Trump nie je dzieci

9

Zadzwoniłam do znajomej mieszkającej w Polsce. Co słychać, pytam, a ona, że nie ustaje „kwik oderwanych od koryta”. I na tym samym wdechu, podniecona, zasypała mnie rewelacjami, że Trump jest szpiegiem rosyjskim i działa w porozumieniu z Putinem. Dzięki Bogu idzie mu coraz gorzej i republikanie mają go usunąć z partii.

A kto podaje takie rewelacje? Jak to kto? „Wyborcza”! Źle to idzie mediom – prostuję. – „Wyborczej” też. Republikanie co najwyżej kontestują kandydata, a i to jedynie niektórzy. Co innego fakty, co innego propaganda. Po zjeździe republikanów (18-21 lipca 2016 r.) notowania Trumpa poszły w górę, mimo zarzutów, że elementy przemówienia jego żony Melanii były plagiatem wystąpienia Michelle Obamy sprzed ośmiu lat – obie panie głosiły niczego niewnoszące komunały. Copywriter trupy wyborczej miliardera tak się przejął, że poprosił o dymisję. Szef się nie zgodził.

Oczekiwano iluminacji Hillary Clinton, która miała zaćmić republikańskiego kontrkandydata na konwencji demokratów (25-28 lipca 2016 r.). Oratorskie fajerwerki nie wypaliły, a przemawiający mełli slogany na temat wielkości i nadzwyczajności narodu amerykańskiego oraz misji światowej USA. Oględniej o bezrobociu i biedzie. Nawet wystąpienie pani Obamowej, unisono powierzającej bezpieczeństwo swoich córek kandydatce na prezydenta, nie wpłynęło znacząco na wzrost popularności Hillary. Po zakończeniu zjazdu demokratów Donald Trump zwołał konferencję prasową, na której zadał, w tamtej sytuacji, retoryczne pytanie, dlaczego Hillary Clinton miała tylko jedno spotkanie z prasą, ginące w mrokach początków kampanii. Powszechnie wiadomo, że dziennikarze chcieliby rozdrapywać emailową aferę związaną z atakiem na konsulat w Bengazi, czego komitet demokratyczny bał się jak diabeł święconej wody. Zainteresowanie libijską korespondencją pani Clintonowej z czasem opadło, więc WikiLeaks udostępniło następne kilkadziesiąt tysięcy e-maili, tym razem dotyczących Partii Demokratycznej i kampanii wyborczej.

Oczywiście zapytano Donalda Trumpa, kto, jego zdaniem, znowu włamał się do najlepiej na świecie strzeżonych skrzynek partyjnych i w jakim celu. Trump odparł, że tajemnic typu, jak dołożyć innemu kandydatowi z partii – chodziło o Berniego Sandersa – nie umieszcza się na serwerach, według niego łatwych dla hakerów. Na następne pytanie, jakby się zachował, gdyby jemu skradziono tajne dokumenty, odparł, że stara się nie korzystać z poczty internetowej. Włamania tam może dokonać każdy o IQ zbliżonym do 200; Chińczyk, Rosjanin, Amerykanin, w ramach rozgrzewki intelektualnej przed śniadaniem. Wyłowiono z listy Rosjanina i popłynęła pieśń o Trumpie i Putinie – do zdarcia dysku. Bezpodstawnie. 10 sierpnia 2016 roku zamordowano nad ranem, wieloma strzałami w plecy, Setha Richa, który to najprawdopodobniej, udostępnił zawartość e-maili Partii Demokratycznej. Na miejscu miliardera zwiększyłabym ochronę.

W godzinę po występie republikańskiego kandydata wypowiedział się sam prezydent Barack Obama, szybkość jego reakcji świadczy o powadze sytuacji. Jako już wytrawny polityk, czyli wyćwiczony w produkowaniu nieprawdziwych komunikatów, spokojnie ogłosił, że pan Trump nie nadaje się na prezydenta. Mało przekonujące, bo w ten sposób miliarder znalazł się w zupełnie niezłym towarzystwie Ronalda Reagana, o którym Gerald Ford powiedział, że się absolutnie nie nadaje na prezydenta, bo w Gabinecie Owalnym nie ma miejsca na powtórzenia, jak na planie. Uszczypliwy komentarz w stosunku do nie najwyższych lotów kariery aktorskiej Reagana. Osiem lat temu, według opinii znawców, obecny prezydent też się nie nadawał. Czy niesłusznie?

W czasie konferencji Trump mówił do rzeczy, reagował szybko i inteligentnie, ale nie o to chodzi, bo każde jego słowo miało być obrócone przeciw niemu i tak się stało. Media osiągnęły stan paniki (zupełnie jak w Polsce po przegranej PO), wpadły w trans kreowania sylwetki kandydata na prezydenta. Trump powinien przedstawić świadectwo psychiatry, że jest poczytalny. Potem opowiadano, jak niewłaściwie zareagował na płaczącego bobasa z widowni. Obojętne, co by wtedy powiedział, media zbliżyły jego portret do obrazu kanibala rozszarpującego dziecięce ciałko. Stąd już tylko mały kroczek, aby „Wyborcza” napisała: Trump zjadł dziecko. Wystąpienie kandydata republikańskiego w detroickim klubie ekonomicznym – poważne merytorycznie i opanowane emocjonalnie, pomimo piskliwej kontestacji płynącej z sali (krzyki w okolicach górnego c) – zostało rozniesione przez krytykę.

O przewrotności medialna! Najpierw miano mu za złe, że jego przemówienia są spontaniczne, a rezonans publiczny, jaki wywołują, jest niewłaściwy i media się dziwią, dlaczego ludzie słuchają. Otóż dlatego, że elektorat już nie łyka poprawności politycznej. Teraz znowu po wystąpieniu, w czasie którego posługiwał się teleprompterem, został wyśmiany, bo outsider Trump nagle zaczął się zachowywać niczym wyjadacz kongresowych kuluarów. O zawartości przemówienia ani słowa. Co bardziej zajadli jednym tchem nazywają Trumpa narcyzem i kabotynem. A który polityk nie pasuje do takiego opisu? Im bliżej tych cech, tym wyższe stanowisko. Minął tydzień, nazwany najgorszym jak dotąd dla miliardera, i, już-już, a Hillary Clinton wyprzedzi rywala dwucyfrowym wynikiem. W Wisconsin jej przewaga wynosi około 12%, ale na Florydzie tylko 2%. Bloomberg twierdzi, że demokratka prowadzi 6 punktami, a NBC cytuje jak musi, czyli republikanin przegrywa 10 punktami.

Korporacyjna światowa śmietanka boi się wygranej republikanina, który obiecuje rewizję porozumienia NAFTA, podpisanego 1 stycznia, 1994 r. przez Billa Clintona, również stawia pod znakiem zapytania akceptację jakiejkolwiek następnej umowy „free trade”, za co dostaje frenetyczne brawa na wiecach. Hillary Clinton, ambitna żona Billa, oddana duszą i stanem konta globalnie sterowanemu kapitałowi, chyba ugięła się pod wpływem aplauzu dla rywala, który rozumie obywatelską nienawiść do imperialistycznych dążeń karteli o światowym zasięgu, i obiecała rewizję całej umowy TPP, jeśli zostanie prezydentem. Może być zbyt późno, bo Barack Obama, w odpowiedzi na jej próby radykalizacji, wystąpił i z całą mocą zaznaczył, że to on jest ciągle prezydentem i dlatego będzie dążył do jak najszybszego podpisania kolejnej umowy o wolnym handlu. Tylko że nastawienie na świecie może spowodować, że ją podpisze sam ze sobą. W dziedzinie wojny ma więcej szczęścia. Chcąc ułatwić życie następczyni, znowu wysłał wojska do Libii, aby chronić szalenie kruchy rząd. Ciekawe, który? Ostatnio słyszałam, że są dwa, a mogły się namnożyć niekontrolowanie, o czym nic nie wiemy, bo Libię zrujnowała demokracja i trudno o internet.

Nie koniec afer emailowych Hillary Clinton – ktoś się na nią uwziął. Trzeci włam i tym razem okazało się, że jej fundacja ma powiązanie ze State Department. Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. Polityka dla niektórych to nie byle jaka intrata. Hillary Clinton została podsumowana na 45 milionów dolarów, z czego 24 miliony zarobiła w roku 2014 czyli po rozniesieniu w puch, na spółkę z Obamą, krajów Bliskiego Wschodu i północnej Afryki. Jeśli wygra Donald Trump, będzie osamotniony na swej reformatorskiej drodze, bo republikanie kongresowi już rwą włosy z głów na taką ewentualność. Boją się. On faktycznie może posłać całą tę niepotrzebną sforę pijawek rządowych na trawę mniej zieloną niż ta przed Białym Domem, ale nie jest zupełnie pewne, czy nie śni mu się kariera dyktatora. Niewątpliwie jednak rząd i prezydent Rzeczypospolitej znajdują się w komfortowej sytuacji – mają całą partię i z grubsza pół narodu za sobą, Trump – pół narodu.

Autor: Halina Kaczmarczyk