Świeże owoce i różne „anty” w Krakowie…

8

Nagle spostrzegłam, że mieszkając na amerykańskim wygnaniu, nie jadłam od kilkunastu lat prawdziwych truskawek, poziomek, bobu i papierówek, o których facebookowicze z drugiej strony oceanu piszą, gdy jest sezon. Do przyjaciół z wyjątkowo dobrze utrzymanym sadem dotarłam, kiedy nabrzmiewały czarne wiśnie, pamarańczowiły się morele, żółcił agrest, a spod listków wychylały się czerwone poziomki. Jeszcze dobrze nie oprzytomniałam po podróży, a już rwałam owoce z uginających się gałęzi i niemal połykałam …

Zdecydowanie warto było zaliczyć Kraków latem z powodu owoców o właściwym smaku, niezamieniających się w lodówce w gumowate atrapy, jak ma to miejsce w Ameryce. Oprócz oskomy na rodzime jabłka i czereśnie miałam jeszcze inne zaległości patriotyczne: Kazimierz, dzielnica Krakowa, kiedyś samodzielne miasto z murami obronnymi, potem dzielnica, przed II wojną zamieszkana przez około 60 tys. Żydów. I od razu sprostowanie: to nie były mury żydowskiego getta, jak próbują insynuować niektóre może nie źródła, ale poczytne książki (Sindney Sheldon vel Schechtel – „Krwawa linia”).

Po drodze na Kazimierz – wędrówka szlakiem królewskim, w upale, obowiązkowo z bajglem w dłoni, aby ulicą Kanoniczą wyjść na Podzamcze, gdzie parkują meleksy wożące turystów po mieście, a na jednym z nich wyraźny napis po angielsku, krótko: „ghetto”. – Jakie getto? – pytam, a pan kierowca odpowiada, bym się nie czepiała, bo każdy wie, że chodzi o to getto żydowskie z czasów wojny: – Nie, proszę pana, nie każdy wie. „Niewiedza na ten temat jest ogromna” – tę myśl zostawiam dla siebie. Na Kazimierz docieram po południu, tym razem z koszyczkiem porzeczek w dłoni – też ich nie jadłam kilkanaście lat. Rozsiadam się w restauracji Ariel przy ulicy Szerokiej. Patrzę dookoła i mam wrażenie, że śnię, gdyby nie biegający kelnerzy, chyba bym się szczypała, bo mam wrażenie, że znajduję się w jakimś obcym mieście, ni to wschodnim, ni zachodnim, gwarnym, kolorowym, pełnym różnojęzycznych napisów. Wypijam kawę i muszę wracać na krakowską starówkę, bo goni mnie napięty program spotkań. Wrócę tutaj, obiecuję sobie.

Obietnicy dotrzymuję tuż przed wylotem. Po pełni pogoda załamała się i przyzwyczajeni do przeszło 30-stopniowych upałów, temperaturę 15 stopni przyjmujemy jak atak zimy. Niemniej impreza kończąca festiwal żydowski, a nosząca tytuł „Szalom na Szerokiej”, rozgrzała skutecznie cały zgromadzony tłum, razem z moją przyjaciółką, krakowską poetką Giną Jusięgą i mną.
Chciałyśmy zająć miejsca w restauracji Ariel (tej samej, w której kilka dni wcześniej piłam popołudniową kawkę, zagryzając porzeczkami), znajdującej się w środkowej części ulicy Szerokiej. Stamtąd najlepiej było widać scenę, na której już ustawiano sprzęt muzyczny, ale pan kelner zdjął mi miarę na trumnę i przez zęby wycedził, że większość miejsc została zarezerwowana dwa miesiące temu. Mieszcząca się na końcu ulicy restauracja Miodowa nie była aż tak oblegana, bo było z niej widać jedynie telebim. Po gorącej herbacie i dymiących pierogach wygonił nas z restauracyjnego ogródka, o bardzo uprzejmej obsłudze, przenikliwy ziąb.

Mimo wszystko z gęstniejącym mrokiem gęstniał tłum, temperatura zabawy podnosiła się, a bezpośrednio pod sceną podrygiwali wszyscy, bez względu na wiek.
W pewnej chwili moja przyjaciółka złapała mnie za ramię, zakreśliła ręką krąg i nakrzyczała mi do ucha: – A może byś tak, Halinko, napisała, jaki tutaj dzisiaj na tej Szerokiej panuje antysemityzm, nacjonalizm i może jeszcze odbywa się łamanie praw człowieka przez człowieka? Strach i panika tutaj jakaś, policja wyrywa z tłumu podejrzane jednostki. A wszystko utrwala nacjonalistyczna TVP.
– Dobra myśl – odparłam i dodałam: – Dlaczego, przykładowo, taki pan Timmermans nie został tutaj zaproszony? A może został, ale bał się bojówek narodowych?
Festiwal Kultury Żydowskiej po raz pierwszy odbył się w roku 1988, zatem w tym roku miała miejsce 30. edycja. Jego twórcami są: Krzysztof Gierat i Janusz Makuch, który ciągle jest dyrektorem imprezy i tegoroczny końcowy koncert prowadził w towarzystwie Alicji Popiel.
Powiedział na wstępie: „Jesteśmy tu nie tylko dla muzyki, ale by uczcić pamięć i złożyć hołd wszystkim Żydom, którzy w Krakowie żyli przez 750 lat. (…) Powinniśmy robić wszystko, by (…) zwalczyć w sobie jakąkolwiek pokusę antysemityzmu, antypolonizmu”.
W koncercie, według onet.pl, wystąpili: Frank London, Eleanor Reissa i Klezmer Brass Allstars (Vilde Mekhaye), saksofonowy wirtuoz z Etiopii, Abatta Barihuna, oraz Jazz Band Młynarski – Masecki.
Pięknie, ale to nie koniec i wiadomo od zawsze, że najlepsi występują na końcu.
Już miałyśmy iść do domu, bo uznałyśmy, że wystarczy, gdy na scenę wyszli oni, przez Onet nie wymienieni: The Kutiman Orchestra. Wtedy widownia oszalała, a ja doznałam olśnienia, że już nie tak bardzo kocham ZZ Top.

Teraz dopiero wszyscy zaczęli tańczyć, krzyczeć, a niektórzy nawet wpadali w trans, zagłuszający próby konferansjerki. Pan Makuch w końcu zagaił po angielsku (moja parafraza): – Są tutaj tacy, którzy nie pozwalają mi dojść do słowa, powiedzcie, skąd jesteście? Tłumek młodych, pięknych ludzi zakrzyknął, że z Nowego Jorku, na co pan Makuch poprosił ich, aby krzyknęli na powitanie „Hi”. I krzyknęli. Wtedy zwrócił się do pozostałej części widowni po polsku, aby jako krakowianie, mieszkańcy tej ziemi i do niej należący, odpowiedzieli. I rozległ się jakby długi przeciągły grzmot, niosący się przez całą ulicę Szeroką, który skojarzył mi się ze sceną bitwy pod Grunwaldem z filmu „Krzyżacy”, kiedy polscy rycerze zaintonowali hymn.
Przybysze z Nowego Jorku już nie przeszkadzali więcej. Niemniej inne dorodne dzieci rodzaju męskiego, rozmawiające między sobą po hebrajsku, o wzroście dobrze ponad 180, miały uczucie, że niższych, starszych, mniej hałaśliwych można odsuwać jak przedmioty. Zostałam popchnięta przez takiego młokosa, a inny wszedł przede mnie, kompletnie zasłaniając estradę. Żywiołowo sprzeciwiłam się szturchaniu, jak również zasłanianiu. Bardzo byli zdziwieni, ale ustąpili.

Znalazłam potem interesujące wzmianki na temat zachowań młodych Żydów w Krakowie: „Wycieczki młodych Izraelczyków do Polski nie cieszą się dobrą sławą. Wysyłani przez rodziców i opiekunów na 'pielgrzymki Zagłady' obwiniają nas o Holokaust, okazują wrogość, niszczą pokoje hotelowe, a od świata odgradzają ich uzbrojeni ochroniarze”. Niewątpliwie, coś w tym jest. Kiedy po koncercie wracałyśmy zatłoczonymi – pomimo północy – uliczkami Kazimierza, tuż za nami wypadła z okna hotelu na pierwszym piętrze butelka i rozbiła się o bruk – odpuściłam, w końcu mnie nie poturbowała. Koncert był piękny, muzyka wspaniała, Janusz Makuch jaśniał inteligencją i refleksem – przypominałam sobie, aby nie szarżować na recepcję tego hotelu. U Giny na stole pojawiła się kryształowa karafka z wiśniówką na domowych wiśniach z ogrodu jej mamy. Lizałam jedynie brzeg kieliszka, bo w Polsce obowiązuje zero tolerancji dla kierowców, a czekał mnie powrót do domu.

Autor: Halina Kaczmarczyk