Róbmy swoje

104
Prezydent Joe Biden wraz z Pierwszą Damą Jill Biden na cmentarzu Arlington FOTO: EPA

Nie ukrywam, aż mi się łza zakręciła w oku, gdy w poniedziałek - obchodzony jako Memorial Day w USA - Paweł Żuchowski podzielił się ze światem swoją przygodą z cmentarza Arlingon w Waszyngtonie. Spotkał się tam z prezydencką parą.

Polski dziennikarz wraz z żoną i synem składali kwiaty na grobie Polaka poległego w 2008 r. na Bliskim Wschodzie. Bidenowie, którzy też przyjechali uczcić ten dzień na najsłynniejszym cmentarzu wojskowym w USA, podeszli do rodziny i zagaili rozmowę z synkiem państwa Żuchowskich. Rodzice uchwycili ten moment na filmie i na zdjęciach, które potem puścili w świat.

Miałam okazję przeczytać niezwykły post zaledwie kilkanaście minut po jego opublikowaniu. Wiem, że godzinę później już był viralem, także w Polsce. Ja ze swojej strony zaszerowałam go w rodzinie i w gronie własnych znajomych. Młodsza patrzyła na zdjęcia z wyraźną zazdrością.

– Szczęściarz z tego chłopaka – pokręciła głową.

– O tak. A jak dzielnie i elokwentnie się zachował! – ja też kręciłam głową, lecz z podziwu. – Większości dzieci pewnie odebrałoby z wrażenia i nieśmiałości mowę.

– Przy takim gościu? Na pewno nie – zripostowała Młodsza.

– No właśnie o to chodzi, że przy takim – nie ustępowałam.

– Mamo – popatrzyła uważniej. – Jeśli był w historii jakiś prezydent, który wzbudzałby w człowieku pewność siebie i zachęcał do rozmowy, to właśnie ten. Przy tamtym poprzednim, o, to inna sprawa. Przy tamtym to nie chciało się otwierać ust, nawet jak człowiek miał coś do powiedzenia. Zresztą on i tak rzadko kogokolwiek o cokolwiek pytał, więc w sumie żadna strata – skwitowała.

Humor poprawił mi się jeszcze bardziej. To zawsze jest miła wisienka na torcie, gdy człowiek widzi, że dziecko formułuje poglądy i nie waha się ich wyrażać. Wieczorem po dobrym humorze nie było już śladu. Popełniłam karygodny błąd i spędziłam czas na lekturze komentarzy pod artykułami opisującymi niezwykłe polsko-amerykańskie spotkanie na cmentarzu.

Nie znam Pawła Żuchowskiego osobiście, ale znam jego pracę, nadto śledzę grupę publicystyczną, którą prowadzi na Facebooku. Jest jedną z bardzo niewielu „zbiorowości” w mediach społecznościowych, którą w tych najdziwniejszych, okopanych w hejcie czasach w ogóle odwiedzam. Wiem też, że Paweł Żuchowski jest człowiekiem angażującym się w rozmaite ważne i potrzebne akcje społeczne. Ostatnio zorganizował hołd pamięci dla żyjącego w USA polskiego pułkownika spod Monte Cassino. Jeśli tego rodzaju „wizytówki” mogą coś o człowieku powiedzieć, to w tym przypadku mówią same dobre rzeczy. I dlatego, w przeciwieństwie do miotaczy hejtu oraz wielbicieli teorii spiskowych, którzy się we wspomnianych i tak nieopatrznie przeze mnie przejrzanych komentarzach pojawili (a jakże!), nie mam najmniejszych wątpliwości, że spotkanie z Bidenami nie było żadną „ustawką” ani formą autopromocji dla dziennikarza. Pobudki, by zabrać synka na cmentarz właśnie tego dnia mieli państwo Żuchowscy dokładnie takie, jak to podali w poście. Chcieli syna czegoś nauczyć. Nie byli w tym odosobnieni. Jak Ameryka długa i szeroka podobnie zachowała się rzesza innych rodziców, którym zależy na wychowaniu dzieci w pogłębionej świadomości pewnych zjawisk oraz w poszanowaniu dla pewnych wartości. Cmentarze, choć to miejsca smutne i tragiczne, akurat dobrze się do tego nadają.

– A co ty się tak przejmujesz? Co ty ludzi nie znasz? Zwłaszcza ludzi w sieci? – zganiła mnie znajoma, gdy opowiedziałam, co znalazłam pod opublikowanymi w mediach zdjęciami synka państwa Żuchowskich z Bidenami.

Znam. Dlatego przejmuję się jeszcze bardziej. Jako ludzie komunikujemy się dzisiaj ze sobą osobiście coraz rzadziej, bo istnieją inne opcje. Niestety, gdy tych opcji używamy, zwłaszcza w większym gronie, komunikacja sprowadza się do licytacji okrzyków. Kto głośniej, kto bardziej kontrowersyjnie, kto komu mocniej przyłoży? Kto kogo szybciej wybije na aut.

FOTO: EPA

Łapię się na tym, że nawet już nie czekam, aż mnie wybiją. Sama schodzę z boiska, bo jako człowiek z pewną liczbą lat na karku wiem, że mój czas w życiu jest coraz bardziej ograniczony. Wolę pożytkować energię na działanie, które ma znaczenie. Choćby miała to być tylko książka czy film, które – paradoksalnie! – będą mnie próbowały przekonać, iż wymiana poglądów z innymi jest podstawą poszerzania horyzontów i umiejętności zrozumienia innych. Postępu i inwencji.

Oto inwencja, nie moja, ale zgadzam się, że rewolucyjna. W czasach krzyków i plucia, w czasach prześwietlania każdego gestu i słowa pod kątem ukrytych, złych intencji i intencjonalnego działania wyłącznie na własną korzyść, w czasach kwestionowania szczerości każdej reakcji, nawet u dziecka, róbmy swoje. Róbta swoje, narodzie, jak śpiewał nieoceniony bard polskiej duszy. Wiem, panie Wojtku, historia się powtarza, a może nawet jest wyłącznie serią powtórek. Oj przydałby nam się pan dzisiaj z tym swoim cudownym dystansem do świata i jego przywar, i pewnością zarazem, że jest sens nie krzyczeć i nie bić się tylko dlatego, że robią to inni. Bo gdy tamci się złachmanią, wymordują i nie będą mieli siły już nawet ust otworzyć, my tymczasem pójdziemy sobie dalej. Odkryjemy coś naprawdę ważnego i pięknego, i w ciszy jaka zapanuje, nasz głos będzie wtedy doskonale słyszalny. Bez walki, bez krzyku. Najbardziej pożądana forma rewolucji.