Tuskowe “haratanie w gałę”

154
Donald Tusk FOTO: EPA

Każdego dnia pada kolejna, strącana przez poprzednią, kostka domina wydarzeń, które oddalają Polskę od unijnego wsparcia. Gdy już wydaje się, że coś zatrzyma ten ciąg, kostki dostają przyspieszenia. Gdy kilka dni temu na krótkiej konferencji prasowej w Sopocie Donald Tusk stwierdził, że wrócił z Brukseli, gdzie przed posiedzeniem Rady Europejskiej odbyło się spotkanie szefów rządów zrzeszonych w Europejskiej Partii Ludowej (Tusk stoi na jej czele już do wiosny), pomyślałam, że zbliża się katastrofa. Nie wierzę, że ten człowiek, mimo własnych zapewnień, robi wszystko, by nikt w UE nie chciał pozbawić Polski środków z Krajowego Planu Odbudowy (KPO).

Boję się tuskowej “gwarancji” że te pieniądze nad Wisłę trafią. Z jednej strony mam nadzieję, że tymi zapewnieniami próbuje się prezentować jako “mąż opatrznościowy” kraju i dlatego nie na rękę jest mu zupełna blokada tych środków, z drugiej pamiętam, że będąc przewodniczącym Rady Europejskiej nie raz szkodził Polsce, jeśli uznawał, że służy to jego partykularnym interesom.

Tak było chociażby w sprawie zgody na zaostrzenie unijnej polityki klimatycznej (redukcja CO2 o 40 proc. do roku 2030 i zmniejszenie liczby darmowych pozwoleń na emisję dla Polski), którą to w imieniu państwa podpisała mianowana na stanowisko z polecenia Donalda Tuska Ewa Kopacz, czy rok później podczas inspirowanej przez niego zdrady Grupy Wyszehradzkiej. Przypomnijmy, że w 2015 roku premier zmieniła wypracowane wcześniej ustalenia Grupy Wyszehradzkiej w sprawie administracyjnego rozdziału imigrantów, zgodnie z którymi mieliśmy wraz z innymi zgłosić sprzeciw wobec tego mechanizmu. Polska zdradziła kraje z Grupy i zagłosowała za jego utworzeniem, co dało początek uruchomienia przymusowych relokacji.

Dopiero powołanie rządu Prawa i Sprawiedliwości oraz zawarcie na nowo porozumienia w tej sprawie z Węgrami, Czechami i Słowacją, przy wsparciu kilku innych krajów, doprowadziło do zablokowania mechanizmu, z którego następnie wycofała się też sama Unia.

Wówczas też, jak dziś za kopalnię w Turowie, mieliśmy płacić karę. Sam Donald Tusk kilkakrotnie zabierał głos w tej sprawie i za każdego nieprzyjętego, relokowanego przez Unię emigranta Polska miała płacić po 200 tysięcy euro – kwoty te rzekomo powinny być potrącane ze środków przekazywanych z unijnego budżetu.

Jak to historia lubi się powtarzać, prawda? Podobnie jak teraz Donald Tusk kreuje się na przybyłego na białym koniu zbawiciela, tak samo przed laty – w grudniu 2016 r. w czasie słynnego “puczu sejmowego” przyjechał do Polski, tak do końca nie wiadomo, czy jako „król Europy”, czy jako były premier i przewodniczący partii, czy raczej jako rycerz – wybawiciel z misją tworzenia „rządu tymczasowego”. Jak to się skończyło, dobrze wiemy i król wrócił do Brukseli bez lenna. Ale nie zapomniał porażki. Zaledwie dwa miesiące później poparł sankcje na Polskę zaproponowane przez KE, czym wprawił w niemałe zaskoczenie obecnych na sali, choćby samego ówczesnego przewodniczącego Komisji Europejskiej J. C. Junckera, któremu najwyraźniej trudno było pojąć, jak można występować tak jawnie przeciwko własnemu krajowi.

FOTO: EPA

To, co tu wymieniłam, to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej, o ilu rzeczach nie mamy pojęcia? Ile jeszcze było i będzie takich podziękowań (tylko cichych) jak to podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim partyjnego kolegi Niemca Mafreda Webera, który dziękował za zorganizowanie antyrządowych demonstracji w Warszawie? Dlatego jestem pełna obaw, gdy słyszę, że Donald Tusk znów coś dla Polski w Unii „załatwia”. Oby tylko nie zostały przeharatane w gałę nasze, polskie interesy.