Second handy w służbie ludzkości

15
Foto: Archiwum

O amerykańskich second handach słyszałam cuda już wtedy, gdy mieszkałam w Polsce i są one jednym z niewielu zjawisk na amerykańskiej ziemi, które ostały się erozji moich opinii pod wpływem osobistego kontaktu z amerykańską rzeczywistością. To rzeczywiście miejsca gdzie jest wszystko, nawet to, co potrzebne.

W podeszłym wieku matki dorastających dzieci odwiedzam dziś te przybytki jeszcze częściej niż kiedykolwiek, bo trafiły mi się córki wyjątkowo uwrażliwione na los ginącej w śmieciach planety, i podejmujące próby jej ratowania m.in. przez korzystanie z recyklingu także w kwestii odzieżowej. O ile więc nie zawsze z własnej z woli, chodzę tam, by dotrzymywać towarzystwa.

Na poszukiwania ubrań w klimacie lat 80-tych, potrzebnych Młodszej na eventy w ramach świętowania „Tygodnia Szkoły” ruszyłam jednak z werwą. Ktoś musi dzieckiem pokierować, a na czym jak na czym, ale na tym okresie w modzie znam się wyśmienicie.

Bohaterska, choć zwykle nierówna walka o każdy, najmniejszy nawet detal stylizacyjny, który przybliżałby człowieka do ideału z zagranicznych zdjęć publikowanych na ostatnich stronach młodzieżowej prasy (długość kolejki nigdy nie odpowiadała ilościom wstawionego do sklepu towaru), hartowała mojego nastoletniego ducha. Poczucie zwycięstwa po odbiorze od krawcowej modnej kreacji na dyskotekę, a choćby tylko wizytę u krewnych, wydatnie wpływało na poczucie własnej wartości i podnosiło poziom akceptacji dla otaczającego świata. Wagi mojemu uczestnictwu w zakupach przydawał fakt, że początkowo Młodsza chciała się na nie wybrać z ojcem, a jakie mogłoby to mieć skutki dla jej vintage’owego imydżu wolałam sobie nie wyobrażać.

– Spodnie były na pewno rozszerzane u dołu, zresztą każdy rodzaj spodni uchodził, bo najważniejsze i tak były skarpety. Wszyscy nosili skarpety w odblaskowych kolorach! – zaanonsował przy kolacji, gdy tylko Młodsza powiedziała nam o swoich przebierańcowych planach.

Wbiłam w niego oczy.

– Słucham? W odblaskowych kolorach to były gumki frotki do włosów i tiszerty, o ile tylko można było jakiś zdobyć! Spodnie dzwony już dawno leżały wtedy na dnie szafy albo chodziły w pole z krewnymi na wsi! A w ogóle, co wiesz o tej modzie, czy ty nie nosiłeś w tamtych czasach do szkoły mundurka? – dodałam podejrzliwie.

– Nosiłem – zgodził się mąż, ale i tak nie miał zamiaru rezygnować z roli stylisty. – Za to fryzury pamiętam doskonale. Młodsza, słuchaj i notuj!

Wspomagając się szeroko gestykulacją, objaśnił córce, że klasyczną damską fryzurę uzyskiwało się w latach 80-tych za pomocą dużej ilości lakieru oraz suszarki do włosów. Suszarką się włos rozwiewało, a lakierem psikało w zmierzwione pukle najlepiej do momentu, aż na dobre zastygły w poziomie dokoła głowy.

– Wow. To może opowiedz nam jeszcze, jakie nosiło się buty, bo idzie ci naprawdę niesamowicie! – już zaczynałam na dobre chichotać.

– Oczywiście, że na koturnach! – wypalił mąż i był z siebie bardzo zadowolony.

Nie skończyłam kolacji, bo ze śmiechu rozbolał mnie brzuch i spadłam z krzesła. Mąż dostał szlaban na dalsze opowieści o modzie z lat 80-tych, a my z Młodszą wybrałyśmy do second handu.

Wróciłam w znakomitym humorze. Udało nam się skompletować zupełnie wiarygodny outfit z elementów wyprodukowanych w ostatnim dzisięcioleciu. Młodsza wyglądała na przyjemną reinkarnację Debbie Gibson, ale jednocześnie jakimś cudem udało jej zachować swój nowoczesny, zetkowy styl. Nie przeszkadzał mu, wręcz genialnie uzupełniał związany wysoko koński ogon ozdobiony wielgachną kokardą.

Poczułam, jak w niewidzialnych przestrzeniach wokół nas pootwierały się drzwi między rozrzuconymi w czasie okresami historii, a łączące je korytarze skurczyły się do rozmiaru pojedynczej ściany. Był to ten piękny moment epifanii, gdy widać wyraźnie, że przeszłość wcale nie minęła. Nic bezpowrotnie nie mija, jest tylko nasza niezdolność dostrzegania w teraźniejszości elementów przeszłości, które są budulcem tego, co jest i dalej tego, co jeszcze będzie. Potrzebowałam poczucia tej spójności i bliskości, bo bardzo się ostatnio borykam się kwestiami definitywnego przemijania i ostatecznych kresów, które utrudniają mi nie tylko zaktowiczenie w teraźniejszości, ale i blokują wizję przyszłości.

W drodze do szkoły to popatrywałam z dumą na moją retro-córkę, to rozkoszowałam się wspomnieniem ostatecznego zwycięstwa nad mężem, który skapitulował, bo przypomniał sobie, że owszem, duże kokardy rzeczywiście współistniały na głowach jego koleżanek z modą na lakierowany huragan. Poczucie, że nie różni nas z Młodszą nic, jesteśmy jak dwie pestki z tego samego słonecznika, spęczniało tymczasem do maksymalnych rozmiarów i wygrzewało się we własnym blasku niczym plażowa piłka.

– A mówiłam ci, że u sąsiadów zamieszkała na rok francuska licealistka? Zdaje się, że jesteście w tym samym wieku. Poszłabyś może i się z nią zapoznała?

– Jak to, poszła? – zdębiała Młodsza.

– Normalnie. Idziesz, pukasz do drzwi, a potem z nią rozmawiasz!

Młodsza popatrzyła na mnie jak na mordercę naszego własnego kota.

– Mamo! – zasapała. – Jakie idziesz? Jakie rozmawiasz? My już wyszliśmy z XX wieku. Ja bym musiała najpierw znaleźć ją na Tik-Toku, poobserwować, potem może coś zagadać i dopiero wtedy, ewentualnie – podkreśliła mocno – umówić się na twarzą w twarz! Nikt dzisiaj nigdzie ot tak sobie po prostu nie chodzi, żeby z kimś rozmawiać! – zakończyła wykład.

Blask moich złudzeń pyknął jak mydlana bańka i zmoczył mi głowę zimnym prysznicem powrotu w prawdziwe granice rzeczywistości. Nie byłyśmy z Młodszą jak dwie pestki z jednego słonecznika. Nie byłyśmy z tego samego przedziału historii. Dzielił nas Rów Mariański cywilizacyjnej przepaści i żadne zaklinanie faktów nie mogło tego zmienić. Walka toczyła się jedynie w obrębie złudzeń, jak zawsze.

– Tak to jest, gdy człowiek zapomina, że z markowego domu spadł do ligi second handów – wysiliłam się na żart.

Młodsza już była jedną nogą na zewnątrz auta, ale zawróciła.

– No coś ty – cmoknęła mnie w policzek. – Mnie nie przeszkadza. A poza tym nigdy nie zapominaj, że w moim życiu second handy liczą się i zawsze będą się liczyły o wiele bardziej niż te marki! Pobiegła i bardzo dobrze, że nie widziała, że znów się rozkleiłam.