Pudełko szczęścia

183
FOTO: PEXELS.COM

W ostatnim czasie wielu z nas przewartościowuje swoje życie. Wczoraj wyciągnęłam z szafy pudełko z butami. Dwa miesiące chodziłam przynajmniej raz w tygodniu do sklepu. Patrzyłam na nie, czasem przymierzyłam nieśmiało, czasem przeszłam udając jakby ich nie było, chociaż właśnie dla nich przyjechałam. Kusiły.

Za każdym razem mówiłam sobie, że los zdecyduje za mnie i na pewno ktoś je już kupił i będzie po problemie. A one stały i kusiły. Wszystko w nich było piękne – poza ceną! Aż w październiku zupełnie niespodziewanie dostałam nagrodę. Mało kto dostaje takową rok po roku i z tego dziwienia pomieszanego z radością podjęłam decyzję – kupuję. Czekały na mnie. Ekspedientka przy kasie powiedziała, że wiele pań się nimi zachwycało, ale są na wyjątkowo szczupłą stopę… Były moje! Dla mnie! W czasopiśmie modowym znajdowały się na samym szczycie listy „must have”. Całą zimę czekałam na ciepły wiosenny dzień, kiedy je wreszcie włożę. Był nawet czas, że stały na półce przed książkami, jak ozdoba dla moich oczu. Nie mogłam się nacieszyć, bo na punkcie butów mam prawdziwe krejzi. Przyszła wiosna, świat wstrzymał oddech i nagle rzeczy, których pragnęłam, straciły na wartości. Nakładam dres, stare, wygodne trampki i wychodzę z psem na spacer. Okulary na oczy, maska na twarz i niepotrzebny mi makijaż. Niezbędne lateksowe rękawiczki ochronne na rękach i nikt nie widzi, że paznokcie wołają o manicure. A jeśli nawet, to co z tego?
Córka mojej przyjaciółki wychodziła za mąż. Dwa lata temu zaplanowane zostało wielkie wesele. Goście mieli zjechać z całego świata. Zarezerwowana największa sala w okolicy, wymyślone atrakcje dla gości, występ znanego piosenkarza, tort na sześć pięter, a na noc poślubną w blasku gwiazd i laserowego pokazu mieli odpłynąć łodzią wypełnioną kwiatami. I wszystko trzeba było odwołać. Ślub się odbył kameralnie w przydomowym ogrodzie. Tylko państwo młodzi, rodzice, rodzeństwo i ksiądz – 7 osób. Następnego dnia zadzwoniłam z życzeniami. Wszyscy zgodnie twierdzili, że to był najcudowniejszy ślub świata. Obejrzałam filmik – nastrojowo i tak romantycznie, że popłakałam się jak bóbr. Alinka, czyli młoda mężatka, przyznała, że jedyną rzeczą, która jej nie pasowała, wręcz uwierała, była kosztowna sukienka od projektanta i gdyby wtedy, gdy o niej marzyła, miała ten rozum co teraz, nigdy by tak drogiej nie kupiła, nawet gdyby jej ślub miał być transmitowany przez najbardziej oglądane stacje TV.

Jesteśmy uzależnieni od „mieć”. Im więcej mamy, lub mieć możemy, tym bardziej czujemy się bezpieczni i bogaci. A przecież tak łatwo nam to odebrać. Często słyszę lub czytam o tym, co ludzie zrobią, jak będą mogli bez ograniczeń wyjść, wyjechać tam czy owam, jak to im brakuje tego czy tamtego, jak nie mogą żyć bez kawy w ulubionej kafejce, bez wypadów na weekend do Krakowa, Paryża czy Pcimia Dolnego.
A mnie nie brakuje niczego. Żyję tak, jak żyłam. Z drobnymi modyfikacjami, które nawet bardzo mi pasują. W zasadzie więcej zyskałam, niż straciłam. Może mam szczęście? A może po prostu inne spojrzenie? Nie wiem, czy moje jest dobre, czy złe. Po prostu jest moje. I głupia byłam kupując te buty. Na nic mi one. Chociaż nie, są moją lekcją. Nauczyły mnie, jak naprawdę ubodzy są ci, którzy posiadają TYLKO pieniądze i wszystko co robią, robią dla nich.