Śmiertelny zator na Evereście

859
Autor na szczycie Kala Patthar (5550 m n.p.m.). W głębi w środku – Mount Everest (8848 m n.p.m.), po prawej – Lhotse (8516 m n.p.m.) FOTO: WIESŁAW CYPRYŚ

Co jakiś czas na tych łamach piszę o Evereście, pasjonującym mnie od dzieciństwa. Górę wspominam najczęściej wtedy, gdy dochodzi na niej do tragicznych wydarzeń. Teraz też nie będzie inaczej.

W zakończonym wiosennym sezonie wspinaczkowym na szczycie najwyższej góry świata stanęła rekordowa liczba 885 osób. Do domu nie wróciło 11 wspinaczy, czyniąc sezon czwartym najbardziej śmiertelnym w historii (w 1982 i 2006 roku zginęło tyle samo śmiałków). Najtragiczniejsza była wiosna 2015 roku, kiedy wskutek wstrząsów tektonicznych obsunęła się lawina, grzebiąc 18 osób, w tym większość Szerpów przygotowujących liny poręczowe.

Co spowodowało, że na zboczu Czomolungi życie straciło tylu ludzi? To zależy, kogo się pyta. Władze Nepalu, które wydają pozwolenia, winią pogodę, niedostateczne wyszkolenie wspinaczy i nieodpowiedni stan ich zdrowia oraz oszczędzanie na sprzęcie, głównie na butlach z tlenem.
Inni, w tym niekomercyjne środowisko wspinaczkowe, krytykuje ministerstwo turystyki himalajskiego kraju za wydawanie zbyt dużej liczby pozwoleń, co powoduje zatłoczenie na ostatnich odcinkach najpopularniejszej drogi na szczyt, wiodącej południową stroną góry. Wspinacze zmuszeni są długo czekać w różnych miejscach, gdy podchodzą w górę i schodzą w dół. W efekcie tłok nie tylko powoduje zwolnienie tempa wspinaczy, przyczynia się do szybszego męczenia się organizmu, marznięcia i głodu tlenu, który dla wielu kończy się lub w ogóle się wyczerpał. Kilku z alpinistów, którzy stracili życie, spędziło 10-12 godzin na wejście na szczyt i 4-6 na zejście do Przełęczy Południowej (7906 m n.p.m.). Innymi słowy, 14 do 18 godzin na zboczu najwyższej góry globu w ekstremalnie trudnych warunkach pogodowo-terenowych to wyzwanie powyżej możliwości większości ludzi, tym bardziej nieprzygotowanych, niezaaklimatyzowanych, niedoświadczonych klientów agencji komercyjnych, którzy zapragnęli podziwiać widoki z „dachu świata”. Ten aspekt ryzyka często nie dociera do śmiałków lub jest przez nich ignorowany.

Władze Nepalu, jak napisałem, obwiniają pogodę, która w tym roku była nadzwyczaj niekorzystna. W kwietniu cyklon Fani nad Zatoką Bengalską zmienił kierunek wiatrów, czym opóźnił ocieplenie powietrza w Himalajach. Wiosna zawitała tam z dwu-trzytygodniowym poślizgiem. W związku z tym wyprawy meldowały się w bazie później niż zwykle. Na dodatek notowano mniej tzw. okien pogodowych, kiedy nie szaleje burza śnieżna, kiedy można atakować wierzchołek.
Pierwsze takie okno otworzyło się między 14 a 16 maja. Wtedy tylko kilku wspinaczy ruszyło do góry, bo większość jeszcze nie dotarła wystarczająco wysoko lub nie była zaaklimatyzowana.
Drugi raz dobra pogoda pojawiła się 22 maja i wtedy aż 250 wspinaczy przystąpiło do ataku szczytowego. To wtedy świat obiegły zdjęcia sznurka ludzi ledwie się poruszających. Gdy oglądałem je na ekranie komputera, przechodziły mnie ciarki, bo sytuacja nie wróżyła niczego dobrego. Jak sądziłem, większość tłumu stanowili klienci agencji wspinaczkowych, którym towarzyszyli przewodnicy Szerpowie. Potwierdziły to statystyki wejść. Szczyt zdobyło 281 osób zaliczanych do pierwszej kategorii i 378 do drugiej. Nie trzeba być specjalnie zorientowanym, żeby sądzić, że to chyba jakaś pomyłka. Ale jednak nie.

Do czasu, kiedy zaczęły działać agencje organizujące wyprawy na ośmiotysięczniki, w tym głównie na Everest, taka proporcja nigdy się nie zdarzyła. Więcej, Szerpowie byli zatrudniani jedynie jako tragarze, wnoszący żywność i sprzęt do bazy i, w miarę możliwości, do wyższych obozów. Nikt z nich lub prawie nikt nie wchodził na wierzchołek, rzadko dochodzili do Przełęczy Południowej, a nawet do lodowca Khumbu. Dlaczego? Nie było takiej potrzeby, bo alpiniści-entuzjaści byli dobrze przygotowani, i oprócz swojego życia nie chcieli ryzykować życia tragarzy.
Obecnie Szerpowie niemal wciągają klientów na szczyt, bo ci nie są przygotowani i zaaklimatyzowani. Ostatni wspinacz, który w tym sezonie zginął na Evereście, Amerykanin Chris Kulish, uczestniczył w wyprawie komercyjnej, składającej się z czterech klientów, trzech przewodników i dziewięciu Szerpów, również pełniących rolę przewodników. Grupa w całości zdobywała szczyt przy pięknej pogodzie i była jedyną, która tego dnia atakowała górę od strony nepalskiej. Oznacza to, że nie była opóźniana przez zatory, które tworzyły się wcześniej, gdy była odpowiednia aura do wchodzenia.
Jak podawały raporty agencyjne, 62-letni Kulish kilka godzin po zejściu na Przełęcz Południową osunął się na ziemię i zmarł. Jego brat Mark, w wypowiedzi dla „Denver Post”, poinformował, że prawdopodobnie Chris zmarł na skutek zatrzymania akcji serca, w przeciwieństwie do większości zgonów innych wspinaczy, którzy umarli z powodu choroby wysokościowej, będącej wynikiem małej ilości tlenu na dużej wysokości, a głównymi jej objawami są wymioty, ból głowy, duszności i utrata równowagi.

Co wynika z powyższego? Nie można wskazać jednego winnego śmierci wspinaczy na Evereście. Wszystkie strony mają swój udział w tej tragicznej statystyce.
Władze Nepalu, który należy do najbiedniejszych krajów świata, starają się wzbogacić swój skromny budżet, więc wydają tyle pozwoleń, ile się da. Ich cena wynosi dziś około 11 tys. dolarów. Doskonale wiedzą, że okna pogodowe są krótkie i jest ich tylko kilka w sezonie, więc żeby nie dochodziło do oglądanych przez cały świat zatorów na ostatnich odcinkach szczytowych, trzeba wystawiać pozwoleń o wiele mniej. Wiadomo bowiem, że nikt się nie wspina, gdy szaleje burza śnieżna i wieje huraganowy wiatr, osiągający prędkość 140-160 km na godzinę.
Wolne tempo wspinających się – zarówno z powodu panującego na szlaku tłoku, jak i ich stanu zdrowia oraz kondycji fizycznej – często pozbawiają szans wejścia na najwyższy wierzchołek ziemi prawdziwych alpinistów, co do szpiku kości wypacza ideę wspinania się.
Wydawanie mniejszej liczby pozwoleń spowoduje podwyżkę ich ceny i wtedy Everest będzie dostępny tylko dla bardzo bogatych, a tak być nie powinno.
Bardzo ważną kwestią bezpieczeństwa na Czomolundze jest zdrowie i przygotowanie wspinaczkowe uczestników wypraw. Obecnie chętni do wspinaczki obowiązkowo muszą przedstawić zaświadczenia lekarskie, ale nikt nie sprawdza ich autentyczności. Zresztą ogólnie dobre zdrowie nie daje gwarancji dobrego samopoczucia w wysokich górach. Często ludzie przeliczają się ze swoimi siłami, nie znają swoich możliwości, bo na wyprawę jadą dla szpanu i zaspokojenia ego. Na dodatek nieracjonalnie myślą, nie potrafiąc zawrócić, gdy nie mają sił i tlenu.
Władze Nepalu zastanawiają się nad wprowadzeniem badań lekarskich przed wyjściem na szlak oraz obowiązku przejścia kursu wspinaczkowego. Nie wiem, czy to w czymś poprawi sytuację, bo krótki, podstawowy kurs wydłuży pobyt poza domem, zwiększy koszty i tak już drogiej wyprawy i niewiele pomoże w nabraniu doświadczenia, które zdobywa się latami.
Pozostała jeszcze kwestia bezpieczeństwa Szerpów, o których w dyskusji w ogóle się nie wspomina. Około jedna trzecia śmiertelnych wypadków na Evereście dotyczy właśnie ich.

1 KOMENTARZ