Rasowa karta burmistrza Nowego Jorku

501
Bill de Blasio podkreśla, iż od innych pretendentów do Białego Domu różni go to, że „wychowuje czarnego syna w Ameryce” FOTO: EPA

Politycy imają się różnych sposobów, by zwiększyć swoje szanse na zdobycie lub zachowanie stanowiska. Reklamują się jako bohaterowie różnych wojen, zarządcy fundacji charytatywnych, inicjatorzy akcji na rzecz ochrony środowiska, ustawodawcy korzystnych dla swoich wyborców przepisów prawnych. I wszystko to pomaga. Najlepiej jednak działa karta rasowa, głównie czarna.

Już nie tylko do przewidzenia, ale pewne było, że zagra nią burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio w wyścigu do Białego Domu. Niezaradny jednak i nachalny sposób, w jaki to zrobił, wyjaśnia, dlaczego jego nadzieje w wyborach prezydenckich 2020 roku pozostają płonne.

W pierwszej debacie kandydatów Partii Demokratycznej, transmitowanej przez ogólnokrajową telewizję, de Blasio na wstępie swojego wystąpienia podkreślił, iż od innych pretendentów różni go to, że „wychowuje czarnego syna w Ameryce”. W ten sposób odkopał kwestię rasy i relacji z policją, które w 2014 roku wstrząsały Wielkim Jabłkiem i niemal wykoleiły jego pociąg do ratusza.

Tak jak wtedy, tak i teraz de Blasio zwierzył się, że z synem Dantem przeprowadził bardzo poważną rozmowę, jak ma się on zachować, gdy zostanie zatrzymany przez policję. „Rób, co ci karzą. Nie odzywaj się” – pouczał chłopca. Słowa te rozwścieczyły ludzi w niebieskich mundurach, gdyż przedstawił ich jako rasistów, wybierających z tłumu Afroamerykanów i poddających ich nieuzasadnionym kontrolom.

Obserwatorzy sceny politycznej zgodnie twierdzą, że taktyka ta okazała się skuteczna w zdobyciu nominacji Partii Demokratycznej na burmistrza Nowego Jorku w 2013 roku, czemu więc nie powtórzyć jej w staraniach o fotel prezydencki? Przewodzenie miastu to jednak nie to samo, co przewodzenie krajowi, więc burmistrz-kandydat podkręcił kurek, ponownie angażując syna, który w dzienniku „USA Today” zamieścił artykuł broniący wypowiedzi ojca dotyczącej uczenia go, jak ma unikać konfrontacji z policją.

21-letni Dante, świeży absolwent Uniwersytetu Yale, opisuje, jak strasznie się bał, gdy, wychodząc z budynku w zamożnej dzielnicy San Francisco, Tenderlion, gdzie u kogoś gościł, z nerwów kilka razy błędnie przyciskał guziki domofonu, bo przed posesją zatrzymał się wóz patrolowy i policjanci śledzili jego ruchy. Na szczęście, napisał, udało mu się wbić właściwy kod i wszedł do środka, bo doszłoby do konfrontacji z funkcjonariuszami.

Trzeba tu wyjaśnić, że okolica jest zamieszkana prawie w stu procentach przez białych, a kradzieży i włamań na posesje dokonują czarni, więc trudno się dziwić, że obecność Afroamerykanina wzbudziła podejrzenie stróżów prawa.

Szkoda, że de Blasio nie przeprowadził rozmowy z synem na temat tego, co czują dzieci policjantów, którzy zginęli na służbie. Co im powiedzieć, wiedząc, że nigdy nie zobaczą ojca czy matki?

Jeżeli burmistrz sądził, że sztuczka z „wychowywaniem czarnego syna” przyniesie mu korzyści, sromotnie się pomylił. Lokalni wyborcy złapali się na lep karty rasowej, ale w ogólnokrajowej elekcji taki numer mu nie przejdzie. Nieudolne administrowanie Nowym Jorkiem, na co dowodów nie trzeba daleko szukać, zaostrzanie konfliktów etniczno-rasowych i relacji z podległymi mu agendami nie przybliża go do Białego Domu, przeciwnie – oddala go od niego.

W badaniach opinii publicznej de Blasio pozostaje daleko w tyle nie tylko za czołówką, ale nawet za burmistrzem Peterem Buttigiegem z maleńkiego South Bend w stanie Indiana.