Ślepy tygrys z zapchanym brzuchem

12

Uczestniczyłam w tej konwersacji już tyle razy. Uprawiam ją z rodzicami, z teściami i większością ludzi w ich wieku. Przez telefon, podczas spotkań towarzyskich i w dużych dawkach na przyjęciach okolicznościowych, gdzie presja na small-talki, acz o nieco wyższej poprzeczce intelektualnej, rośnie.

– No ale czymże ci młodzi się dzisiaj tak przejmują? Co w tym świecie jest nie tak, że tacy zestresowani? Czyż nie daliśmy im wszystkiego? – pytają mnie rozmówcy, po czym zwykle następuje litania przeszkód i trudności, jakie przyszło im pokonywać za czasów własnej młodości, by wykierować się w życiu na tzw. samodzielnego, odpowiedzialnego człowieka. Przesłanie zawsze to samo: NAM było o wiele gorzej, MY mieliśmy o wiele bardziej pod górkę, MY, za przeproszeniem, to przez Himalaje przeprawiać się musieliśmy, i to bez tlenu, a czasem to nawet i bez butów, a proszę! Proszę, jak sobie poradziliśmy. Więc o co chodzi z tą dzisiejszą młodzieżą, bo naprawdę. Czy świat zwariował?
Diagnoza stanu dzisiejszej młodzieży, dla ułatwienia orientacji w demograficznym make-upie społeczeństwa nazywanej milenialsami najczęściej przybiera którąś z następujących form: 1. Milenialsi są leniwi i źle wychowani. 2. Milenialsi są zepsuci, chcieliby mieć wszystko podsunięte na tacy; ewentualnie 3. Te ich załamania i depresje to kolejna moda, jak na kolczyki w uszach i tatuaże na szyi, ot co!

Wróciłam właśnie z przyjęcia u znajomych na osiedlu, letnia pora sprzyja wieczorkom przy grillu na świeżym powietrzu, i pierwsze, co zrobiłam, to przemyłam twarz lodowatą wodą. Bo podobno dobrze działa na przebudzenie, a ja rozpaczliwie potrzebuję przebudzić się i zrozumieć, dokąd, jako społeczeństwo, zmierzamy. Kolejny raport na temat stanu ducha milenialsów i kolejny przygnębiający, zastanawiający obrazek. Dla co czwartego z nich stres jest tak bliskim, codziennym przyjacielem, że ingeruje, oczywiście negatywnie, we wszystkie sfery życia. Dla porównania wśród generacji baby-boomerów, czyli dziadków milenialsów, nawet biorąc poprawkę na to, że ich współczesne realia emerytalne pozostawiają wiele do życzenia i mnóstwo z nich pogodziło się z myślą, iż będą pracować nie do wieku, lecz póki starczy im sił, zestresowany jest dopiero co dziesiąty. W generacji Gex-Xerów, czyi rodziców milenialsów w permanentnym stresie żyje mniej niż 10 proc. tej grupy.

Organizatorami przyjęcia byli sąsiedzi emeryci. Towarzystwo doborowe, w większości ludzie z klasy tzw. bardzo dorobionych, korporacyjne VIP-y, bankierzy, przedsiębiorcy. Z liczby ekonomicznych terminów, jakie fruwały w powietrzu, można było spokojnie wypleść moskitierę, przydałaby się, bo komary akurat nie próżnowały. Ludzka natura narzekającą jest, więc głównie narzekano: na to, że giełda faluje i coraz trudniej przewidzieć, gdzie lokować pieniądze. Na to, że ceny surowców i wytwórczości w Birmie idą w górę i jest zagrożenie dla zysków. Na to, wreszcie, że te głupki z Waszyngtonu rozwalą gospodarkę. Nie rozumieją, że jak się miejsca pracy z powrotem odda swoim, zamiast obsadzać je kwalifikowaną kadrą z zagranicy, to znów kasa będzie szła na wypłaty i świadczenia, i postęp szlag trafi. Nie rozumieją, że wizy H-1B to jedyna droga naprzód. Płaci się importowanym część obowiązującej w branży pensji, a oni na dodatek przez kilka lat nie mogą się nawet zwolnić ani zaprotestować, no chyba, że widzi im się powrót do tych ich domków z bambusa. Cha-cha-cha.

Wreszcie rozmowa zeszła na milenialsów właśnie. Ktoś nawiązał do wspomnianego sondażu, ktoś westchnął i wymownie przewrócił oczami, ktoś natychmiast zaczął opowiadać o kimś, kogo zna i kto nieustannie oferuje pracę milenialsom, a ci jej nie chcą. No nie chcą, proszę państwa, słyszał ktoś takie rzeczy? Bo oni by chcieli więcej zarabiać. Mieć pełen etat. I jeszcze do tego ubezpieczenie. I urlop. I ulgi na dzieci. O tak, tak. Same fanaberie. No czy to nie jest najlepszy dowód na to, że te stresy to oni sami sobie wydumują? Chcieliby pracować, to by pracowali. Chcieliby zarabiać, to by zarabiali. A że warunki może nieidealne, niewymarzone? No panie, panowie. No sorry, ale świat się dzisiaj zmienił, świat inny jest, globalny, kto nie z postępem, ten się cofa i jest bezrobotny. I tyle. Więc albo biorą, co im dajemy, albo niech się dalej stresują!

Napomknęłam o kosztach studiów i kwestii długu, z którym milenialsi wchodzą dzisiaj w życie w liczbach niespotykanych w poprzednich pokoleniach. O kosztach życia. O kosztach wynajmu, nie mówiąc o kupnie najtańszego mieszkania w nie najdroższych rejonach kraju. O kosztach wizyty u lekarza. O kosztach wszystkiego. No tak, tak, no koszty są, faktycznie. No więcej te wszystkie sprawy kosztują niż dawniej. No dług, no nóż w plecy już na starcie, oj przykro. No trudniej założyć rodzinę, no strach jest większy. Towarzystwo spuściło nieco z tonu. Ale tylko na moment, bo znajomy werbel nie miał zamiaru odpoczywać. Ale za naszych czasów też lekko nie było, każda generacja staje przed swoimi wyzwaniami i każda sobie JAKOŚ radzi. Powtarzamy: JAKOŚ radzi. Radziła. Tylko milenialsi sobie nie radzą. Bo milenialsi za miałcy są i im się nie chce.

Nie lubię konfrontacji, a już zwłaszcza podczas przyjęć towarzyskich z bardzo dobrym jedzeniem. Jak możliwe jest mieć aż takie rozdwojenie jaźni? Z kieliszkami wytrawnego wina w dłoniach stali przede mną architekci gospodarczej rzeczywistości, którzy z bezwzględnością polującego tygrysa i zdając sobie ze swych czynów doskonale sprawę wykreowali świat programowo naigrawający się z konceptu uczciwej walki na starcie, konceptu społecznej solidarności i odpowiedzialności, w tym odpowiedzialności pokoleń starszych za młodsze. Nie ma harmonijnego rozwoju, nie ma żadnego rozwoju tam, gdzie starsi pożerają młodych w krótkowzrocznym akcie zapchania sobie tymczasowo brzuchów. Jak zestresowani milenialsi pokierują swoim, a wkrótce i naszym, życiem – pozostaje nawet dla społecznych prognostyków sporą tajemnicą. Nie powinno być jednak żadną tajemnicą dla nikogo, skąd bierze się ich, słuszny i uzasadniony, stres, już teraz wyhamowujący ich w działaniach i myśleniu. Do drzwi odprowadzała mnie wymowna cisza. Nie wiem, ile wina i drinków wypito jeszcze po moim wyjściu, ale mam nadzieję, że sporo. Znieczulanie się alkoholem to stara, sprawdzona metoda na problemy, z którymi sobie nie radzimy, bardzo skuteczna także w zagłuszaniu wyrzutów sumienia.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney