„Titanikiem” po zdrowie

74
FOTO: PEXELS.COM

Jak ognia unikać będziesz rozmów o polityce – głosi jedno z najważniejszych przykazań na kamiennych tablicach wskazujących drogę do udanego życia towarzyskiego. Komu na tym życiu zależy, a kto mieszka na co dzień po zachodniej stronie Atlantyku, ten stosuje się dzisiaj do jeszcze jednego przykazania, mianowicie: I nie będziesz rozmawiał o opiece zdrowotnej w USA.

Że jest kiepsko, wszyscy wiemy. Że ceny kosmiczne, że do specjalistów i tak trzeba czekać w długiej kolejce, że jak trzeba wykonać zabieg, lecz nie w trybie natychmiastowym, to warto zadać sobie trud i podejść do sprawy identycznie jak do zakupu nowego samochodu czy kompletu mebli. Może się bowiem okazać, że namierzona przez nas klinika (szpital, poradnia itp.) planuje policzyć sobie za usługę trzy razy tyle, ile policzyłby ktoś inny, także współpracujący z naszą ubezpieczalnią.

Od lat bardzo świadomie, by nie rzec z premedytacją, uprawiam buddyzm w sprawach dotyczących amerykańskiej opieki zdrowotnej. Comiesięczne składki na ubezpieczalnię wyższe niż spłata kredytu za dom? Buddyzm i przerzutka na system „deductible” z nadzieją, że jeśli nie rozjedzie nas w ciągu roku wszystkie siedem plag, wydatki będą niższe niż suma dwunastu comiesięcznych składek oraz towarzyszących im opłat od każdej wizyty u lekarza. Okazuje się, naturalnie, że taniej wcale nie jest, ale gdy w połowie roku dochodzimy do górnego pułapu kosztów własnych, jakie musimy uiścić, nim do akcji wkroczy refundacja z ubezpieczalni, to jesteśmy do przodu o tyle, że przez następnych sześć miesięcy mamy lepszy humor, widząc naliczenia, z których uiszczamy jedynie frakcję. A że nadzieja umiera ostatnia, więc buddyzm – w każdy rok wkraczamy z nadzieją, że może plagi odpuszczą i wtedy faktycznie „zaoszczędzimy”. Wreszcie buddyzm, czyli oddychanie przeponą na uspokojenie, gdy okazuje się, że tubka maści na trądzik dla nastolatki nie jest refundowana, a kosztuje tyle, ile pierścionek z małym diamentem w promocji walentynkowej. Podobne oddechy na okoliczność odkrycia, że cena za przebadanie moczu wysyłana przez laboratorium do ubezpieczalni, a cena obowiązująca osoby płacące za takie badanie z własnej kieszeni to różnica w skali 3:1. Płacimy tę pierwszą, bo wciąż nie dotarliśmy do progu deductible. Oddechy, przepona, oddechy, buddyzm, spokój, wyłącznie spokój. I zdecydowanie buddyzm, gdy lekarz rodzinny zamiast patrzeć na nas w trakcie wizyty siedzi zgarbiony nad komputerem i – chyba? – usiłuje wprowadzić w ekranowe arkusze każde wypowiadane przez nas słowo. Osłuchuje nas w wielkim pośpiechu, bo kończy mu się 15-minutowe okienko, jakie dla nas ma, i wychodzimy z dziwnym poczuciem, że internetowa wizyta u lekarza, w którego rolę wciela się robot, właściwie nie różniłaby się tak bardzo od tego, czegośmy właśnie doświadczyli, a jaka byłaby oszczędność: i na rachunku za poradę, i w czasie, i na benzynie, bo przecież nie trzeba by było wtedy nawet ruszać się z domu. Buddyzm, buddyzm, buddyzm.

Mimo najszczerszych chęci czasami jednak buddyzm pęka, i to w najmniej stosownych okolicznościach.

– Wyjaśnijcie mi, o co chodzi, bo właśnie dostałam list z ubezpieczalni, że nie pokryje kosztów badania laboratoryjnego, gdyż nie widzi „medycznej potrzeby” robienia tych badań. Badań, podkreślę, zleconych przez lekarza! Czy to znaczy, że wy, lekarze, przestaliście być w oczach ubezpieczalni fachowcami podejmującymi decyzje o tym, jak badać i leczyć waszych pacjentów? O moim zdrowiu ma decydować… no właśnie, kto właściwie? Urzędnik?

Pytanie to zadałam dwóm sąsiadom, z którymi spędzaliśmy towarzysko weekendowy wieczór. Tak się składa, że obydwaj wykonują zawód lekarza. Mąż zgromił mnie błyskawicą zdesperowanego wzroku. Faux pas było ewidentne, złamałam przykazanie, ugryzłam się w język, ale było już za późno.

– Ha! Mnie zamiast po zabiegu od razu wysłać do chirurga plastycznego, wysłali do domu z maścią antybiotykową! I oczywiście, że wdało się zapalenie, bo to specjalista powinien był od razu zszywać. Ale moja ubezpieczalnia też nie widziała takiej potrzeby. A ja ze szkoły medycznej pamiętam, czego nas uczyli, i co? – pierwszy sąsiad, kardiochirurg, świeżo po zabiegu usunięcia nowotworu podstawnokomórkowego z twarzy, ochoczo włączył się do rozmowy.

– Ja już od jakiegoś czasu, jak opisuję schorzenia i rany, to tak, by stan pacjenta wyglądał na gorszy, niż jest w istocie ,właśnie po to, żeby ubezpieczalnia nie mogła w żaden sposób podważyć mojej decyzji – dorzucił drugi sąsiad, lekarz pogotowia.

Wstrzymaliśmy z mężem oddechy.

– Czyli wam, jako pracownikom służby zdrowia, też się ten nielitościwie nam panujący system nie podoba? – uściśliłam.

– Nie podoba? – obaj aż unieśli się z krzeseł. – O, moi drodzy, od czego by tu w ogóle zacząć?

Resztę wieczoru, absolutnie świadomi śmiertelnego grzechu towarzyskiego, jaki gremialnie popełniamy, spędziliśmy na przerzucaniu się między sobą horrorami z życia pacjenta (my) oraz z życia pacjenta i lekarza (nasi goście). Był to zdumiewająco udany wieczór.

Wpadł mi niedawno do ręki raport, który alarmował, że po raz pierwszy w historii USA satysfakcja zawodowa wśród lekarzy spadła do poniżej 30%. Co trzeci lekarz rozważa do tego wycofanie się z zawodu w ciągu najbliższych kilku lat. Dawniej frustrację – i nikt z tym się nie krył – rekompensowały amerykańskim lekarzom lwie zarobki. Dzisiaj zarobki dalej są lwie, specjaliści zarabiają więcej niż kiedykolwiek, lecz czara goryczy i tak się przelała, również po ich stronie. Mają poczucie, że również z nich (z nas, pacjentów, już dawno) system uczynił trybiki, które coraz mniej znaczą i coraz mniej mogą. A ponieważ ten sam system całą odpowiedzialność za cudze życie wciąż przekierowuje na ich barki, mają coraz mniej ochoty w tym procederze współuczestniczyć.

Z jednej strony cieszę się, że złamałam przykazanie, bo dało mi to możliwość przyjrzenia się światu z innej strony, a pod jakimś – kuriozalnym – względem także usatysfakcjonowało, iż ci, którzy stoją po przeciwnej stronie naszej medycznej barykady, też dostają w kość. Lekarski kitel przed niczym ich nie chroni. Z drugiej strony jestem zmrożona wizją przyszłości. Lekarzy brakuje już dzisiaj, zwłaszcza internistów. Cały system kuleje tak bardzo, że jeśli zacznie kuleć jeszcze mocniej, to właściwie nie będzie dał rady w ogóle utrzymać się na nogach. Nie wiem, przed czym, jako nacja, Amerykanie tak bardzo się bronią i co oprotestowują w ramach zmian w opiece zdrowotnej, jeśli po zdrowie płyniemy „Titanikiem”, a góra lodowa już rysuje się na horyzoncie. Mądre szczury opuszczają statek, zanim zacznie tonąć. Więc jednak naprawdę czas się pakować?