Quo vadis, życie bez granic?

1
FOTO: EPA

Nigdy nie lubiłam Wielkanocy i jeśli ubolewam nad jej odmienną formą w USA – w przeciwieństwie do jej obchodów w Polsce – to raczej ze względu na jej wymiar kultury, w tym edukacyjny, dla moich dzieci.

Polska Wielkanoc obfituje w przeurocze akcenty zabierające nas w podróż po świecie nie tylko polskiego chrześcijaństwa, ale i słowiańskiej prawiary. W naszym polonijnym domu jest też zawsze wspaniałą okazją do praktykowania polskiej kuchni, polskich sztuk ludowych (kto nie próbował wykonać samodzielnie kurpiowskiej palmy, ten nie wie co traci!) i oczywiście okazją do spotkań w polskim gronie, choćby tylko po to, by powspominać kto czym podczas Wielkanocy w rodzinnym domu się objadał i skąd pomysł na takie, a nie inne faszerowanie jaj.

Nie byłam dzieckiem przesadnie strachliwym, ale byłam dzieckiem wysoce wyczulonym na strach innych. Odkąd pamiętam to właśnie wiosna, przednówek, czas pokrywający się z oczekiwaniem na Wielkanoc wnosił do mojego rodzinnego domu lęk. Zimą życie spowalniało i chowało się w skorupce, w bezpiecznym zaciszu domowych ścian. Wiosną nie było jednak wyjścia. Wiosną trzeba było wracać na zewnątrz, do ludzi, do ich spraw. Do ich ocen, wartości i wartościowania. Do tego, co robią ze światem, co są z nim zdolni zrobić i co ich uczynki mogą oznaczać dla nas samych. Zaznaczę – zajęło mi bardzo dużo czasu, byłam już dawno dorosła, gdy zrozumiałam genezę tego lęku. Ściśle wiązał się z faktem, że oboje moi rodzice doświadczyli w dzieciństwie okrucieństwa i przemocy, na jakie nie zasługiwali. Lęk przed ponownym zranieniem, nawet jeśli oprawcy dawno zapadli się w mrok przeszłości, pozostał.

Szukając wolności i przestrzeni do życia, rodzice podjęli decyzję o ucieczce. Uciekli ze swych rodzinnych, małych społeczności. W czasach ich młodości to wciąż wystarczyło. Idea zmiany miejsca zamieszkania, by móc zacząć wszystko od początku, dostać nową szansę, jeśli jakieś mosty się gdzieś spaliły, bądź była potrzeba skutecznie zakopać jakąś tajemnicę, a z nią nasze „stare ja”, była żywa i prawdziwa.

Gdy przyszła pora na mnie, a również miałam przed czym uciekać i chciałam uciec, świat był już jednak znacznie mniejszy. Nie wystarczyło wyjechać z rodzinnej miejscowości, choćby i na koniec kraju. Drugi koniec świata wciąż jednak był niezgorszym pomysłem. Drugi koniec wciąż posiadał konkretne granice, które można było wedle życzenia lub potrzeby kontrolować. Fizyczne przemieszczenie się w nowy wymiar, gdzie można przynajmniej spróbować czegoś innego, do dziś uważam za jedną z najlepszych metod odkrywania ludzkiego przeznaczenia i potencjału. Nierzadko również szczęścia.

Dziś pierwszy dzień tegorocznej wiosny. Za chwilę Wielkanoc. Za oknem właśnie zaczął prószyć śnieg. Marzec mam jak w przysłowiu. Tydzień temu śnieżyca stulecia, potem wielka odwilż, dziś od rana znów zima. Prawa natury takie jak zawsze. Tym trudniej pogodzić mi się z myślą, jak inny jest świat, w jakim żyją dziś moje córki – i nie chodzi mi tu wyłącznie o ostatni rok. Jak płonne jednocześnie moje wysiłki, świadome do bólu, dyktowane doświadczeniami pokoleń, by oszczędzić im lęku, poczucia pułapki i imperatywu ucieczki.

Starałam się stworzyć im dom, w którym lęku byłoby jak najmniej (całkowita jego eliminacja jest niemożliwa, kto ma dzieci ten wie!), tymczasem wygląda na to, że dzieje się zupełnie na odwrót i nie mam na to większego wpływu. Lęk ten generuje bowiem poczucie, jakiego ani ja, ani moi rodzice nie posiadali: braku w razie czego możliwości ucieczki. Dlaczego? Bo uciec można przecież tylko wtedy, gdy istnieje jakaś „terra nova” i istnieją granice, za jakimi można się schować. Tymczasem świat, w jakim dziś żyjemy, w jakim dorastają moje dzieci żadnych granic już nie posiada. Skurczył się do wielkości ekranu w telefonie, zegarka na rękę, niedługo będzie kropką w okularach. Pandemia tylko przyspieszyła proces uświadamiania nam tego ograniczenia, a także jego globalności, nieuchronności, uniwersalności. Była jak bezlitosna ręką mściwej urzędniczki na poczcie z rozmachem przystawiającej pieczątkę na tym więziennym glejcie.

FOTO: EPA

Cokolwiek jest z naszym światem nie tak, cokolwiek jest nie tak z nami, ludźmi, moje dzieci doświadczają tego natychmiast. Wszelkich nieszczęść i porażek. Katastrof. Insurekcji. Okrucieństwa. Ludzkiej bezsilności i ludzkiej głupoty. także ludzkiego niepohamowanego apetytu na nieszczęścia innych.

A przecież to nie wszystko. Granice, które zniknęły wokół miejsc na mapie, zaczynają przecież w szybkim tempie znikać również wokół ludzi dzięki postępującej integracji naszego życia z maszynami. Nasze dane profilowe, wystarczy że raz gdzieś zapisane, odbierają nam możliwość jakichkolwiek gruntownych przeobrażeń (coś, co było dostępne mnie i moim rodzicom), zaś naszą tzw. prywatność wystawiają na publiczny widok i to na wieki wieków, bo w sieci, póki co, nic nie znika. Wielkimi i szybkimi krokami nadchodzi też moment, gdy każdy z nas, całkiem możliwe, że bez wiedzy ani bez przyzwolenia, może zostać „rozmontowany” i poskładany na nowo, jako ktoś zupełnie inny. Kto jakimś cudem jeszcze nie słyszał o „deep fake’ach” to dobry moment, by się doedukować, bo czasu mamy coraz mniej. Proszę zerknąć na ostatnie „osiągnięcia” w tej dziedzinie na przykładzie aktora Toma Cruise’a.

Czy apokalipsa, jakiej człowiek bał się od zarania swych dziejów, nadejdzie nie ze strony natury, nie Boga, a będzie wytworem naszych własnych rąk i umysłów? Czy w takim razie rzeczywiście doświadczamy dzisiaj jakiejś formy końca świata? Świata, który jeśli ma dalej istnieć, będzie na gwałt i to bardzo niedługo potrzebował wymyślić sobie zupełnie nową ścieżkę dalszego rozwoju? Fizyczne miejsce na kryjówkę, gdzie można zacząć od nowa – odwieczny, jak dotąd, warunek regeneracji i innowacji, gwarant kontynuacji świata w jego dotychczasowej formie – właśnie przecież zanikło. Żyjąc bez granic, znaleźliśmy się u jawnego kresu. Co leży po drugiej stronie horyzontu? Mój ulubiony naczelny polski filozof mas, profesor Jan Hartman, napisał niedawno, że czuje dużą ulgę myśląc o tym, iż jako człowiek „poprzedniego pokolenia” nawet jeśli dożyje nowych, wspaniałych czasów, o jakich tu napisałam, raczej nie będzie zmuszony zbytnio w nich uczestniczyć, bo będzie na to za stary. Panie profesorze, jest się czego bać. Z drugiej jednak strony sam pan powtarza, że wiara, choć potrafi ludzi tragicznie gubić, potrafi też ich wyprowadzać na zupełnie nowe przestrzenie egzystencji. Tego się trzymajmy z wiosną.