby z zagranicy?

Wreszcie, używania nowoczesnych osobistych monitorów zdrowia można po prostu zakazać. Nie wyjdzie to Amerykanom na zdrowie, ale w bardzo pokrętny i sprzeczny z logiką sposób przyczyni się do poprawy ich stanu ducha (niewiedza bywa błogosławieństwem!), a więc poniekąd – także zdrowia właśnie. Więcej osób nieświadomych choroby to zaś mniejszy tłok u lekarzy i niższe statystyki tych, których na lekarza nie stać. Voila! – prawda, że nie taki diabeł straszny? Trzeba go tylko trzymać z dala od monitorów zdrowia!

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney