Schizofrenia – amerykańska specjalność

197
Mieszane pary stanowią obecnie naturalny widok w amerykańskim krajobrazie FOTO: PEXELS.COM

Pamiętajmy, że jesteśmy narodem, który zawsze szedł do przodu. Nie patrzył na to, co za nim, nie patrzył na to, jak jest ciężko, ale parł, parł, parł wyłącznie przed siebie! Z oczami zawieszonymi na nowych celach, nowych planach, na tym, co wciąż być może. Bo przecież jedyne, na co możemy mieć wpływ, to tylko przyszłość!

Prawda, jakie złote słowa? Wypowiedziała je, a raczej zawarła w felietonie, pewna publicystka, osoba przedstawiająca się jako mieszana rasowo, a refleksje te przyszły jej do głowy podczas wesela, na którym była gościem. Młodzi, podobnie jak ona, również byli dziećmi z mieszanych rasowo par.
Felietonistka z nutą pretensji, ale naprawdę malutką, ledwie wyczuwalną, zwracała uwagę czytelnika na fakt, że przecież kilkadziesiąt lat temu sytuacja, w jakiej się znalazła, nie byłaby możliwa. Biali ucztujący pospołu przy jednym stole z kolorowymi? Dzieci z mieszanych par stanowiący tak naturalny widok na materii społecznego krajobrazu, że kolor ich skóry staje się niewidoczny, przezroczysty – by użyć modnego dziś słówka – dla otoczenia? I puenta zamykająca tekst: nie patrzmy w przeszłość. Skoncentrujmy się na marszu ku przyszłości. Naszej wspaniałej, bo jakże by mogło być inaczej, chodzi przecież o marsz, w którym uczestniczy najwspanialszy na świecie naród!

Tekst napisany jest z ogromnym polotem i wcale nie tchnie żadnym tanim sentymentalizmem. Energia, którą jest wypełniony, jest autentyczna, nie ma krzty wątpliwości, że autorka mogła go stworzyć z pobudek innych niż szczera potrzeba serca i umysłu. Lektura innych tekstów tej dziennikarki nie pozostawia jednocześnie wątpliwości, że to osoba bardzo kompetentna i myśląca. Tym bardziej smuci fakt, jak mocno dała się oszołomić i schwytać w pułapkę, w której siedzi teraz z głową i jeszcze upiera się, że jej postawa to jedyna możliwa droga ku przyszłości.
Nie ma się co kłócić, Amerykę nie od dziś (od zawsze?) cechuje silna amnezja pospołu z ignorancją, zwłaszcza tam, gdzie opłaca się taką postawę przyjmować w imię minimalizacji szkód, których być nie musiało lub nie powinno. Mantra, że każde niepowodzenie powinno być przekute w praktyczną lekcję na przyszłość, amerykańskie dzieci słyszą od kołyski, jeśli nie od własnych rodziców, to na pewno w szkole, przynajmniej podstawowej, gdzie nacisk położony jest na pozytywny przekaz o sobie i swoim kraju, za wszelką – można rzec – cenę. Cel uświęca środki, wzruszają ramionami Amerykanie.
Nie ma co się łudzić, amerykański problem z rasą, nierozliczone krzywdy ludzkie z okresu niewolnictwa, nigdy nie był i do dzisiaj nie jest „zakończony”. Największym osiągnięciem systemu są ludzie tacy jak wspomniana felietonistka. Uściślijmy: osoba absolutnie świadoma, że uczciwego rozliczenia raczej już chyba nie będzie. I rozsądnie, pragmatycznie w związku z tym postulująca, że jedynym sensownym przepisem na życie jest przeszłości odpuścić. Nie myśleć o niej, skoro nie można jej zmienić. Pracować na to, by zostawić po sobie lepszą przyszłość dla kolejnych pokoleń.
Problem z przeszłością polega na tym, że lubi wracać rykoszetem w przyszłość. Pamięć jest jednym z najważniejszych atrybutów człowieka. Pamięci, jak dowodzą nie tylko nasilające się ostatnio znów zamieszki na tle rasowym i etnicznym nie tylko w USA, ale na świecie, nie da rady, mimo wszystko, w prosty sposób z siebie wyrwać. Pamięć lepi jednostkę i lepi całą zbiorowość. Nawet ta nastawiona najbardziej pokojowo instynktownie szuka ukojenia w słowach przeprosin, jeśli takie paść winny, lub konkretnych reparacji za krzywdy, jeśli takie miały miejsce.

Czym dochodzę do sedna tego tekstu – haniebnej, naprawdę godnej ubolewania światopoglądowej schizofrenii uprawianej przez amerykański naród. Rozumiem, że punkt widzenia czarnoskórej felietonistki jest politycznie poprawny i bardzo pożądany z punktu widzenia „systemu”, który ma wielki cel w promocji postaw pomniejszających wagę niektórych niewygodnych epizodów ze wspólnej przeszłości kosztem jak największego entuzjazmu i najszczerszej wiary w to, że przyszłość może mieć wyłącznie barwy różowe i być opakowana jak czekoladki. Rozumiem i akceptuję, że felietonistka jest, przy całej swej szczerości i poprawności, również wielką realistką. Nie widzi przesłanek, że pielęgnowanie w sobie złych wspomnień i krzywd ma sens, ma przyszłość… Dlaczego jednak dokładnie w tym samym czasie „system” robi wszystko, by jej ten cel utrudnić? Dlaczego jak lew walczy o to, by jej oczy dalej raziły pomniki i inne artefakty składających hołd „bohaterom Południa” za wojnę, w której walczyli o to, by kontynuować zniewalanie i upadlanie drugiego człowieka? W kongresach Teksasu, Wirginii, Missisipi i Karolin zupełnie niedawno poprzechodziły skandaliczne ustawy, które z jednej strony zabraniają usuwania tego typu „pamiątek” po przeszłości, z drugiej alokują publiczne pieniądze na ich konserwację i – jeśli trzeba – ochronę!
Wreszcie – jeśli zapatrzenie wyłącznie w przyszłość rzeczywiście miałoby być jakimś autorskim, amerykańskim pomysłem na budowanie lepszej przyszłości, dlaczego takie obywatelskie „ćwiczenie” dotyczy tylko wybranych? Proszę spróbować powiedzieć na głos, że potomkowie ofiar Holokaustu powinni odpuścić swoim oprawcom. Powinni tylko patrzeć w przyszłość dla wspólnego dobra, bo rozpamiętywanie dawnych krzywd nie jest budujące społecznie ani historycznie. Z jakichś przyczyn tutaj zbiorowa indoktrynacja umysłu posunięta jest przecież tak daleko, że nie tylko nie wolno proponować takich „obrazoburczych” wobec historii i wobec człowieczeństwa postaw, ale Ameryka bierze na siebie dobrowolnie rolę żandarma i egzekutora praw tej pamięci w skali świata. Przykładem choćby ustawa 447, o którą toczy się bój w sferze międzynarodowej. Ustawa tak bardzo przypięta do przeszłości, tak zakopana w niej nogami, że chce rozliczać państwa ościenne w imieniu bohatera nieistniejącego – właścicieli majątków, którzy zmarli bezpotomnie i którzy w chwili śmierci byli jak najbardziej obywatelami państw, gdzie te majątki pozostały.

Życzę Ameryce jak najlepiej. To kraj, jeśli nie do końca mój, to jednak ojczyzna moich dzieci, więc szanuję ją przez szacunek dla nich. Nigdy jednak nie będę popierać hipokryzji. Święty spokój w życiu jest pewną wartością, ale czy jest wartością większą niż prawda? Niż prawo do pamięci? Życzę felietonistce, by jak najszybciej opadły jej z nosa politycznie poprawne okulary. Jest za inteligentna, by opisywać świat w sposób, w jaki to czyni obecnie.