Spór o Kavanaugha, czyli samookaleczanie

5

Znajoma blogerka, która wciągająco pisze o codziennym życiu, a do tego z determinacją godną prawdziwego mistrza trzyma się z dala od polityki, ostatnio nie wytrzymała i zapuściła jednak swój blogerski peryskop do waszyngtońskiego akwenu.

Żal ścisnął mi serce, bo do tej pory czytałam jej zapiski z wielką przyjemnością, często z żywą zazdrością, że jest ostatnim znanym mi człowiekiem, który daje radę w dzisiejszych czasach nie wpuszczać do swego domu nawet cienia związanego z życiem politycznym. A tu masz – wobec naporu ostatnich doniesień z Kapitolu zasieki nawet jej odporności okazały się zbyt słabe. I ona włączyła się do dyskusji o kandydaturze Bretta Kavanaugha na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego.

Gdy piszę ten tekst mamy pierwszy poniedziałek października i wciąż nie wiadomo, jaką decyzję podejmie senacka komisja przesłuchująca Kavanaugha. Wiadomo, że zeznania Christine Ford, kobiety oskarżającej go o napaść seksualną 30 lat temu, okazały się dla wielu niewystarczające, bo – naczelny argument strony broniącej niewinności Kavanaugha – kobieta za słabo pamięta „konkrety” całego zajścia.

To, że dowody w sprawie tego typu przestępstwa, o jakim mówimy, należą do najtrudniejszych do przedstawienia – ofiary dysponują niestety jedynie własną pamięcią oraz traumą – nikogo nie interesuje. Czy bardziej interesujące okażą się zeznania przyjaciół Kavanaugha z lat młodości, potwierdzające jego uczestnictwo w libacjach i gwałtach na koleżankach ze studiów, zobaczymy.

Znajoma blogerka nie postawiła sobie za cel obronę jednej czy drugiej strony konfliktu. Popatrzyła na niego, konsekwentnie z optyką persony, w jaką zawsze wciela się na swoim blogu – oczyma matki. I postawiła diagnozę, która warta jest szerszego zaprezentowania. Brzmi ona: bez względu na to, czy Kavanaugh dołączy do zespołu SN, czy nie, jako społeczeństwo właśnie przestrzeliliśmy sobie kolano, i to kilkakrotnie.

Po pierwsze spór o to, co jest, a co nie jest dowodem na przemoc seksualną, wysłał do naszych córek jasny przekaz, że tego rodzaju przemoc wciąż podlega innym kryteriom oceny niż pozostałe rodzaje przestępstw, naruszających prawa i godność człowieka, bo w sprawach natury obyczajowej punkt widzenia wciąż (sic!) zależy od rodzaju przyrodzenia – poruszamy się tutaj po szarościach i we mgle, i wielkiej rzeszy społeczeństwa wcale niespieszno, by oczyścić pole widzenia i patrzenia. Po drugie spór wyrządził wcale nie mniejszą krzywdę naszym synom.

Oto bowiem jeśli dzięki przepisom regulującym relacje międzyludzkie w miejscach pracy i nauki, a także na skutek ruchu #MeToo, młodzi mężczyźni dostawali w końcu w ostatnich czasach do rąk konkretne wytyczne, jaki rodzaj zachowania kwalifikuje się do miana przemocowego, to afera Kavanaugh – Ford podziałała jak akt wyciągania im spod nóg dywanu, na który dopiero co weszli. Znów zostali na śliskiej powierzchni, na której będą się przewracać i robić krzywdę sobie i innym.

Wreszcie – postrzeleni, i to w głowę, zostali rodzice. Nie ma nic gorszego niż gdy wartości, które wpajamy naszym dzieciom, służą światu do wycierania sobie nimi jego uświnionej i zadowolonej z siebie gęby.

Jako matka dodałabym do tego spisu okaleczających strzałów jeszcze jeden.

Bardzo ważnym wychowawczym celem, jaki stawiam przed sobą jako matka – i podejrzewam, że większość rodziców jednakowo – jest wytworzenie w moich córkach silnej świadomości, iż czyny pociągają za sobą konsekwencje. Niektóre konsekwencje odczuwamy tylko my sami, inne mają wpływ na życie naszego otoczenia. Wierzę, że ludzie się zmieniają, bo zmieniają nas okoliczności i doświadczenia, niestety to, co się nigdy nie zmieni, to krzywda, jaką wyrządzimy innym.

Krytyczne więc, moim zdaniem, jest przekazanie naszym dzieciom, że nie ma żadnych „wyjątków” ani okoliczności łagodzących. Świadomość, że muszą brać pełną odpowiedzialność za swoje działanie, musi im towarzyszyć zawsze, nie ma od niej zwolnienia. Nie oznacza to, że istnieje jakiś system zabezpieczający przed popełnianiem błędów. Każdy z nas przed końcem życia będzie miał na sumieniu rzeczy, za które będzie mu wstyd i których będzie żałował. Niestety, jeżeli popełnimy karygodny błąd, poniesiemy za niego karę.

Jeżeli okazałoby się, że żadnej kary ponosić nie musimy, byłoby to jednoznaczne z afirmacją postawy, że krzywdzić można, bo liczy się tylko tu i teraz, bo przeszłość nie ma znaczenia i nie ma też żadnych okoliczności, które mogą nam zaszkodzić w otrzymaniu nagrody, gdy zamarzy nam się po nią sięgnąć. Pozwolę tutaj wesprzeć się pewną mądrością, którą bardzo do mnie przemawia, a którą głosili już starożytni: to świadomość reperkusji naszych czynów w świetle przyjętych powszechnie norm ich oceny jest tym, co nadaje naszemu życiu moralny kierunek i powstrzymuje przed zbrodnią.

Co z tego wynika? Ano to, że nawet jeżeli Brett Kavanaugh zostanie oczyszczony z zarzutów i tak będziemy musieli liczyć się z konsekwencją tego, iż jako społeczeństwo daliśmy w pewnym momencie hipotetyczne przyzwolenie na nagrodzenie człowieka, który świadomie skrzywdził innego. Puściliśmy do naszych dzieci oko, że no oj tam, nie przejmujcie się i róbcie, co chcecie, wystarczy, że w odpowiednim momencie przybierzecie odpowiednio poważny i stateczny wyraz twarzy. Państwo wybaczą, że wybiegnę myślami nieco do przodu, ale chcę, żeby to było jasne. Ostrzegam, że nie zagłosuję na prezydenta, który zamordował własną matkę. Bez względu na to, jak długa będzie lista jego talentów i osiągnięć!

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney