To lockdown or not to lockdown?

150
FOTO: PEXELS.COM

Stoimy u rozwidlenia dróg. Obie prowadzą do celu, pozostaje jednak pytanie, jak. Jedna droga być może doprowadzi nas szybciej, ale za cenę wyższego ryzyka – szafowania ludzkim zdrowiem i życiem. Druga wolniej – może ocali nam życie, ale za to ryzykujemy większe zubożenie naszego świata, może nawet wywrócenie jego dotychczasowego porządku do góry nogami na dłuższą metę.

Eksperci nazywają to „fatygą izolacyjną”. Mnie bardziej pasuje nazwa: „tradycyjna amerykańska niecierpliwość i ignorancja”. Choć statystyki zakażeń i zgonów na koronawirusa wcale nie wyglądają po tej stronie świata dobrze, raczej mamy do czynienia z falą, która w wielu miejscach nawet nie podeszła jeszcze najwyżej jak może, Ameryka ma dość. Niech nikt się nie łudzi, że decyzje o otwieraniu kraju mają coś wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Wystarczy spojrzeć w pierwszy lepszy serwis informacyjny, żeby zobaczyć, że że mijają się kompletnie z zaleceniami lekarzy i ekspertów. Nie tylko amerykańskich, ale wszystkich, z całego świata. Nie, tu chodzi o to, co zawsze. Ameryka, to odwieczne dziecko, którego największym wrogiem jest monotonia i konieczność utrzymywania koncentracji i uwagi przez dłuższy czas, właśnie doszła do miejsca, w którym poczuła, że cała ta zabawa w kwarantannę przestała się jej podobać. Znudziła ją, zmierziła swoim nicsięniedzianiem, jednostajnością i przewidywalnością. Pora na coś innego, panie i panowie, inaczej oszalejemy! A wiadomo, szaleństwo z nudów jest najgorsze, o wiele gorsze niż np. szaleństwo na skutek podejmowania ryzyka. Poza tym, nie zapominajmy, że my ryzyko mamy wpisane w nasze narodowe DNA. Czym byłaby Ameryka bez skrajnych ryzykantów stawiających na najbardziej niebezpieczną kartę i potem wygrywających właśnie dlatego, że im się niebywale i na przekór zdrowemu rozsądkowi poszczęściło? Stawka była większa niż życie, a oni wygrali i życie, i prosperity. No już, niech każdy odpowie sobie na pytanie sam: czy chce dalej siedzieć w domu i odgrywać rolę przestraszonego dziadunia stukającego palcem w statystyki podsuwane mu przez nie mniej przestraszonych i nudnych ekspertów, czy woli, jak to było kiedyś w znanej piosence, zdobywać góry? Kto nie z nami, ten przeciwko duchowi Ameryki!

No dobrze, koniec z żartami. Śmiesznie nie jest, a będzie jeszcze mniej śmiesznie, jeśli okaże się, że ryzyko, na które gotowość deklarują rosnące rzesze Amerykanów – mówię oczywiście o wracaniu, społecznie i ekonomicznie, do stanu sprzed pandemii – jednak okaże się w tych wyścigach źle obstawionym koniem. Jest to nie tylko możliwe, ale dość prawdopodobne, biorąc pod uwagę lekcje z historii. Sęk, jak zawsze, w tym, że Ameryka nienawidzi odrabiać lekcji, a już zwłaszcza lekcji z historii. Na dokładkę zasłania się tym samym, co zawsze – infantylnym argumentem, że reszta świata to pesymiści, podczas gdy ona jest niereformowalną optymistką i wierzy, po prostu wierzy, że tym razem może być inaczej. Jak inaczej? A po prostu. Tym razem, gdy tornado przejdzie przez środek miasta, może właśnie będzie tak, że nie ucierpi żaden dom? Gdy w lesie wybuchnie pożar, może właśnie, na przekór logice, nie spali się ani jedno drzewo? Jak Ameryka długa i szeroka, miasto po mieście i powiat po powiecie zapłaciły sto lat temu przeraźliwą cenę za to, że w obliczu szalejącej wówczas „hiszpanki” otwarto kraj i zniesiono restrykcje społeczne zbyt wcześnie. Najbliższa mi metropolia – Denver w stanie Kolorado – przodownik ruchu na rzecz jak najszybszego powrotu do stanu „business as usual”, już w ciągu kilkunastu dni od zniesienia restrykcji odnotowała rekordową, i to nie tylko dla stanu, ale całego USA, statystykę zgonów i zachorowań. Miasto na gwałt znów zaczęło się zamykać, ale dewastacja już się dokonała. Biorąc pod uwagę straty w ludziach oraz straty na skutek ograniczeń, które po nawrocie pandemii musiały teraz trwać jeszcze dłużej, ekonomiczny bilans wyszedł miastu zdecydowanie na minus. I to wielki. Identyczna sytuacja miała miejsce m.in. także w San Francisco. Nie mówię oczywiście, bo najnormalniej w świecie tego nie wiem, czy miasta i stany, które właśnie szykują się do zniesienia restrykcji, pójdą w ślady Denver sprzed stu lat. Oby tak się nie stało. Na pewno jednak mamy do czynienia z tak rażącą lekcją z historii, że bardziej klarownego i dające do myślenia przykładu tutaj nie trzeba.

Przywodzi mnie to innej refleksji, która jest tutaj nieuchronna. Od zarania swych współczesnych dziejów Ameryka borykała się, i do dzisiaj właściwie boryka się z problemem, który leży u podstaw jej wielu – jeśli nie wszystkich! – bolączek na tle społecznym i instytucjonalnym. Choć ojcowie-założyciele USA zgadzali się ze sobą w kwestii tego, że chcą stworzyć po tej stronie świata państwo-ideał w myśl najnowszych zdobyczy myśli politycznej i ekonomicznej, nie potrafili zgodzić się w kwestii kluczowej: roli, jaką w nowym państwie ma odgrywać rząd. Podziały były głębsze i bardziej uwarunkowane czynnikami „cywilizacyjnymi”, niż spłycany częstokroć argument o sporze między miejskimi elitami z Północy (frakcja Aleksandra Hamiltona, zwolennika silnego rządu) i wolnościowców z Południa (frakcja Thomasa Jeffersona, orędownika rządu „apatycznego”). W sporze chodziło o to, że Północ już wtedy była bardziej uprzemysłowiona, zurbanizowana i wyczulona na wyzwania społeczne, stąd dostrzegająca – w zupełnie nowoczesnym tego słowa znaczeniu – potrzebę silnego rządu i zachowań wspólnotowych w imię zapewnienia godnego życia wszystkim mieszkańcom, również tym, którzy nie są w stanie na siebie zapracować. Operujące i żyjące wciąż w systemie wartości neofeudalnych Południe, z wiecznie żywą ideą bezwzględnej rywalizacji i dochodzenia do upatrzonych celów po przysłowiowych trupach, preferowało ustrój, w którym rząd w niczym obywatelom nie przeszkadza, a zwłaszcza nie reguluje „naturalnych”, jak wierzono, „praw natury”. Te ostatnie tłumaczono w kontekście protestanckiego wyznania wiary. Kolejna spora różnica między Północą a Południem leżała w stopniu religijności tamtejszych społeczności, mianowicie, że Bóg nagradza zdolnych i pracowitych, a reszta po prostu niewystarczająco się stara. Echa tego sporu ideologicznego towarzyszą nam do dziś na każdym kroku i w każdej sferze życia. Wszędzie tam, gdzie pada pytanie o to, czy i na ile państwo powinno zapewniać obywatelowi choćby minimum ochrony w ramach tzw. parasola socjalnego, czy raczej traktować społeczeństwo jako zbiór jednostek, z których każda odpowiedzialna jest wyłącznie za siebie, zaś jakakolwiek pomoc i ochrona dla mniej uprzywilejowanych, czy to ekonomicznie, czy mentalnie i edukacyjnie, jest wyłącznie wynikiem dobrej woli tych, którzy chcą ją ofiarować.

Orędownicy rozbijania wiszących obecnie na państwie kłódek – pomimo całego, związanego z tym ryzyka – to nic innego, jak smutne przypomnienie, że Ameryka nie uporała się – i kto wie, może nigdy nie upora – z pryncypialnym pytaniem o to, kim właściwie jest i kim chce być. Krajem ze swojej własnej konstytucji świadomie pracującym na to, by każdy obywatel miał prawo żyć w wolności i godności, z równymi szansami na realizację swych marzeń i celów, czy krajem, którym rządzą prawa Darwina: każdy dla siebie i tylko pod siebie, przetrwają wyłącznie najsilniejsi. W sytuacji, w jakiej się znajdujemy obecnie, największym paradoksem jest oczywiście fakt, że może się okazać, iż ci, którzy przetrwają, wcale nie będą tymi, którzy są najzdolniejsi i najmądrzejsi.