Seriously?

149
FOTO: PEXELS.COM

Wspominam znajomej z Polski, że wróciłam na chwilę do szycia maseczek na twarz. – Dla kogo? – dziwi się szczerze. – Przecież wyście tam wszyscy już machnęli na świrusa ręką! I na maseczki, że zanadto bronią człowieka przed wolnością.

Znajoma jest zadowolona z żartu, mogłaby się roześmiać, ale tego nie robi. Jestem jej wdzięczna.

Nie jest śmiesznie. Jest dokładnie odwrotnie niż śmiesznie. Z dnia na dzień coraz mniej powodów już nawet nie do śmiechu, ale i zwyczajnego uśmiechu.

Szyję maseczki dla lokalnego centrum pomocy ofiarom przemocy domowej, kobietom i dzieciom. Zbiórkę artykułów pierwszej pomocy organizuje osoba z sąsiedztwa. Sama przebywała kiedyś w tym ośrodku i do dziś pozostaje w kontakcie z personelem. Ona zaalarmowała niedawno lokalną społeczność, że sytuacja jest dramatyczna, a ośrodek przepełniony – przyda się każda szczoteczka do zębów, kostka mydła i opakowanie środków higienicznych.

Media temat przemocy domowej w czasie pandemii ograły jakieś dwa miesiące temu, gdy pojawił się ogólnonarodowy raport, że zjawisko eskalowało o kilkaset procent. Teraz już milczą. Podobnie jak w wielu innych krytycznie najważniejszych w chwili obecnej kwestiach. Można tylko zgadywać, jaka stoi za tym logika. Nakaz mimo wszystko idzie z góry. Im mniej będziemy o czymś mówić, tym mniej będziemy się tym przejmować i problem zniknie. Im bardziej robi się straszno, tym bardziej należy się uśmiechać. Im bardziej jest inaczej, tym bardziej należy się starać, by za wszelką cenę utrzymywać status quo. Zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Life must go on as usual.

Ofiary przemocy domowej to niejedyna grupa, dla której life does not go on as usual od wielu miesięcy. Kobiety, jak donoszą inne raporty, choć również szybko zamiecione pod dywan, wyszły na pandemii generalnie dużo gorzej niż mężczyźni. One znalazły się w grupie, którą walec zwolnień z pracy rozjechał dużo bardziej niż mężczyzn. One przejęły na siebie rolę domowych nauczycielek, gdy kilkudziesięciomilionowa rzesza uczniów z dnia na dzień została zobligowana do nauki zdalnej. Bez znaczenia był fakt, czy same pracowały zawodowo, czy nie. One, wreszcie, o czym już doniosły fachowe żurnale psychologiczne, lepiej poradziły sobie z „pandemicznym stresem”, więc, co za tym idzie, dołożyły sobie do obowiązków, nie mając poniekąd wyjścia, rolę emocjonalnego pogotowia dla całej rodziny. Podczas gdy – kolejne badania – mężczyźni przestawieni na tryb pracy zdalnej wydłużyli w czasie pandemii czas swego snu, spora część zaraportowała jednocześnie, że ma tego czasu więcej na hobby i sporty, u kobiet w obu tych kategoriach nastąpił dalszy spadek.

Lista jest zresztą dużo dłuższa i ciekawsza. Pandemia a wzrost spożycia antydepresantów. Pandemia a statystyki samobójstw. Pandemia a rozwody i rozstania, a co za tym idzie i ściśle się z tym wiąże, zmiany w sytuacji materialnej kobiet. Wszystko na gorsze, i to dużo gorsze. Daleka jestem od stawiania tez, że mężczyźni wyszli na pandemii lepiej i, broń Boże, że ktokolwiek tutaj świadomie wykorzystuje sytuację. Przytaczam tylko fakty. Niepokojące statystyki. Dowody na to, że postawa life must go on as usual jest nie tylko w chwili obecnej niewłaściwa. Zaczyna się robić niebezpieczna. A przecież nawet nie zahaczam tutaj o dyżurnego słonia rozbijającego nam składy z porcelaną w niemal każdym domu i zakładzie pracy, czyli całościowo pojmowanej gospodarce. O tym słoniu mówi się, co prawda, dużo więcej i dużo głośniej wrzeszczy na widok dzieła jego spustoszenia, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że nawet on nie jest traktowany wystarczająco serio. Problem potraktowany serio to problem, dla którego szuka się rozwiązania. I to rozwiązania z gatunku, które pomogą w przyszłości uniknąć ponownego wchodzenia na tę samą minę.

Piszę o tym wszystkim dlatego, bo nie pomogło mi dzisiaj nawet wypicie dodatkowej kawy ani ulubiona czekolada, by mieć siłę do zebrania z podłogi szczęki po wyświetleniu się porannych wiadomości. Wkraczamy w kolejny, nie wiem już który – czwarty, piąty? – tydzień polowania na wiceprezydentkę dla Joego Bidena. Kto się nadaje mniej, a kto jeszcze mniej. Kto jest wystarczająco etniczny, a kto odpada, bo ma niewłaściwy kolor skóry. Kto się wykazał odpowiednim patriotyzmem na polu bitwy i stracił nogi, a kto mógłby nam przysporzyć głosów czarnoskórej młodzieży. Tak, pani policjant byłaby tutaj idealna, niestety, ma w historii zatrudnienia pracę dla… skompromitowanego systemu policji w tym kraju. Dylematy, dylematy!

Seriously?!

W połowie sierpnia obchodzimy z mężem rocznicę ślubu. W tym roku, nie ma rady, męczy mnie refleksja, jak bardzo w dniu mojego ślubu nie potrafiłabym sobie nawet wyobrazić, że pod słowami „na złe” może kryć się coś tak nieoczekiwanego jak pandemia. Wiem jednak, że jeszcze bardziej kuriozalny wydałby mi się wtedy pomysł – gdybym tylko, rzecz jasna, na niego wpadła – że oto w środku szalejącej pandemii, na tle szpitalnych sal, gdzie co dzień umierają tysiące ludzi, będę zmuszona uczestniczyć w show pt. „Skarbie, przecież nic się nie dzieje!”. Oraz, że w tych najtrudniejszych czasach, kiedy to kraj potrzebuje przywódcy z właściwym poziomem energii, sprawności, a zwłaszcza z konkretnym planem ratowania wszystkiego i wszystkich – nie, nie w żadnej przenośni, naprawdę! – w wyścigu prezydenckim stanie naprzeciwko siebie dwóch panów sprawiających wrażenie nie tylko oderwanych od rzeczywistości, lecz usiłujących nam tę rzeczywistość wymyślać wedle własnych, bajkowych scenariuszy. – Szyję maseczki dla ofiar domowej przemocy – odpowiadam znajomej. – Tak, masz rację. My tutaj toniemy z głową. Każdy szuka czegoś, czego mógłby się przytrzymać. Ja trzymam się tych maseczek.