Przez wzrost do zaniku

111
FOTO: EPA

Ameryka ma za sobą najnowszy spis ludności. Zdania, jak zawsze, są podzielone, bo z faktu, że również tutaj wyhamował wzrost ludności, ekolodzy się cieszą, a ekonomiści na odwrót.

I jedni, i drudzy mają powody. Bez rąk do pracy zapadniemy się pod ciężarem obowiązków, którym nie podołamy w nieadekwatnym składzie. Jednak im więcej tych rąk, tym większa eksploatacja naszej i tak już dostatecznie nadwerężonej i zmęczonej nami planety. Odpowiedź jak zawsze leży pośrodku. W rozwoju, który jest harmonijny i planowy, i któremu towarzyszy refleksja nie tylko nad bliższą, ale i dalszą przyszłością.

O dzietności już tutaj niedawno pisałam, wrócę jednak do tematu, bo jest gorący. Szczególnie w państwach wysokorozwiniętych, gdzie gospodarki poprzechodziły na model wzrostu przez konsumpcję. Ameryka na tle reszty świata przez całe dekady wyglądała kwitnąco. Przypomnę: jeszcze w 2007 roku, gdy Europa od dawna rwała sobie włosy z głosy nad siwiejącym w zastraszająco szybkim tempie kontynentem, tutaj wymienialność pokoleniowa wciąż utrzymywała się powyżej rekomendowanego przez demografów poziomu, czyli wyżej niż 2.1 dziecka na kobietę. Stała za tym faktem, rzecz jasna, dość wysoka imigracja z krajów mniej rozwiniętych z jednej strony i wysoka dzietność imigrantów już w USA osiedlonych z drugiej. W Europie, dla porównania, dzietność wisi na poziomie poniżej 1.8 już od początków tego tysiąclecia.

Zeszłoroczny spis ludności detonował brzydką bombę. Amerykanie też stracili zainteresowanie nowym potomstwem. Nawet imigranci. Pierwsze „jaskółki” tego przykrego trendu pojawiły się w czasach Wielkiej Recesji. W porządku, wiadomo. Źle się ludziom działo, to i bali się dokładać sobie finansowej odpowiedzialności. Niestety, choć recesja dawno się skończyła, trend pozostał, a do tego jedzie jak na saneczkach po świeżym śniegu z górki. W ubiegłym roku osiągnął już dramatyczny poziom 1.64 dziecka na statystyczną Amerykankę. Spadł przy tym i wiek, w którym ta statystyczna Amerykanka zostaje po raz pierwszy matką. Z 24 lat do lat 27.

Jestem emigrantką, która swoje pierwsze kroki w USA stawiała w Krzemowej Dolinie. I która uciekła z tego miejsca, gdy tylko nadarzyła się okazja, bo już dwadzieścia lat temu był to specyficzny zakątek kraju, gdzie jak grzyby po deszczu wykwitały kuriozalne zjawiska społeczne i ekonomiczne wpędzające człowieka w dziwną melancholię, że nie jest to optymalne miejsce do życia, i jeszcze mniej wymarzone do powiększania rodziny.

Mam w Kalifornii bliskich krewnych, więc jeżdżę tam regularnie. Odpoczywam w malowniczych winnicach, bawię się w turystkę, w tropiciela ciekawostek, w lokalnego historyka. Kalifornia ma mnóstwo do zaoferowania, można tam wracać po stokroć i zawsze będzie coś, czego się jeszcze nie widziało i nie posmakowało. Ani razu jednak przez te wszystkie lata nie przemknęło mi przez myśl, że chciałabym tam wrócić i znów mieszkać. Przyczyna jest prosta. Koszty życia, koszmar komunikacyjny i jeszcze większy koszmar obyczajowy.

Przykład pierwszy lepszy z brzegu. Gdybym chciała kupić apartament z dwiema sypialniami, ten sam, który kiedyś do mnie należał, musiałabym dziś za niego zapłacić 1.2 miliona dolarów. Z kolei dom jednorodzinny w Krzemowej Dolinie, zaznaczam, że bez „szału” – kilkudziesięcioletni, z trzema sypialniami i pokojem stołowo-dziennym połączonym z kuchnią to już inwestycja co najmniej 2 milionów dolarów. Dwadzieścia lat temu, w „moich” krzemowodolinowych czasach były to kwoty odpowiednio: 140 tysięcy dolarów oraz 200 tysięcy dolarów. Jak to się ma do zarobków? Zarobki w tym czasie nawet się nie podwoiły. Dlatego nawet przy dobrych pensjach, na poziomie ponad 200 tysięcy dolarów rocznie, daje to upust ponad połowy miesięcznego dochodu brutto tylko na mieszkalnictwo.

Jedźmy dalej. Znajomy, który przeniósł się do Kolorado w moje okolice trzy lata temu, opowiada, że jedyne miejsce do zaparkowania „przed pracą” w San Francisco udawało mu się znaleźć 2 kilometry od biura. Pokonanie 10 kilometrów z domu do owego fartownego parkingu zajmowało mu z kolei godzinę i 15 minut. Kolejni znajomi, także kalifornijscy spadochroniarze, nabywcy domu po drugiej stronie mojej ulicy, nie owijają niczego w polityczne poprawności i mówią wprost, że ich z kolei na równi z kosztami życia wykończył klimat w pracy. W biurach Krzemowej Doliny znaczący odsetek pracowników już od dawna stanowią imigranci z Azji, adekwatnie więc i „styl” pracy od dawna odbywa się na wyśrubowanych, azjatyckich zasadach. Nie ma czegoś takiego jak zamknięte biuro na święto dla wszystkich. Prócz 4 lipca i Dziękczynienia (choć podobno i one już gdzieniegdzie są dla niektórych „robocze”) nie ma fartu ani Boże Narodzenie, ani Nowy Rok. W tle zaś tego wszystkiego sypiąca się infrastruktura, zwłaszcza sieć energoelektryczna nie nadążająca za potrzebami generowanymi przez ekonomiczny wzrost. Wreszcie postępująca w iście olimpijskim tempie segregacja ekonomiczna, której najbardziej dramatycznym przejawem jest oczywiście eskalacja bezdomności. Bezdomność na ulicach kalifornijskich miast, miasteczek, a powoli już także i wzdłuż wiejskich dróg, to obrazki jak z najgorszych slumsów w krajach Trzeciego Świata.

FOTO: EPA

Do czego zmierzam. Ano do tego, że Kalifornia po raz kolejny w historii z wyprzedzeniem udziela odpowiedzi na pytania, z których istnienia reszta kraju dopiero sobie zaczyna zdawać sprawę. W tym o uwarunkowania obsuwającej się dzietności. Mamy bowiem w Kalifornii już dzisiaj całe połacie stanu, gdzie spadek dzietności wynosi nie 8-10 proc. w porównaniu z sytuacją sprzed dekady, ale po całe 40 proc. Ciekawa rzecz, są to te same „połacie”, gdzie produktywność jest cyborgeiczna, wzrost ekonomiczny kosmiczny, niestety wspomniane już równie kosmiczne koszty życia i skala problemów społecznych. Wszystko razem wyhamowuje dzietność skuteczniej niż farmakologia. Nie wróży to w przyszłości kontynuacji sukcesu, raczej ekonomiczną katastrofę, jeśli za x lat aktywni dzisiaj pracownicy przejdą na emeryturę, a ich miejsc pracy nie będzie komu przekazać. Reszta Ameryki to, oczywiście, nie Kalifornia.  I całe szczęście. Może, zanim kalifornijski eksperyment rozleje się na pozostałe części kraju, Kalifornia będzie już w innym rozdziale postępu i wyciągnąwszy ze swoich błędów mądre wnioski będzie nam pokazywać jak się rozwijać harmonijnie, kreując miejsce, czas i warunki na wszystkie aspekty życia, nie tylko pracę.