Strzelaniny, psychotropy i pytania, których wciąż brak

10

Ile można pisać o tym samym? Co jeszcze można dorzucić do debaty o kulturze broni w USA, co nie zostało powiedziane? Wbrew pozorom okazuje się, że można. Po strzelaninie w liceum na Florydzie zrobił się szum wokół „wątku”, którego do tej pory w tej debacie jeszcze nie było, w każdym razie nie miał zbyt wielkiej wyrazistości.

Tym wątkiem jest teza, że masowe strzelaniny popełniają ludzie nie „nieleczeni” psychiatrycznie (o tym, że strzelaniny są domeną osób chorych psychicznie, wiemy od dawna), ale właśnie „leczeni”. Może źle leczeni, może niewystarczająco leczeni, ale jednak – leczeni. Szczerze mówiąc wolałabym nic o tym nie pisać. Po raz trzeci w ciągu ledwie trzech miesięcy mam zlecenie na artykuł na prasy w Polsce o masowych strzelaninach w USA. Kolejne strzelaniny, kolejny artykuł, takie zasady dziennikarstwa, choć podejrzewam, że moi czytelnicy mogą być tym tematem już tak samo znudzeni, tak jak ja jestem nim zmęczona. Pisząc o amerykańskiej kulturze broni dla czytelnika w Europie, zwłaszcza w tak krótkich odstępach, za każdym razem trzeba się dość nagimnastykować logistycznie. Trzeba napisać, po raz dziesiąty lub dwudziesty, tekst właściwie ten sam, lecz na tyle merytoryczny i poważny, by czytelnik w ogóle chciał po raz enty popadać w to samo zdumienie. Dla reszty świata rozwiązania, które naprawdę mogą „rozwiązać” amerykański problem z przemocą z użyciem broni, są jasne. Dlaczego nie są jasne dla Amerykanów?

Jako dziennikarka w sytuacji jak powyżej zareagowałam na ten nowy „wątek” z oczywistym zaciekawieniem. Masowym strzelaninom winne są psychotropy. Tak, to jest coś nowego, zdecydowanie. Niestety, zbyt długo żyję w tym kraju, by nie przyjąć tej tezy z wielką dozą sceptycyzmu. Odprawić podejrzenia, iż nagonka na psychotropy nagle portretowane jako największe zło (to one zatruwają ludzki umysł i pchają człowieka ku haniebnym czynom) nie jest czymś zupełnie innym niż to, co się z niej robi. Zbyt długo uczestniczę w tutejszej debacie o broni, by nie dostrzegać rażącej sprzeczności, jaką wątek o psychotropach do niej wprowadza. Czyż nie słyszeliśmy do tej pory, zwłaszcza od entuzjastów broni, że to wady tutejszego systemu opieki psychiatrycznej – fakt, że „nie dociera” do osób jej potrzebujących – mają decydujący wpływ na postawy masowych morderców? A teraz co? Teraz zawracamy i płyniemy w odwrotnym kierunku? Takie hasanie od Sasa do lasa nikomu nie przydaje powagi ani wiarygodności, a nie wierzę, że erozja własnej wiarygodności jest w tej debacie czyimkolwiek celem.

Jeśli przegapili państwo ten news-wątek, to podpowiem: chodzi o to, że psychotropy wywołują u odsetka pacjentów reakcje odwrotne do zamierzonych. Pogłębiają depresję, wzmagają zachowania suicydalne oraz wyzwalają agresję. Dlaczego niby w ogóle jest to taki news, a przynajmniej kreowany na niego przez media? Badania na ten temat prowadzi się przecież od dawna, powstały dziesiątki raportów. Cóż, w Ameryce ani te raporty, ani badania nie były do tej pory zbytnio rozpowszechniane. Przyczyna jest nader prosta. Psychotropy to domena amerykańskiej Wielkiej Farmy. Odkąd pojawiły się na rynku (lata 50. ub. wieku) były dla niej kurą znoszącą złote jajka. Amerykańscy psychiatrzy – zachęcam wszystkich do samodzielnego sprawdzenia tej informacji – są najlepiej opłacaną przez farmaceutyczne lobby grupą medycznych specjalistów. Kto miał okazję otrzeć się o gabinet psychiatry w Ameryce, wie, że o długofalowych skutkach ubocznych zażywania antydepresantów nic się tam nie dowie, na pewno nic złego. Dyskwalifikowane są także pytania o reakcje ludzkiego organizmu podczas odstawiania takich leków. I znowu – choć istnieją badania potwierdzające, że mogą się w tym czasie pojawić bardzo niepożądane efekty, w tym agresja i objawy mimikujące depresję, i choć reszta świata, w tym medycznego, traktuje tę sprawę poważnie, w gabinecie amerykańskiego psychiatry zespół odstawienia istnieje tylko w głowie pacjenta i we wpisach wariatów w internecie.

I news drugi, proszę państwa, jeśli też go państwo przeoczyli. Kilka lat temu Wielka Farma postanowiła nie szukać dalej kolejnego, jeszcze lepszego psychotropu, na którym będzie mogła zbić jeszcze większą fortunę. Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku w całym sektorze zaczęły się cięcia budżetów R&D na ten cel, są dziś one o 70% niższe. Brzmi to dziwnie, prawda? Od kiedy Wielka Farma dobrowolnie przeznacza złotonośne kury na rosół? Ale jest wyjaśnienie. Rosnący dostęp do internetu, a więc i informacji nie tylko z mainstreamowych, lecz i niszowych, a przede wszystkich, zagranicznych jej źródeł, podkopał wiarę Amerykanów w przekaz ich psychiatrów i sprokurował swoisty sprzeciw wobec psychotropów. Poza Ameryką ten sprzeciw istniał od zawsze – możliwy, gdyż amerykańska Wielka Farma nie była w stanie tak skutecznie kontrolować przepływu informacji – i w znaczący sposób kształtował zarówno opinię publiczną, jak i postawy samej służby zdrowia. O wiele mniej kontrowersyjny, a nie mniej dochodowy jest dla Wielkiej Farmy sektor leków przeciwnowotworowych, zwłaszcza tych bazujących na najnowszych zdobyczach z dziedziny genetyki i autoimmunologii, więc to w niego postanowiono pompować inwestycje i na nim koncentrować badania. Jeżeli doszłoby do tego, że Amerykanie nagle ograniczą zażywanie psychotropów, lekarze przestaną je tak masowo przepisywać, Wielka Farma już jest zabezpieczona, końca świata w związku z tym dla niej nie będzie.

W świetle tych informacji włączenie w amerykańską debatę o broni wątku psychotropów już tak nie dziwi. Owszem, może komuś przejdzie przez myśl, że to jednak głupio, iż środowisko NRA nagle zmienia stanowisko. NRA zmienia jednak swoje stanowisko dość często (czyż nie deklarowało ledwie kilkanaście lat temu, że będzie walczyć o to, by szkoła była miejscem absolutnie wolnym od broni?), więc wielkiej szkody wizerunkowej nie będzie. Bardziej interesujący jest fakt, że choć argument o psychotropach stawia entuzjastów broni w tak pokracznej, niekomfortowej sytuacji, rzucono się na niego z takim zapamiętaniem. Dlaczego? Czy po prostu nie dlatego, że wyczerpuje się, a może już się wyczerpała, pula wszelkich innych argumentów, mających za zadanie odwodzić opinię publiczną uwagę od pytań, jakie w debacie o broni wciąż nie padają? A raczej: padają, lecz są tak zakrzykiwane i demonizowane, iż wciąż nie ma dla nich miejsca, jakie zajmować powinny?

Z moich poszukiwań i refleksji wynika, że trzy najważniejsze z nich to: dlaczego Ameryka jest jedynym krajem na świecie, który odmawia dostrzeżenia związku między liczbą broni w narodzie a eskalacją przestępstw z jej użyciem? Drugie: jak to się dzieje, że broń wciąż w sposób legalny i bardzo prosty – mimo rzekomych reform na niwie profilowania osób wchodzących w jej posiadanie – dostaje się w ręce ludzi niepoczytalnych? I trzecie: jeżeli to strach, a nie tylko wola korzystania z konstytucyjnie gwarantowanego prawa paruje cywilów i karabiny, to czego Amerykanie tak straszliwie się boją, że czują potrzebę tworzenia ze swych domów uzbrojonych fortec?

Każdą kolejną strzelaninę odbieram osobiście i po każdej cierpię. Te, w których giną uczniowie, są szczególne trudne, bo potęgują lęk – mój lęk jako rodzica, czy jutro, pojutrze, za miesiąc to nie ja będę grzebać moje dzieci zamordowane w szkolnej ławce czy na sali gimnastycznej serią z karabinu. Żeby jednak nie było, że pomniejszam tu temat psychotropów i niebezpieczeństw związanych z ich zażywaniem, wyjaśniam: nie podoba mi się robienie z nich naczelnego chłopca do bicia w kontekście strzelanin, ale ściągnięcie, nawet jeśli z innych przyczyn, publicznej uwagi na wszystkie „za”, zwłaszcza „przeciw” tego typu farmakologii uważam za krok we właściwym kierunku. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła powiedzieć, że debata o broni w USA też w końcu takim kierunku zmierza.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney