Rodzina taniej

107
FOTO: EPA

Tylko czekać, a będą nam kazali posyłać dzieci do państwowej szkoły, gdzie będą je jawnie indoktrynować! – dotarł do mnie w spożywczym lament jakiejś pani. Użalała się kasjerowi na najnowszy pomysł Białego Domu, by z pakietu na ratowanie dróg i mostów wykroić pakiecik specjalnie dla rodziny.

Kto jeszcze nie słyszał, przypomnę. Chodzi o projekt „The American Families Plan”, który zakłada systemową pomoc dla rodziny. Co w jej ramach? Po pierwsze zasiłek na dzieci, choć szału nie będzie, bo maksymalnie tylko około 300 dolarów miesięcznie. W Europie znamy to i praktykujemy od dawna, w Ameryce jednak to nowość. Tu nikt do tej pory nikomu za sam fakt posiadania dzieci nie płacił. Można sobie co najwyżej (gdy akurat łaskawy prezydent) odpisać co nieco od podatków (child credit) i oczywiście założyć dziecku fundusz edukacyjny, by lokować na nim pieniądze bez opodatkowania. Liczyć się jednak trzeba z tym, że jeśli potomstwo na studia nie pójdzie, to ta rządowa „pomoc” powróci w postaci pięści i nas znokautuje, gdyż pożytkując pieniądze nie na czesne, a na cokolwiek innego będziemy musieli z miejsca i hurtem „spłacić” wszystkie podarowane nam wcześniej ulgi. Bilans wyjdzie więc zerowy, czy mamy zatem w tym modelu do czynienia z realną pomocą, czy tylko innym sposobem księgowania naszych własnych pieniędzy – pozostawiam do własnej refleksji.

Po drugie, rodzice będą mogli liczyć na dotacje w celu uiszczania opłat za przedszkola oraz tzw. przedzerówki (pre-kindergarden), a także ubiegać się o dotacje na zwyczajny babysitting, jeśli będą zatrudniać pomoc do dzieci w domu. W tle kosztów opieki nad dzieckiem jest także wprowadzenie prawa do odpłatnego urlopu rodzicielskiego po urodzeniu potomstwa. Bo takiego prawa wciąż w USA nie mamy.

Po trzecie wreszcie, jest ambitny plan wprowadzenia nieodpłatnych szkół policealnych, czyli community college, które dla rosnącej rzeszy studentów są dziś odskocznią na „regularne” studia. Kosztują, w porównaniu z nimi, dużo mniej, a można zdobyte tam kredyty przetransferować na wyższą uczelnię i w ten sposób sporo zaoszczędzić.

Po co to wszystko? Ano właśnie po to, by ulżyć rodzinie z kosztami wychowywania i edukacji dziecka. By oferując jej w tej mierze „oszczędności”, zachęcić ją do posiadania tych dzieci w ogóle.

Wróćmy jednak do oburzonej klientki. W pierwszym odruchu poczułam się bardzo rozbawiona. Nie wiem, co przeoczyła, ale dzieci do państwowej szkoły akurat już posyłamy i robimy to nawet w Ameryce już od stuleci. Co zaś do indoktrynacji, też chętnie wdałabym się z nią dyskusję, gdyby tylko były ku temu lepsze warunki. Pamiętam jak po przyjeździe do USA opowiadałam tutejszym znajomym o rozmaitych faktach z polskiej i europejskiej historii, które do szkolnych podręczników w czasach PRL-u wstępu nie miały. Jak zaśmiewaliśmy się do rozpuku, gdy czyniłam podchody tłumaczenia na angielski komunistycznej „nowomowy” i zawartej w niej propagandy sukcesu. Różnica jest taka, że pokolenie mojego męża i jego nieco młodszych kuzynów odpowiada dziś nie śmiechem, a oburzeniem i złością, gdy na fali walki o sprawiedliwość społeczną wychodzą na jaw kolejne fakty do tej pory wycinane z amerykańskich podręczników historii. I gdy okazuje się, że nożyczki były podstawowym narzędziem tworzenia narodowego portretu USA od pierwszych chwil jego istnienia.

Nic nigdy nie zdumiewało mnie w Ameryce i nie martwiło bardziej niż mentalność schizofrenika, która wydaje się być tutaj szczególnie rozpowszechniona, a nawet kultywowana. Postawy złożone z jawnych sprzeczności, a nawet niedorzeczności, obnoszone jednak na sztandarach jako jedyne prawdy i wartości. Entuzjaści Konstytucji miłujący prawo do wolności, a odmawiający widzieć, że prawo jednych do broni odbiera drugim prawo do życia w bezpieczeństwie, a nawet i do samego życia. Amerykańscy chrześcijanie udający, że piąte przykazanie ich nie dotyczy – by wymienić te najbardziej oczywiste i rażące.

Oburzenie patrioty, któremu leży na sercu prosperity kraju na plan systemowego wsparcia dla rodziny, a takie nuty wybrzmiewały w lamencie klientki przy pasie, jest właśnie przejawem tej schizofrenii.

Nie jest chyba dla nikogo zaskoczeniem, ani odkryciem, że czasy, gdy amerykańska rodzina żadnej pomocy nie potrzebowała, bo spokojnie utrzymywała się z jednej pensji, zwykle ojca, by matka z poczuciem misji mogła oddawać się rodzeniu i wychowywaniu dzieci, dawno minęły. I to nie tylko dlatego, że zmieniły się kobiece ambicje i wartości, ale przede wszystkim dlatego, że zmieniły się ekonomiczne realia, w jakich żyjemy. Jedna pensja od dawna na utrzymanie rodziny nie starcza, zaś głodowe stawki za pracę sprawiają, że rośnie rzesza ludzi, którzy nie są w stanie utrzymać rodziny i za dwie uczciwie zarobione, całoetatowe pensje.

Nic lepiej i trafniej nie opisuje tej rzeczywistości niż trend demograficzny odnotowany w ubiegłorocznym spisie ludności. Oto amerykańska dzietność, którą tak się tutaj wszyscy zachłystywali jeszcze w 2007 roku, i która tak pięknie odcinała Amerykę na tle reszty cywilizowanego świata, w ciągu dekady zaledwie ten świat dogoniła. Z 2.2 dziecka na kobietę spadliśmy do 1.64, co jest tym samym poziomem, co w uważanej za „starzejącą się w niebezpiecznie szybkim tempie” Europie. Przypadkowość? Aberracja jakaś? Niestety. Czysta ekonomia rządząca nami od roku 2008. Najpierw przydusiła nas niemal do utraty tchu w ogóle, a jak już poluźniła swój morderczy uścisk, to jednak wciąż, i do dzisiaj nie na tyle, by powróciło poczucie bezpieczeństwa i stabilności, kluczowych, gdy ludzie podejmują decyzję o powiększeniu rodziny.

FOTO: EPA

Przeciwnicy „ingerencyjnej” naprawy rodziny, do których klientka przy kasie ewidentnie się zaliczała mogą i oczywiście mają to tego pełne prawo, trwać w wierze, że rodzina naprawi się sama. Że zadziała osławiona amerykańska metoda na „wyciągnie się na powierzchnię za ostrogi”. Że Amerykanie to kompletnie inny gatunek człowieka i nie ma co się sugerować przykładami z innych krajów, gdzie rządy w walce o przyszłość swoich narodów i gospodarek od dawna w rodzinę inwestują, i wspierają ją jak mogą. Że tam, gdzie takiego wsparcia nie ma, najsilniejsi ekonomiczni gracze zapadają się pod ciężarem starości jak przeładowany statek. Japończycy wiedzą o czym mowa. Metoda na „wyciąganie się na powierzchnię za ostrogi” brzmi malowniczo i przemawia do kowbojskich strun w amerykańskiej duszy. Jest z nią jednak taki problem. Minęła i era, i nawet moda na Dziki Zachód. Nie mam synów, nie wiem więc, o czym dokładnie marzy młody Amerykanin, mam za to córki i wiem z całą pewnością, że młoda Amerykanka nie zdecyduje się na dziecko, jeśli będzie widziała, że w swym macierzyństwie będzie musiała utrzymywać się na powierzchni finansowej oraz na granicy własnej wytrzymałości fizycznej i psychicznej zaczepiona o tę powierzchnię jedynie za ostrogi. Statystyki są po mojej stronie, dlatego tym bardziej uważam, że jest o czym myśleć, a nawet krzyczeć. Choć, jak zwykle, warto się najpierw zastanowić, nim się otworzy buzię, żeby nie było jak u pani przy kasie. Kolejnej nieświadomej swej przypadłości schizofreniczki.