Środkowy palec natury

77
FOTO: EPA

Natura umie nam pokazywać środkowy palec z cynizmem godnym królewskiego błazna. Czy umiemy ten gest odczytywać tak jak na to zasługuje? Hmmm...

Pożar Cameron Peak wybuchł w Górach Skalistych w połowie sierpnia. Lato mieliśmy bardzo suche i to pomimo dużej pokrywy śnieżnej z poprzedniego sezonu. Po chwilowej radości wiosną, że nadrobimy braki w zapasach wodnych, już na początku lipca stało się jasne, że nie (prawie zerowe opady deszczu) i pojawiły się pierwsze niepokoje, czy rok 2020 nie spłata nam piekielnego figla i nie zaserwuje jakichś większych niż normalnie pożarów na dokładkę do tego, na co się już nastawiliśmy od strony koronawirusa.

Strach tym większy, że klęski żywiołowej nie można odesłać do domu i powiedzieć: siedź tam i nie wychodź, dopóki sytuacja się nie poprawi. Gdy przychodzi, nie ma ani minuty do stracenia.

Kalifornia i Oregon zaczęły się palić bez opamiętania już wczesnym latem i już wtedy dostaliśmy przedsmak atrakcji, które niedługo potem miały stać się i naszą codziennością: lecący z nieba popiół, zatrute powietrze, niemalże egipskie ciemności w środku dnia.

Było źle, ale nie było aż tak źle. Kalifornia daleko, wiatr zmienia kierunek, dymy przychodziły więc, ale i odchodziły, można zatem było na początku lata trochę pocieszyć się naturą, odzyskanym poczuciem „normalności” i przestrzeni do oddychania po miesiącach spędzonych w lockdownie. Patrząc wstecz gratulujemy sobie jako rodzina genialnego wprost instynktu, by w lipcu wyskoczyć kilka razy pod namiot (w istocie sprawdzić jak przedstawia się sytuacja w grzybach; nie było nic i na nic się nie zanosiło w związku z drakońską suszą) i nawet wybrać się z Młodszą i jej zastępem skautów na biwak.

Biwak upłynął pod znakiem niemalże mrozu (obozowisko na wysokości 4000 m.n.p.m.), do tego natura dołożyła trzygodzinną burzę z piorunami niemal natychmiast po tym, jak się rozbiliśmy, nie było więc czasu na żadne gry, rozmowy, ani życie towarzyskie dla młodzieży (palenie ognisk gdziekolwiek w stanie było od początku tego roku absolutnie zakazane), ale i tak wspominamy dziś tę przygodę ze łzą szczęścia i wzruszenia w oku.

W chwili gdy to piszę wszystkich tych przepięknych miejsc po prostu już nie ma. Zostały po nich jedynie peleryny z popiołów zaściełające ziemię.

Nie wiem dlaczego pożar, który w chwili obecnej urósł już do największego w historii stanu, nie został potraktowany z większą atencją na początku, gdy być może była jeszcze szansa na jego opanowanie i ugaszenie. Mam swoje teorie. Po pierwsze – strażacy ze wszystkich stanów sąsiadujących z Kalifornią i z Oregonem to tam wyjechali pomagać, bo paliły się ludziom domy, podczas gdy w Kolorado ogień pożerał „jedynie” lasy. Po drugie – pożar nie zastąpił pandemii, nie wymienił się z nią miejscami na liście tegorocznych nieszczęść, zjawił się jako gość dodatkowy. Interwencja nie przebiegała więc na pewno tak sprawnie jak mogła była, bo obowiązują obostrzenia, nowy regulamin pracy, zasady bezpieczeństwa spowalniające działania wszędzie.

Po trzecie jednak i najważniejsze – choć o niebezpieczeństwie pożarów na bezprecedensową skalę mówi się na zachodzie USA od lat, nie jesteśmy na nie gotowi. Wciąż pozostajemy ignorantami odnośnie czekających nas zagrożeń, wciąż myślimy, że to tylko taka zabawa i przyjmujemy w niej postawę ph.: A MOŻE NAM SIĘ PO PROSTU UDA. Nie pomaga, oczywiście, bagatelizacja problemu na poziomie federalnym, który zamiast alokować wyższe fundusze na zarządzanie lasami w zmieniających się warunkach klimatycznych, obcina te fundusze. O brakach wykwalifikowanej kadry znającej się na rzeczy i rozumiejącej sprawę, nawet nie mówimy.

Ponosimy tego cenę. Cenę bardzo wysoką bo oto „wredna” natura postanowiła poczęstować nas swoim gniewem właśnie w tym roku. W czasie, gdy już i tak jesteśmy na kraju wyczerpania psychicznego i finansowego, wystarczająco rozdarci między multiplikujące się problemy natury wszelkiej.

Jak się żyje w dobie pandemii z pożarem pod bokiem? Podzielę się z państwem tymi doświadczeniami.

Od co najmniej miesiąca dymy stały się tak gęste, że każdy dzień rozpoczynamy od sprawdzenia jakości powietrza. Bywają dni, nawet po kilka z rzędu, że utrzymuje się ono na poziomie „niebezpieczne dla zdrowia”, siedzimy wówczas pniem w domu. Młodsza, która jest astmatyczką, pod zwyczajną maseczkę zakłada maseczką przeciwalergiczną, w przeciwnym razie się dusi, bywa, że nawet w środku. Dni, gdy nie sypie się nam na głowy popiół, zaliczamy do wyjątkowo udanych. Szkoły w naszym okręgu wciąż funkcjonują w 100 procentach zdalnie. Patrzę sobie na maile od rozmaitych organów zdrowia publicznego, które przypominają nam, rodzicom, o tym, jak powinniśmy dbać o higienę psychiczną dzieci w czasie pandemii. Na pierwszym miejscu regularna aktywność fizyczna i świeże powietrze. Fajnie.

Nie pamiętam też już w tej chwili, kiedy ostatni raz siedziałam na tarasie. Dwa tygodnie temu? Trzy? Pamiętam, że w pewnym momencie przestałam sprzątać powłoki popiołu z ogrodowych mebli, bo nie miało to sensu.

Ostatni tydzień był wyjątkowo zły. Już i ja sama, choć z alergiami nigdy nie miałam do czynienia, zaczęłam budzić się z zapchanym gardłem i nosem, i z codziennymi bólami głowy. Czy powoli czadziejemy? Możliwe. Czy zanieczyszczenie w powietrzu sięgnęło już poziomu, że coś zaczyna się dziać z naszymi płucami? Możliwe. Nie wiem tego, nie pójdę do lekarza, bo zarażenia właśnie znów zaczęły rosnąć lawinowo i służba zdrowia prosi, by ograniczyć z nimi kontakty do niezbędnego minimum.

Z piątku na sobotę (17-18 października) pożar nieoczekiwanie buchnął z nową siłą, podpełzł jeszcze bliżej miast usytuowanych u podnóża gór i spopielił kolejne piękne i wyjątkowe miejsca znane z folderów turystycznych. Wyjechaliśmy z miasta. W tygodniu trzeba w nim siedzieć w domu, bo praca i szkoła, ale w weekend można w końcu uciec. Choć na chwilę uciec od strachu, żalu i oczywiście sadzy. Obraliśmy kierunek na Denver, południe stanu nie jest aż tak dotknięte pożarami jak północ. Nigdy bym też nie pomyślała, że będę wyjeżdżać do wielomilionowej metropolii w poszukiwaniu świeżego powietrza.

Byliśmy na autostradzie, gdy rzucił nam się w oczy niepokojący widok: nowy słup dymu nad nową partią gór. Nie myliliśmy się. Wybuchł nowy pożar. Dwie godziny później były już informacje: kolejne ewakuacje, kolejne miasto zagrożone, mobilizacja już absolutnie resztek sił przeciwpożarowych w stanie.

FOTO: EPA

Wracając wieczorem do domu, patrzyliśmy na obrazek jak z horroru. Na tle nocnego nieba wijące się niczym węże czerwone wstążki ognia. Ogień obrysowujący kształty gór jak jakaś szatańska czerwona kredka. Doniesienia o stratach zdominowały lokalne wiadomości i słusznie. Nie brakowało jednak i takich: „Rośnie liczba zarażeń koronawirusem wśród strażaków”.

Choć jest już końcówka października, końca suszy nie widać. Jaka jest szansa, że naprawdę zabraknie nam rąk do gaszenia pożarów? Że uporamy się z nimi dopiero, gdy sama natura łaskawie nam na to pozwoli, zsyłając deszcz? Zdaje się, że niemałe. Ten rok kiedyś się skończy. Może za trzy miesiące, może za trzynaście. Nie tracę nadziei, że doczekam jego końca po stronie ludzi żywych. Gdy ten moment nadejdzie, będziemy mieli, jako ludzkość i cała planeta, mnóstwo do zrobienia na wielu frontach, by uniknąć powtórki z rozrywki na okoliczność kolejnej pandemii (która na pewno nadejdzie). Mam nadzieję, że na fali tych przygotowań i prewencji nie zabraknie myślenia również o sensownym „dialogu” i „współpracy” z naturą. Czas, gdy można dalej siedzieć i łudzić się, że „jakoś to będzie” naprawdę się skończył.