Skoro głupota nie może boleć…

126
FOTO: EPA

Nie był to piątek trzynastego – tym gorzej, bo nie można było założyć, że to jednak tylko czyjeś makabryczne poczucie humoru. Sprawa dotyczyła dzieci – tym gorzej, bo u nich z poczuciem "czarnego humoru" w ogóle bardzo kiepsko.

Podrzuciłam Młodszą do szkoły, wjechałam do garażu, jeszcze w samochodzie zerkam w telefon. „Widziałaś już to?” – esemesuje znajoma. Przesyła screenshota z lokalnych mediów, wiadomość z ostatniej chwili. W tym samym momencie pika komórka, przyszedł email. Okazuje się, od władz szkolnych. W związku z zagrożeniem strzelaniny lokalne władze szkolne i służby porządkowe podjęły stosowne działania i uruchomiły tryb wyjątkowy – zaczynam czytać. Ręka sama wędruje z powrotem na sprzęgło, a serce do gardła. W czwartek wieczorem policja odkryła w mediach społecznościowych informację…

Otwieram Twittera i Facebooka ze stronami policji. Do szkół oddelegowano dodatkowe służby, do końca dnia wszystkie placówki będą pracować w trybie zamkniętym.

Jechać po nią z powrotem czy nie jechać? Gdybym dostała te informacje wcześniej, w ogóle bym jej dzisiaj do szkoły nie zawiozła! Na Facebooku wpis od znajomych, że oni postąpili właśnie tak. Koleżanka, która mnie zaalarmowała, w podobnej rozterce. Ani Młodsza, ani syn koleżanki nie odpowiadają na telefony, ani smsy. Przekazuję info kolejnym znajomym. Sąsiadce wypada z ręki słuchawka, bo dowiaduje się wszystkiego dopiero ode mnie. Druga donosi, że charterowa szkoła jej dzieci mimo wszystko zrobiła całkowity, regularny lockdown.

Świat zwariował, świat zwariował do reszty, tłucze mi się po głowie.

Młodsza w końcu odzywa się w czasie lunchu. Uspokaja mnie, że lekcje idą „prawie” normalnie. „Prawie”, bo wszyscy co chwilę zerkają przez okno i liczą spacerujące wokół szkoły służby mundurowe i kadrę nauczycielską. Normalnie zaczynam oddychać jednak dopiero po południu, gdy córka znów ląduje w moim aucie.

– I jak wszystko? – pytam, starając się, żeby brzmiało normalnie, jak co dzień. – Co tam na debacie?

Patrzy na mnie spod oka. Dzieci wiedzą.

– Mamo – dotyka mojego ramienia. To ona stara się mnie uspokoić. – Jest OK. Obiecuję ci, że to prawda. Właściwie to nawet się tym wszystkim nie przejęłam. Jakby miało coś się stać, to nie przy takiej liczbie policji pod ręką.

Logiczne. Ale rodzic w takich momentach logiczny nie jest. Ludzka pamięć niby jest wybiórcza, ale pamięć rodzica nigdy nie pozbywa się tego, czego on chciałby pozbyć się najbardziej. Na poczekaniu potrafię odtworzyć każdy dzień szkolnych strzelanin w USA i jak reagowały na to moje dzieci. Ich rozpacz, bezsilność, obezwładniający strach. Poszukiwanie schronienia i pocieszenia, które trzeba im w takich momentach dać, choć nie ma się ich nawet dla siebie. Odpowiedzi na pytania: Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? Czy mnie też ktoś może w szkole zabić? Czy świat zwariował? – których nie zna się tym bardziej. Odkąd kilka lat temu Starsza przypłaciła szkolny „active shooter drill” atakiem paniki, przez który niemal wylądowaliśmy na pogotowiu, na hasło, w którym słowa „szkoła” i „strzelać” występują obok siebie, ja też reaguję stanem niedalekim od paniki.

Do końca dnia niczego o ewentualnym rozwoju „sytuacji” już się nie dowiedzieliśmy, ale można było odetchnąć. Do żadnej strzelaniny w żadnej z kilkudziesięciu lokalnych szkół nie doszło. Wiadomo było, że dla bezpieczeństwa mnóstwo dzieci do szkoły tego dnia nie poszło, choć można było gdybać, że niekoniecznie był dla nich dzień stracony. Po tym jak oswoiły naukę online w czasie pandemii już nic im niegroźne, ha-ha – zapostował ktoś dowcipny. Dowcipny inaczej, a prawdopodobnie po prostu nie rodzic.  

W niedzielę rano wreszcie aktualności. I teraz bardzo proszę wszystkich, którzy może czytają te słowa na stojąco, by usiedli, bo będzie mocno.

Post o „zagrożeniu strzelaniną dla szkół w mieście” wypuściła w świat grupa dorosłych mężczyzn, grono przyjaciół połączonych dodatkowo koronasceptycyzmem. Gdy odkryto ich tożsamość i aresztowano, przyznali, że chcieli w ten sposób zaprotestować przeciwko obowiązkowi noszenia maseczek w naszych lokalnych szkołach.

Ręka mnie świerzbi, żeby napisać dosadnie co myślę o postawie tych dorosłych ludzi. I nie oszczędzać się wcale, dodać, co myślę o ludziach w ogóle – ludziach jako gatunku, zbiorowości, masie. A na deser pokusić jeszcze o refleksję jak, być może, oceniają nas jacyś „obcy” jeśli się nam przyglądają z zakamuflowanego punktu obserwacyjnego w kosmosie i jeśli, jak lubimy sobie powtarzać, są to faktycznie istoty na dużo wyższym niż my poziomie rozwoju: molekularnego, intelektualnego, technologicznego. Ale zrobię inaczej.

Słyszeli może Państwo o badaniach maseczkowych przeprowadzonych w Bangladeszu? 1 września ukazał się raport, z którego dowiedzieliśmy się, że po kilku miesiącach badań na grupie ponad 350 tysięcy osób (imponujące, prawda?) zamieszkałych w większości na terenach wiejskich i w małych miasteczkach (tym bardziej imponujące!) naukowcy wykazali niekwestionowany związek między noszeniem maseczki, a ograniczeniem rozprzestrzeniania się wirusa. Coś mi mówi, że nasi lokalni pranksterzy nie słyszeli o tych badaniach i wielka szkoda.

FOTO: EPA

Ale było w tym eksperymencie coś jeszcze, dla mnie o wiele ciekawszego, bo do maseczek mnie akurat przekonywać nikt nigdy nie musiał. Prowadzący badania przetestowali przy okazji kilka metod, za pomocą których można zachęcać ludzi do noszenia maseczek. Były to: 1) metoda na dostarczanie darmowych maseczek bezpośrednio do domów i mieszkań, a także do miejsc użytku publicznego, 2) metoda popularyzowania noszenia maseczek przez osoby o pewnej renomie i statusie społecznym, w tym przywódców religijnych i celebrytów, 3) rozsyłanie i rozdawanie reklam i broszur, w których podkreślano wagę odpowiedzialności jednostki także za społeczność, której jest częścią i wreszcie: 4) metoda publicznego upominania ludzi bez maseczek, by je założyli – innymi słowy to metoda na publiczne ośmieszanie. Która z nich okazała się najbardziej skuteczna? Ostatnia. Jeśli „obcy” rzeczywiście nas obserwują i rzeczywiście są tacy zaawansowani jak myślimy, to rzecz jasna mogli nam byli powiedzieć już bardzo dawno, że nie potrzeba żadnych badań. Odkąd ludzkość ludzkością, mało co motywuje nas bardziej do działania (lub niedziałania) niż perspektywa „zrobienia sceny” (aka „zrobienia z siebie głupka”) zwłaszcza w obecności ludzi, których znamy i z którymi jesteśmy w relacjach, prywatnych bądź profesjonalnych. Nie wiem, jaka kara czeka sprawców piątkowego alarmu, za który w czasach i tak wystarczająco naznaczonych stresem i traumą zapłaciliśmy dodatkową cenę, psychiczną i oczywiście realną, bo ktoś za postawienie w stan gotowości dodatkowych służb i kadry szkolnej przecież płaci, a dokładnie – my wszyscy. Marzy mi się, żeby komuś wpadło do głowy wystawić ich w klatkach przy największym skrzyżowaniu w mieście, opatrując szczegółowym opisem za co to i dlaczego. Że będzie to naruszenie ich prywatności? Godności? Że ich straumatyzuje? Nie możemy sprawić, by głupota bolała, ale by piekła ze wstydu – to jest do załatwienia. I czasem naprawdę byłoby warto.