Reanimować, nie reanimować?

14

Jako klienci i konsumenci często czujemy się oszukani, okradzeni, zawiedzeni, bo celowo coś nam niedopowiedziano, przekręcono, ukryto. Innym sposobem działającym na naszą niekorzyść jest umieszczanie ważnych informacji i obostrzeń małym drukiem na końcu umowy czy zlecenia, tak aby nikt nie mógł ich przeczytać. Żerują na tym firmy telekomunikacjne, internetowe, banki, instytucje finansowe i sklepy wysyłkowe.

Odwrotnie ma się sprawa, gdy godzimy się na działanie lub zaniechanie dotyczące naszego stanu zdrowia, głównie w czasie pobytu w szpitalu. Podpis pod dokumentem interpretowany jest podług dobra jednostki służby zdrowia, a nie dobra pacjenta. Przyjmowani do szpitala rutynowo są pytani, czy chcą złożyć swój autograf na formularzu „Nie reanimować”. Wcale nie chodzi tu o ekstremalne przypadki, przeciwnie – proste zabiegi i operacje teoretycznie niezagrażające życiu. Nowe badania pokazują, że trzyliterowy wpis – DNR (Do Not Resuscitate) – w karcie pacjenta powoduje, że otrzymuje on gorszą pomoc lekarską i pielęgniarską niż pacjent, który go nie ma. Oznacza to mniej lekarstw, mniej badań, mniej wizyt lekarza przy jego łóżku. W konsekwencji może to kosztować go życie.

Interpretacja „nie reanimować” różni się w zależności od szpitala i jego personelu. Jeżeli serce pacjenta przestaje pracować lub nie może on oddychać, lekarze w sposób naturalny pozwalają mu umrzeć, nie podejmując żadnych procedur ratunkowych, zamiast pośpieszyć z reanimacją kardiopłucną. Właściwie pojmowana definicja „nie reanimować” zabrania działań przywracających pracę serca i płuc, ale często lekarze traktują tę sytuację jako opiekę hospicyjną, będącą ostatnim, beznadziejnym, stadium życia. Nic dziwnego, że pacjenci z wpisem DNR w swojej kartotece mają mniejsze szanse na poprawę swojego stanu niż ci, którzy takiego wpisu nie posiadają. Statystyki wykazują, że najbardziej dotyczy to kobiet. Statystyki też mówią, że operowani ze złamanym biodrem dwukrotnie częściej nie przeżywają pobytu w szpitalu, gdy podpiszą zgodę, aby nie byli reanimowani, niż ci, którzy jej nie udzielają. Jeszcze gorzej sprawy się mają ze zdrowszymi pacjentami. Należy więc poważnie się zastanowić, czy podpisywać się pod DNR; chyba że się jest śmiertelnie chorym, bowiem bezpodstawnie uważa się, że nie chce się dalej żyć.

„Nie reanimować” jest prostym i jednoznacznym działaniem – i za takie powinno uchodzić i w takim celu zostało stworzone. Pacjenci godzą się na jego wpisanie, bo nie do końca go rozumieją. Wielu przystaje, gdyż obawia się, że gdy operacja się nie uda lub spowoduje nieprzewidziane komplikacje, pozbawiające go kontroli własnych decyzji, będzie żył jak roślina.
Lepszym rozwiązaniem uniknięcia podłączenia do aparatury medycznej jest sporządzenie dokumentu wyliczającego, na jakie procedury zezwalamy szpitalowi w przypadku ubezwłasnowolnienia. Według obecnych przepisów pacjent może nawet nagrać krótki filmik, w którym własnymi słowami wyjaśnia swoje życzenia. Na pewno będzie to pomocne. Połowa lekarzy (46 procent) najlepszych centrów medycznych w kraju – jak University of Pittsburgh School of Medicine, Stanford University School of Medicine, University of Minnesota Medical School – mylnie interpretuje DNR, sądząc, że pacjenci chcą umrzeć lub tylko chcą w miarę bezboleśnie odejść z tego świata.

Zgoda na niereanimowanie jest niebezpieczną procedurą dla pacjentów z urazami, zapaleniem płuc, wylewami, problemami naczyniowymi. Analizy Archives of Internal Medicine and Critical Medicine w Kalifornii wykazały, że pacjenci trafiający do szpitali, które zachęcają do podpisania formułki “nie reanimować”, notują większą śmiertelność niż te, które tego nie czynią. Jednostkom tym nie do końca można mieć to za złe, gdyż są one pod presją przepisów prawnych i czyhających na złożenie pozwów sądowych poszkodowanych i ich rodzin. Trafiających do szpitala zachęcam, żeby nie godzili się na podpisywanie DNR, gdyż prawdopodobieństwo przeżycia jest oczywiście zawsze większe, gdy się jest reanimowanym.

Autor: Wiesław Cypryś