Szczepić się czy nie szczepić, oto jest pytanie

337
FOTO: EPA

Od dnia, w którym zostało ogłoszone dopuszczenie do obrotu szczepionki przeciwko SARS Covid-19, nie milkną dyskusje, nawet bardzo burzliwe, między zwolennikami i przeciwnikami szczepień. Nie jest to nowe zjawisko, ponieważ spolaryzowanie na dwóch odmiennych biegunach zdania na ten temat ma dość długą historię.

Nie jestem entuzjastką szczepień, chociaż wiem, że wyeliminowały wiele chorób i ratują życie. Od lat stoję na stanowisku, że szczepimy za dużo, za małe dzieci i absolutnie nie powinno się używać szczepionek połączonych 5 w jednym, 6 w jednym i nie wiadomo ile jeszcze, bo trzeba dać czas, by organizm uporał się z jedną dawką, a nie bombardować od razu bronią atomową. I nade wszystko uważam, że należy badać, badać i jeszcze raz badać, zanim cokolwiek się poda dziecku czy dorosłemu.

Moje traumatyczne doświadczenia z córką, która urodzona zdrowa, 4-kilogramowa, po pierwszej szczepionce jeszcze w szpitalu miała wyraźne objawy, które powinny zaalarmować fachowców, chociaż zaalarmowały tylko mnie – młodą i „przewrażliwioną” matkę. Po drugim szczepieniu zapadła w śpiączkę. Dlatego jak nikt rozumiem obawy wszystkich, którzy nie chcą się szczepić, ale może przestańmy opowiadać bzdury, choćby takie, że zostanie nam zmienione DNA! Nie dziwię się, że pod koniec XVIII wieku, kiedy po eksperymentalnych szczepieniach Edwarda Jennera, który ropę od osoby zarażonej krowianką umieścił w nacięciu na ramieniu ośmioletniego Jamesa Phippsa, uważano, że szczepionym w ten sposób wyrosną rogi. Ale teraz? Czy w XXI wieku ktoś wierzy w przeróżne teorie spiskowe, które nie mają nic wspólnego z wiedzą? Szczepienie jest dobrowolne. Warto w tej sytuacji używać w dyskusji sprawdzonych argumentów, bo tylko wiedza może nam w tym momencie pomóc w podjęciu racjonalnej decyzji.

Wiem, że szczepienia mogą nieść powikłania, kalectwo i śmierć. Pamiętajmy jednak też, że przed erą szczepień choroby zakaźne, ze względu na wysoką śmiertelność, stanowiły plagę ludzkości i budziły strach wśród ludzi na całym świecie, dlatego szukano czegoś, co uchroni przed zachorowaniem.

Bardzo wcześnie, bo około 1000 roku, zauważono związek między narażeniem na daną chorobę a odpornością. Pierwsze próby stosowania pierwowzoru szczepień podjęto w Indiach. Podawano wówczas proszek ze startych strupów lub ropy, pobranych od chorych z łagodnym przebiegiem ospy. W XVI i XVII wieku choroby zakaźne szybko się rozprzestrzeniały, głównie w zatłoczonych i brudnych miastach. Wybuchały epidemie ospy prawdziwej, odry i krztuśca. W 1525 roku w Indiach około 8 000 dzieci zmarło z powodu ospy prawdziwej, a dane pochodzące z  XVI-wiecznej Anglii wskazują, że aż 30 proc. wszystkich dzieci umierało przed 15. rokiem życia, prawdopodobnie z powodu czerwonki, szkarlatyny, krztuśca, grypy, ospy i zapalenia płuc.

Mieszkańcy USA zapewne wiedzą, że szacunkowe dane mówią o tym, iż rdzenni mieszkańcy Ameryki nie mający naturalnej odporności przeciw ospie, odrze, krztuścowi, dżumie, tyfusowi i malarii, łatwo zapadali na te choroby po kontakcie z przybyszami z Europy i 80–95 proc. rdzennej populacji umarła z ich powodu w ciągu 150 lat.

Wiek XVIII był w tej dziedzinie przełomowy i miło wiedzieć, że w ogromnej mierze stało się to dzięki kobiecie, lady Mary Montagu, żonie brytyjskiego ambasadora w Konstantynopolu. Z powodu czarnej ospy zmarł jej brat, a ona sama została bardzo oszpecona, dlatego chciała wszelkimi sposobami uchronić swoje dzieci. Strach przed chorobą był tak ogromny, że zdecydowała się w 1720 roku na inokulację ospą swojej córki i syna. Metoda, która polegała na pobraniu płynu z pęcherzy ospy i wtarciu go w nacięcie na skórze zdrowej osoby, zdobyła  dużą popularność.

Wśród tysięcy dzieci z sukcesem inokulowanych w Anglii w 1757 r. był też ośmioletni chłopiec. Nazywał się Edward Jenner. Później, gdy został lekarzem, zauważył, że kobiety zajmujące się dojeniem krów nie chorują na ospę prawdziwą lub przechodzą ją łagodnie. Jenner powiązał ten fakt z wcześniejszym przebyciem przez nie zakażenia łagodną krowią ospą i w przeprowadził eksperyment, polegający na zaszczepieniu ośmioletniego chłopca wirusem ospy krowiej. Prawie równo 200 lat później, bo w 1980 roku, Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że ospa prawdziwa będąca jedną z największych plag ludzkości, została wyeradykowana (zwalczona).

Następnym niezwykle ważnym odkryciem było opracowanie przez Louisa Pasteura szczepionki przeciwko wąglikowi i  wściekliźnie. Stosowaną do dziś szczepionkę przeciwgruźliczą BCG opracowano w latach 20. XIX wieku. Dokonali tego Albert Calmette i Camil Guérin. Kolejne osiągniecia XX w. pozwoliły naukowcom na opracowanie szczepionek przeciwko wielu ostrym i przewlekłym chorobom zakaźnym, takim jak: gruźlica, błonica, krztusiec, tężec, dur wysypkowy, żółta gorączka i grypa. Po II wojnie światowej do użycia wdrożono szczepionki wirusowe, przeciwko poliomyelitis, odrze, śwince, różyczce, ospie wietrznej, wzw typu B i wzw typu A.

Obecnie wakcynolodzy nadal pracują nad opracowaniem nowych szczepionek , które będą bezpieczne i skuteczne przeciwko takim chorobom jak: HIV, malaria, wzw typu C, gorączka denga czy przeciw zakażeniom bakteryjnym Clostridium difficile czy Pseudomonas aeruginosa.

Ogromnym wyzwaniem są prace nad szczepionkami, które spowodują, że układ odpornościowy będzie skutecznie atakował komórki rakowe, co mogłoby doprowadzić do znacznego zmniejszenia zapadalności na nowotwory.

Pamiętajmy też o wkładzie Polaków: w 1920 r. Weigl wynalazł szczepionkę przeciw durowi plamistemu, a w 1950 roku prof. Hilary Koprowski metodą hodowli wirusów w laboratorium odkrył szczepionkę przeciwko wirusowi polio (poliomyelitis), wywołującemu chorobę Heinego-Medina (do masowego użytku weszły jednak preparaty wynalezione przez amerykańskich naukowców – Alberta Sabina i Jonasa Salka, a nie Polaka). Tyle krótkiej historii, a odpowiedź na pytanie, czy szczepić się czy nie, to ciągle dobrowolny wybór każdego z nas.