Straszące rusztowania

536
Rusztowania w Nowym Jorku stoją zbyt długo i niszczeją pod wpływem wiatru, deszczu czy śniegu, a nierzadko zdarza się, że ktoś odkręci z nich śrubę, wyrwie deskę lub ukradnie rurkę... FOTO: WIESŁAW CYPRYŚ

Odwiedzający Nowy Jork przybysze, szczególnie ci z zagranicy, nie mogą się nadziwić liczbie rusztowań okalających tutejsze budynki. Szkaradna plątanina pionowo, ukośnie i poziomo łączonych rurek, tworzących swego rodzaju most, na górze którego położona jest blacha oraz drewniane płyty lub deski, to twór chroniący przechodniów przed spadnięciem na ich głowę gruzu, tynku, cegieł i narzędzi budowlanych w czasie remontowania fasady. Konstrukcje te mają charakter tymczasowy, i tak jak szybko się pojawiają, tak szybko winny zniknąć po zakończeniu prac. Ale tak się nie dzieje.

Według szacunków administracji miejskiej, która wydaje zezwolenia na ich stawianie, średnio jedno rusztowanie szpeci chodniki okrągłe trzy lata, a są i takie, które straszą przechodniów przez dwadzieścia.

Nawet siedziba Wydziału Budowlanego, położona niedaleko ratusza, obwarowana jest cuchnącym, rdzewiejącym mostem przez 11 lat.

Dlaczego te straszydła stoją tak długo i dlaczego jest ich tak dużo? Czyżby budynki w pocztówkowej aglomeracji Ameryki były w tak fatalnym stanie, że dla zapobieżenia tragedii muszą być „okoronkowane” rusztowaniem?

Jeśli to główny powód, dlaczego administracja miasta dopuściła do takiego stanu? Dlaczego nie reagowała wcześniej, gdy jeszcze totalnie się nie sypały? A jeżeli reagowała, dlaczego nie sprawdzała, czy wykryte wady i zarządzone naprawy zostały wykonane? Dlaczego nie egzekwowała nałożonych przez siebie kar?

Przemysł rusztowaniowy w Nowym Jorku urósł do miliardowego biznesu i każdy, kto może, chce w nim skubnąć coś dla siebie. Wszystkim zainteresowanym zależy na tym, żeby rusztowań było jak najwięcej i żeby stały jak najdłużej. Wszelkie próby rozwiązania problemu napotykają na mur nie do przebicia.

Członek rady miejskiej, Ben Kallos, reprezentujący manhattańską Upper East Side, od trzech lat próbuje przekonać legislaturę, by zmienić przepisy regulujące częstotliwość inspekcji budynków, a także czas stania rusztowań przy budynkach, które są remontowane.

Obecnie budynki powyżej sześciu kondygnacji przechodzą kontrole i reperacje fasad co pięć lat. Jak mówią znający temat od podszewki pracownicy firm budowlanych, nie zdarza się, żeby inspektorzy nie znaleźli jakiś pęknięć, dziur czy ubytków. Tak przynajmniej wynika z ich raportów. Oznacza to, że rusztowania trzeba postawić i przeprowadzić remont. I tak się interes kręci.

W 2016 r. Kallos przedstawił projekt prawa, według którego rusztowania miały być stawiane na 90 dni, na czas przeprowadzanego remontu. W wyjątkowych wypadkach, gdy wymieniana jest cała fasada, rusztowanie mogłoby pozostać na kolejne trzy miesiące. Jeżeli do tego czasu prace nie zostałyby skończone, władze miasta odbierałyby pozwolenie firmie wykonującej roboty, obciążając kosztami właściciela.

Propozycja nie znalazła poparcia, gorzej – natrafiła na wielką opozycję branży nieruchomościowej, w tym Real Estate Board of New York, który reprezentuje ponad 13 tysięcy właścicieli budynków w mieście. Ograniczenie czasowe remontu nie jest im na rękę, gdyż wynajęcie rusztowania, które miesięcznie kosztuje około 1200 dol., jest tańsze niż 200-300 tys. dol., które trzeba zapłacić za reperacje.

W związku z tym rusztowania stoją w nieskończoność, szpecąc eleganckie i drogie budynki nawet w najbardziej prestiżowych lokalizacjach. Gdy codziennie pokonuję pieszo kilka kilometrów nowojorskich ulic, sporą część trasy idę pod zadaszeniem tych konstrukcji, które zasłaniają słoneczne światło i gdzie koczują bezdomni. Te twory, zamieniające chodniki w wąskie tunele, w których często trudno minąć się dwóm przechodniom, są wymarzonym miejscem do napadów i kradzieży. W październiku ub.r. czterech rzezimieszków w jednym z takich tuneli przy Amsterdam Avenue i 69 Street pobiło i obrabowało 57-letnią kobietę.

Wraz ze starzejącymi się budynkami uszkodzeniom ulegają ich elewacje. Zrozumiałe jest zabezpieczanie okalających je chodników, gdy istnieje realne zagrożenie dla przechodniów. Jednak nie zawsze do tragedii dochodzi tam, gdzie można się jej spodziewać. W połowie grudnia ub.r. z fasady biurowca przy 49 Street na Times Square odpadł kawałek betonu i zabił przechodzącą 60-letnią Ericę Tishman. Z rejestru Wydziału Budownictwa wynika, że właściciel posesji otrzymał mandat z tytułu niebezpieczeństwa oderwania się dekoracyjnych murków, z nakazem ich naprawienia. Zapłacił 1200 dol. kary, ale robót nie wykonał. Dopiero po tragedii przy chodniku postawiono most. Za późno dla pani Tishman.

Po podobnym wypadku, do którego doszło w 1980 r. na Upper West Side, kiedy zginęła 17-letnia studentka Bernard College Grace Gold, wprowadzono obowiązujące do dzisiaj zasady zapobiegające tego typu tragediom. Ale, jak to zwykle bywa, droga do piekła usłana jest dobrymi intencjami. Jak widać, poruszanie się nowojorskimi ulicami nie należy do bezpiecznych. Nawet rusztowania nie pomagają, bo one też ranią i zabijają przechodniów. Stoją bowiem zbyt długo i niszczeją pod wpływem wiatru, deszczu, śniegu czy dużej wilgotności, a nierzadko zdarza się, że ktoś odkręci z nich śrubę, wyrwie deskę lub ukradnie rurkę… A dopóki będzie tak jak jest, rusztowania pozostaną powszechnym widokiem Wielkiego Jabłka i jego plagą.