Świadectwo z wypróżnieniem

50
Foto: WOJ/Nowy Dziennik

Nie będę żartować z przejęzyczenia pewnego pana, absolutnie nie, ponieważ każdemu szczególnie pod wpływem stresu może się to przydarzyć, ale nie ukrywam, że właśnie ta sytuacja zainspirowała mnie do napisania dzisiejszego tekstu...

Pamiętam jak przed laty, w pierwszym roku mojej pracy w bardzo dobrym liceum, mówiąc o twórczości pisarki Marii Rodziewiczówny powiedziałam “Rozdziewiczówny”. Po reakcji klasy wiedziałam, że coś jest nie tak. Szybko przeanalizowałam ostatnią wypowiedź i zorientowałam się, w czym rzecz. Chciałam powiedzieć poprawnie nazwisko, ale znów powiedziałam tak samo. Za trzecim razem, zamiast mówić, napisałam na tablicy. Do dziś staram się omijać tę postać, bo chyba zafiksowałam się na tym nazwisku i chyba z własnej, nieprzymuszonej woli nie wypowiem go publicznie. „Serce spadło mi z kamienia”, gdy zniknęła z kanonu lektur.

Nikt z nas nie zna „gnia ani dodziny”, gdy takie przejęzyczenie postawi nas w śmiesznej albo niezwykle trudnej sytuacji. Pół biedy, jeśli usłyszymy wtedy, że „chlebowi głodny na myśli” albo „rzeczymy od bryndzy”. Ostatnio na przykład zaproponowałam mojemu dyrektorowi (bardzo poważnemu panu) „najseksowniejsze” rozwiązanie sytuacji, chociaż chciałam powiedzieć „najsensowniejsze”. Na studiach pewien profesor opowiadał, jak przed laty sekretarka w Domu Partii napisała „Sralin”, zamiast „Stalin”. Straciła tylko pracę, a mogła dużo więcej.

W szkole średniej mieliśmy wymienić się listami w języku obcym – dostałam z nagłówkiem „Dead Beata”, zamiast „Dear”. Niejednemu z nas zamarło serce, kiedy okazało się, że wysłaliśmy wiadomość tekstową z psikusem zrobionym przez autokorektę. Zawsze się denerwuję, że słownik telefonu wie lepiej, ale z nim pisze się mi szybciej, więc go nie wyłączam. W ten sposób można życzyć: „Spokojnych świąt spędzonych w rodzinnym grobie”, zamiast „gronie”. „Oglądać sobie stan dupy”, zamiast “stand-upy”. Prosić o nie robienie „laski”, zamiast łaski, napisać „dziwki” zamiast „dzięki” i tak dalej.

Najczęściej przejęzyczamy się, gdy jesteśmy rozluźnieni, gdy czujemy się swobodnie. Nasza czujność spada i nic nie hamuje ciągu skojarzeń. Wtedy ujawnia się to, co kryje w sobie nasza podświadomość. Ale przejęzyczamy się też w wyniku stresu, nie tylko sytuacyjnego, ale również długotrwałego, gdy zaczyna nam brakować słów lub mamy je właśnie na końcu języka. „Tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi.” – trudno nie zgodzić się ze słowami Napoleona Bonaparte. I choć może się wydawać, że przejęzyczenia czy przesłyszenia to kwestia przypadku, niektóre z nich lubią się powtarzać. I powtarzają się na tyle często, że doczekały się dedykowanych nazw, takich jak spuneryzmy, freudowskie pomyłki czy mondegreeny.

Spuneryzmy to przejęzyczenia, które polegają na zamianie głosek miejscami. Zazwyczaj wynikają z pomyłki, chociaż czasem gry słów używa się jako żartu  w rozmowie, na przykład: „guć żumę”. Shel Silverstein, amerykański poeta napisał ”Runny Babbit”, dowcipną książkę dla dzieci wypełnioną spuneryzmami. Słowo spuneryzm pochodzi od nazwiska Williama Archibalda Spoonera, angielskiego duchownego, który słynął ze skłonności do przestawiania liter w słowach. Najpopularniejsza anegdota wiąże się z toastem, jaki Spooner wzniósł za „cudacznego starego dziekana” (oryg. queer old dean) w miejsce „czcigodnej, szacownej królowej” (dear old queen).

Przesłyszenia (ang. mondegreen) występują, gdy błędnie usłyszymy wypowiedź, nadając jej inne znaczenie, które wydaje się nam poprawne. Mnie najczęściej trafia się to w piosenkach i to nie tylko anglojęzycznych, ale również polskich. Termin mondegreen pierwszy raz pojawił się w eseju opublikowanym w 1954 w Harper’s Magazine. Jego autorka, Sylvia Wright, wspomina w nim jak będąc dzieckiem błędnie zrozumiała wers ballady „The Bonnie Earl O’ Moray”. Tym, dlaczego przesłyszenia najczęściej dotyczą piosenek, zajęli się naukowcy. Teorii jest wiele, do mnie najbardziej przemawia teoria profesora Stevena Connora , który uważa, że jeśli mózg nie rozumie wersów piosenki albo jakiegoś słowa  z wypowiedzi (lub po prostu go nie dosłyszeliśmy), to po prostu zastępuje dany fragment wyrażeniem, które uzna za najbardziej sensowne.

Eggcorn, czyli dosłownie „jajeczna kukurydza” występuje, kiedy zastępujemy dane wyrażenie podobnym, o zbliżonym brzmieniu i tu mamy „krużganek” zamiast „kaganek”. Termin stworzył w 2003 roku językoznawca Geoffrey Pullum, by nazwać zjawisko, w którym słowo acorn (żołądź) zostało niepoprawnie zrozumiane jako eggcorn. Pomyłka taka, zdaniem naukowców, wynika z faktu, że nasz mózg stara się zastąpić szukane słowo podobnie brzmiącym. Tego typu błąd często pojawia się w przypadku archaicznych wyrażeń, bądź takich, w których występują zupełnie nieznane dla rozmówcy słowa. Mamy też psychologiczne wytłumaczenie przejęzyczeń, czyli pomyłki freudowskie, mimowolne pomyłki w wypowiedzi wynikające z działania naszej podświadomości. Dziś wiele osób używa tego terminu w odniesieniu do wszelkich lapsusów językowych, ale to już zupełnie inna i bardzo długa historia.