Test z cywilizacji

1
Foto: PEXELS.COM

Tego lata ominęło mnie mnóstwo złych wieści ze świata, w tym tych wychodzących z USA. Okopując się lokalnie na polskiej prowincji zajęta byłam zaciekłą, w porywach donkiszotowską i z góry skazaną na przegraną walką o zdrowie rodziców, występując przeciwko wiatrakom polskiej służby zdrowia.

Nieszczególnie polecam tę metodę jako sposób na odstresowanie się poprzez brak kontaktu z technologią i ekranami. Przynosi ona ze sobą stertę własnych, specyficznych stresów i udręk, też grożących spadkiem nastroju, a nawet i całkowitym załamaniem się psychicznym. W sztambuchu moich osobistych wspomnień numerem jeden niewątpliwie pozostanie 13-godzinny pobyt z ojcem na oddziale SOR. Mimo skierowania – a nawet dwóch od dwóch różnych lekarzy! – na badania w warunkach szpitalnych przyczyn drętwienia i częściowego paraliżu kończyn dolnych, niechodzącego, ponad 80-letniego ojca odesłano do domu, a lekarz dyżurujący tego dnia na oddziale nie zadał sobie nawet trudu oględzin rzeczonych kończyn. Na karcie wypisu uwieczniono diagnozę: nadciśnienie.

Ordynator oddziału wewnętrznego, choć życzliwy i gotowy pomóc, rozłożył bezradnie ręce informując mnie, że to skutki kolejnej „reformy” polskiego szpitalnictwa. Odkąd izby przyjęć przeniesiono na SOR-y, orzeczenia o przyjęciu do szpitala wydają nie specjaliści, a lekarze dyżurujący, w większości zwyczajni interniści. Znajomi wśród personelu lokalnego szpitala szeptali mi jednocześnie na ucho, że reforma przynosi niesamowite, fantastyczne wręcz z punktu widzenia ekipy rządzącej, skutki. Po raz pierwszy odkąd ktokolwiek sięga pamięcią, 30 procent oddziałów wewnętrznych w polskich szpitalach, tradycyjnie najbardziej obłożonych chorymi, dziś świeci pustkami. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze władza z entuzjazmem lokuje w kolejnych programach w stylu „plus”, a także proces dalszego „ludwikowania się” polskich kast rządzących, żeby było jasne – po obu stronach tak samo. Z ostatnich afer polecam odlotowe przypadki dziś już eksmarszałka Sejmu Kuchcińskiego oraz zakupy posła Neumanna.

Moje „unplugging” nie było efektem świadomej decyzji. Zabrakło mi czasu i sił na newsy z szerokiego świata. Cały tegoroczny pobyt w Polsce spędziłam na wysiłkach, by mimo wrogiej postawy publicznej służby zdrowia i tak porobić rodzicom badania i rozpocząć ratujące im życie leczenie kanałami niezależnymi od Narodowego Funduszu Zdrowia. Po tych doświadczeniach mogłabym rzec, że chylę jeszcze niżej czoło przed wszystkimi dzielnymi obywatelami w Polsce skazanymi na tak skrajnie dysfunkcyjny i wyzuty z przyzwoitości i odpowiedzialności system publicznych usług zdrowotnych. Polityczne pucze i wymiany całych rządów odbywały się w historii z wiele błahszych przyczyn, niż proceder znęcania się władzy nad własnymi obywatelami. Dlaczego rodacy nad Wisłą się na to godzą? Co ich motywuje do trwania w stuporze przyzwolenia na ten stan rzeczy? Oto jest pytanie!

Odpowiedź, a przynajmniej jej próba przyszła niedługo po tym, jak – udając się w podróż powrotną do USA – na znów podłączyłam się do świata w wymiarze globalnym. Gazety zabrane na pokład samolotu wciąż huczały od komentarzy na temat tragicznej serii strzelanin w USA w pierwszy weekend sierpnia. Przetarłam ze zdumienia oczy, widząc deklarację prezydenta Trumpa, że jest pełen entuzjastycznego wsparcia dla zmian w przepisach o dostępie do broni i na dobry początek całym sercem popiera plan wprowadzenia tzw. uniwersalnej weryfikacji danych każdego nabywcy broni.

Wylądowałam na amerykańskiej ziemi targana sprzecznymi emocjami. Z jednej strony koktajl ze smutku, żalu, przerażenia i buntu, że oto kolejna masakra, że machina śmierci pod postacią uzbrojonych po zęby obywateli, wśród których raz po raz komuś pęka jakaś struna i kończy się publiczną masakrą niewinnych osób, jest tak wielka i rozpędzona, że nic dziwnego, iż nie dajemy rady jej powstrzymać. Z drugiej jednak światełko nadziei. Każda, najmniejsza nawet próba powstrzymania i wyhamowania tej machiny jest na wagę złota. Każda transformacja gdzieś, od czegoś się przecież zaczyna.

Minął tydzień i z tamtych emocji pozostał tylko gorzki koktajl. Światełko ma strzaskaną żarówkę i porwany w strzępy żarnik. Trump głosi, że traktuje swoją pierwotną deklarację jak przejęzyczenie, które nigdy nie powinno było zaistnieć, a prawicowi komentatorzy, choć w pierwszym odruchu też dostarczali żarówce prądu orzekając, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, że jednak chyba nie problemy psychiczne jednostek, a liczba oraz rodzaj składowanej w domowych amerykańskich arsenałach broni, stoją za epidemią masowych strzelanin w USA, też popisowo „fiknęli”. Wystarczył tydzień, a wróciliśmy do „normalności”. Głosimy, że nasze dzieci w szkołach giną z rąk wariatów i mamy problem z dostarczaniem opieki psychiatrycznej do wszystkich potrzebujących, ale sama broń jest dobra i cacy. Opuszczają głowy i wycofują się w stupor przyzwolenia nawet ci, którzy nie uważają, że w istocie jest dobra i cacy. Dlaczego?

Coraz trudniej uciec przed mroczną konkluzją, że stworzyliśmy i zagospodarowujemy dzisiaj świat, w którym istotne problemy obywatela przestały być dla władzy najważniejsze. Najważniejsze są wybory i sztuczki, dzięki którym można te wybory wygrać. Droga ku temu prowadzi zaś nie poprzez rozwiązywanie istotnych problemów wyborcy, a mechanizm wręcz odwrotny. Od jak najdalszego odwiedzenia obywateli od myśli o ich prawdziwych bolączkach. Najlepiej w tej roli sprawdza się taktyka zastraszania mas widmem wroga, nieważne, do jakiego stopnia podkręconego w swej potworności czy nawet całkiem fake’owego.

Czy amerykańska prawica z Trumpem na czele rzeczywiście wierzy, że każde najmniejsze nawet ograniczenie w dostępie do broni to jednanie się z wrogiem, z konspiratorami i zdrajcami podstawowych amerykańskich wartości, wśród których na pierwszym planie stoi wolność? Czy wszyscy członkowie grupy trzymającej obecnie w Polsce władzę są szczerze i fundamentalnie przeświadczeni, iż związki jednopłciowe doprowadzą kraj do upadku? Czy naprawdę nie widzą sprzeczności w agitacji na rzecz przemocy względem drugiego człowieka a pryncypialnym nauczaniem płynącym z religii, której deklarują bezwarunkową wierność i cześć? Oczywiście, że nie. Nie mam też wątpliwości, że i polskim, i amerykańskim prawicowcom jest w tych układach myślowych wręcz niewygodnie i źle, źle najnormalniej w świecie po ludzku, źle moralnie i etycznie. Nie zmieniają jednak kursu, bo o ile wyborca omotany jest sieciami ich manipulacji, o tyle oni sami czują się skrępowani pętami systemu, w jakim operują i ze swego punktu widzenia szukają jedynie dróg wyjścia z własnej matni. Nie chcę tu, broń Boże, niczego usprawiedliwiać, ale przypomnę znane powiedzenie, że wszystko, więc systemy polityczne i ekonomiczne też, ma to do siebie, iż wychodzi dopiero w praniu. Z jakichś przyczyn, które pojawiły się w efekcie naszych własnych wyborów i działań na przestrzeni ostatnich lat, współczesne pralki serwują nam demokrację, która coraz częściej zbacza na manowce populizmu, a aparaty władzy zmienia w nieustające komitety wyborcze zapatrzone niemal wyłącznie w swoje słupki i notowania. Co najciekawsze, nawet nie za bardzo można mieć tu do kogokolwiek pretensje. Intencje były przecież dobre, a ze skutkami ubocznymi jest tak, że nie zawsze muszą wystąpić. To właśnie rola i definicja prania.

Jak to wszystko się skończy? Dokąd dojdziemy? Gdzie jest granica naszego wygodnictwa, zgody na przehandlowywanie siebie w zamian za wymierne zyski, poczucie zwolnienia z własnego myślenia? To trudne wyzwanie, możliwe, że najtrudniejsze – nie przyjmować politycznego przekupstwa, zbyt prostych rozwiązań, czuć i myśleć za siebie. Czy nas na to stać? Jako jednostki, jako społeczności i społeczeństwa? Czas pokaże, czy cywilizacyjny postęp, którym się tak chełpimy, istnieje naprawdę, czy jednak to tylko pobożne życzenie gatunku, którego największą wadą od początku jego istnienia pozostaje pogarda wobec lekcji z własnej przeszłości.