Teren nieogrodzony. Szycie przez życie.

31

Wszystkie kobiety w mojej rodzinie szyły. Prababcia halki pod sukienki pani dziedzicowej na przedwojennym dworze. Babcia – wyprawki dla niemowląt w obszarpanej, powojennej Polsce, ponoć czyniła cuda ze starych prześcieradeł i przetartych koszul. Moja mama szyła na zaczepkę i pogróżkę PRL-owskim pustostanom w sklepach. Ja przez długi czas szyłam z rozpędu i czystej ciekawości.

Nowoczesna maszyna do szycia Bernina z rozbudowaną bazą ściegów i programów do haftowania, prezent od męża po przeprowadzce do USA, była przez długi okres czasu bardzo wierną towarzyszką mego życia. Operator telefoniczny inkasował ode mnie wysokie opłaty za rozmowy transoceaniczne, w czasie których opisywałam to cudo mamie, do dziś posiadaczce ciężkiego jak czołg, radzieckiego modelu Łucznik. Wspominałyśmy babcię i prababcię, które szyły wyłącznie w ręku, bo nigdy nie zmajętniały na tyle, by było je stać nawet na najtańszego Singera z napędem nożnym. Rozpływałam się nad niezwykłą skutecznością mojej Berniny w procesie wszywania zamków do spodni i marszczenia spódnic. Łucznik mamy do dziś nie ma na koncie ani jednego zamka wszytego bez zerwanej nitki lub, co zdarzało się równie często, obowiązkowej przerwy na prace konserwacyjne już w kilka minut od podłączenia maszyny do prądu.

Po pierwszej wizycie w amerykańskim sklepie z materiałami i kontakcie z szufladami pełnymi saszetek z wykrojami oraz katalogów, gdzie modelki prezentowały końcowy efekt każdego krawieckiego projektu, przez kilka dni chodziłam jak pijana. Ze szczęścia rzecz jasna. Zderzałam tę wizytę z okolicznościami „polowania” na materiał na moją sukienkę do komunii. Mamie udało się go wreszcie kupić za grube (zbyt grube) pieniądze na czarnym rynku, czyli od sąsiadki handlującej tekstyliami podsyłanymi jej przez krewnych z zagranicy. Jedwab na kreację studniówkową, czarny, bo wymarzonego granatu handlarka akurat nie miała, pochodził z bazaru Różyckiego, jej wykrój na stronach z „Trybuny Ludu” krawcowa przygotowała na podstawie publikacji Barbary Hoff w „Przekroju”.

Przeprowadziłam się raz, drugi, trzeci, kolejny. Razem ze mną wędrowała Bernina i kosze pełne materiałów i saszetek, część nawet nieotwarta, bo nabywałam je „na wyrost”, snując wizje krawieckich przedsięwzięć. Urodziły się dzieci. Kącik do szycia powiększył się o wzory na pajacyki i stos miękkich tkanin w brzuchate misie, kaczuszki, księżniczki. Różowy polarek przeznaczony na halloweenowy kostium Prosiaczka. Duża połać seledynowej frotki w żółte kropy na basenowe ręczniko-szlafroki.

Oglądam to wszystko i cierpnie mi skóra. Kiedy ostatni raz siedziałam przy maszynie robiąc cokolwiek innego niż zwężanie w pasie odzieży dla młodszej córki, niewymiarowego „patyczaka”, z którego spodnie dobre na długość spadają na kostki przy zapiętym guziku. Pięć lat temu? Siedem?
Ciężką i nieposuwistą Berninę już dwa lata temu wymieniłam na przenośnego, leciutkiego Brothera. Spokojnie da sobie radę z nogawkami od spodni. Gładzę wierzchem dłoni kaczuszki na flanelce i niemodną fryzurę „na grzybka” u pani na okładce saszetki z wykrojem równie niemodnej spódnicy. (O nie, mamo, błagam, powiedz, że ty się tak nie czesałaś?!). Im też już pora iść. Ich czas już się skończył.
Z szyciem jest jak z życiem. Nie wszystkie plany się materializują, nie każdy materiał, choć idealny w danej chwili, sprawdza się w późniejszym planie. Z niektórych projektów, jak z marzeń, człowiek wyrasta. Nie musi to nawet być bolesne. Boleśniejsze bywa odkrycie, że coś nam się gdzieś nie mieści i żyjemy z poczuciem dyskomfortu, ograniczenia. A wystarczyło zrobić remanent i wyrzucić z dna szafy stare dzieje, które nie mają już znaczenia.
– Mamo, kiedy nauczysz Młodszą szyć na maszynie? – zapytała jakiś czas Starsza.
– A to już TEN czas? – zdumiałam się szczerze.
– No wiesz, jak ja byłam w jej wieku… – przypomniała mi. I dodała: – Mówiłaś, że w naszej rodzinie wszystkie kobiety zawsze szyły. Dlatego TEN plan musisz zrealizować, żeby nie wiem co!

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney