Rowery – tak, samochody – nie

18
FOTO: WIESŁAW CYPRYŚ

Znalezienie parkingu na nowojorskich ulicach zawsze należało do trudnego zadania, a od kiedy wybuchła pandemia koronowirusa – graniczy z cudem. Ktoś może spytać, co ma wspólnego jedno z drugim, bo są to tak różne kwestie jak niebo i ziemia, a jednak ma i to dużo, co poniżej udowodnię...

Pracujący z domu mieszkańcy miasta, z których i tak tylko mała garstka dojezdża do miejsca zatrudnienia samochodem, nie ruszali swoich pojazdów, przez co nie dawali możliwości innym kierowcom znalezienia miejsca parkingowego. Przez wiele miesięcy ulice nie były sprzątane, żeby nie zmuszać właścicieli aut do wychodzenia z domu i z przywileju tego chętnie korzystali, ale jak opuściło się w pocie czoła zdobyty skrawek ziemi, czekała człowieka udręka poszukiwania podobnie bezceenej wnęki między innymi pojazdami.

Znam ten ból od podszewki, bo zmagam się z nim od lat i widzę, jak szybko się wzmaga. Na szczęście trzymam się mocno i nie daję sobie popuścić nerwom, a na taką próbę wystawiony jestem za każdym razem, kiedy szukam parkingu. Nie wszystkim jednak to się udaje i często jestem świadkiem ostrej wymiany zdań między kierowcami o to, kto ma prawo do tego czy innego miejsca. O kłótniach z tym związanych informują wieczorne dzienniki telewizyjne i piszą poranne gazety.

Parę dni temu czytałem, jak dwóch mieszkańców Upper West Side wyzywało się nawzajem, gdyż jeden kierowca na chwilę musiał odjechać na środek ulicy, bo przejeżdżał pojazd z obrotowymi szczotkami czyszczącymi jezdnię przylegającą do krawężnika. Zanim mógł cofnąć na dawne miejsce, wjechał tam samochód jadący za pojazdem Wydziału Oczyszczania.

Walka o parking nie ogranicza się do słów, często dochodzi do rękoczynów. Wielokrotnie widziałem facetów szamotających się, a raz sfrustrowany kierowca pałą baseballową demolował pojazd mężczyzny, który ponoć zajechał mu wjazd na wolne miejsce. W tym samym dzienniku znalazłem informację, że po oddaniu paru ciosów wymierzonych 58-letniemu nowojorczykowi, 46-letni Jonathan Reiner został aresztowany i oskarżony o pobicie.

Trudność w znalezieniu parkingu ma też związek z powstałymi na ulicach restauracjami, które zbudowano w zastępstwie normalnych, gdyż po wybuchu pandemii zabroniono stołowania się w zamkniętych pomieszczeniach. Tych mniej czy bardziej szpetnych szop jest w mieście na pęczki i nic nie wskazuje na to, żeby zniknęły, bo pomimo odwołania ograniczeń co do liczby gości w salach budynków, właściciele ciągle ich nie likwidują w obawie, że znowu będą musieli je stawiać, gdy nastąpi kolejna fala Covid. Codziennie mijam kilkadziesiąt takich budowli, niektóre na przestrzeni jednej przecznicy zajmują wszystkie miejsca postojowe.

Ale na tym nie kończy się walka z nowojorczykami, którzy mają czelność posiadać samochód. Uwziął się na nich ratusz, w tym drugi z kolei burmistrz. Poprzednik obecnego Michael Bloomberg chciał z „Wielkiego Jabłka” zrobić drugi Amsterdam, sądząc, że większość mieszkańców wsiądzie na rowery, co zdrowotnie wyjdzie im na korzyść, a powietrze w mieście będzie czystsze. Jak grzyby po deszczu powstawały pasy dla rowerów, których ciągle przybywa i obecnie jest ich około 1500 mil. Jeżdżą po nich nie tylko posiadacze jednośladówek, ale przede wszystkim wynajmujący je od miejskiej administracji, która od głównego sponsora Citibanku pobiera rocznie miliony dolarów.  Program posiada 20 tys. rowerów i tysiąc trzysta stacji, z których moża jednoślady zabierać i zostawiać. Co to oznacza dla kierowców aut? Odebrano im kolejne miejsca, gdzie wczoraj parkowali.  Z przerażeniem patrzę, jak ich ubywa na korzyść stacji rowerowych.

Nie chcę być źle zrozumiany, że jestem przeciwko rowerzystom i za usunięciem ich z nowojorskich ulic.  Sam jeżdżę na dwóch kółkach, ale prawie wyłącznie ograniczam się do jazdy w Parku Centralnym, bo ulice uważam za zbyt niebezpieczne (gdzie prym wśród piratów dzierżą taksówkarze, w większości imigranci z Dalekiego Wschodu). Nie od dzisiaj wiadomo, że nie bardzo dostosowują się do tutejszych przepisów drogowych, stąd stanowią największe zagrożenie dla rowerzystów i pieszych. Patrzenie tylko na jedną grupę mieszkańców miasta i przystosowywanie ulic do ich potrzeb jest nie fair.  Przydałoby się zastosować tu socjalistyczną zasadę, że wszystkim należy dawać po równo, bo jakoś tej reguły liberałowie siedzący w ratuszu się wyzbyli.