Ucieczka z Manhattanu

793
Popyt od wiosny na nieruchomości w Hamptons winduje ich ceny do rekordowych wysokości FOTO: WIKIPEDIA.ORG

Pandemia koronawirusa to nie tylko kryzys zdrowotny na niespotykaną skalę, to także kryzys ekonomiczny i społeczny. Zamknięcie niekluczowych działów gospodarki i usług jednych całkowicie pozbawiło pracy, drugich przeniosło do domowych biur, naprędce stworzonych w sypialniach, narożnikach pokojów gościnnych, na gankach i w piwnicach.

Manhattańskie biurowce, tworzące największe skupisko finansowo-bankowe w USA, od dawna będące symbolem globalnej dominacji miasta, opustoszały. Dobrze zarabiający i zarabiający jeszcze więcej uciekli z epicentrum wirusa do swoich weekendowych posiadłości, gdzie, z uwagi na rzadsze zaludnienie, ryzyko zakażenia się koronawirusem jest mniejsze.
Punktem docelowym exodusu bogatych nowojorczyków są ich tradycyjne enklawy w Hamptons, na końcu Long Island, gdzie obecnie popyt na nieruchomości winduje ich ceny do rekordowych wysokości. W drugim kwartale 2020 roku podskoczyły o 21 procent w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. Pogoń za domami tamże porównywana jest do biegania po sklepach niezamożnych mieszkańców Wielkiego Jabłka w celu zakupu papieru toaletowego i ręczników papierowych w początkowych tygodniach pandemii, których nagle wszystkim zabrakło.
Właściciele domów w Hamptons, głównie spędzających w nich lato, tym razem zjechali już wiosną, co spowodowało opróżnienie półek sklepowych i stworzyło obawę przeludnienia szpitali. Dystrykt oświaty w Amagansett, powiat Suffolk, przewiduje podwojenie liczby uczniów w nowym roku szkolnym, podobnie sytuacja przedstawia się we wszystkich Hamptons, co oznacza, że ich wakacyjni mieszkańcy zostają na dłużej. Nowojorskie restauracje, w których bywają elity, podążyły za klientami i otworzyły tam swoje przybytki na czas pandemii.

Ucieczka bogatych nowojorczyków na prowincję to kataklizm dla miejsc, w których szukają schronienia, ale także katastrofa dla Nowego Jorku. To utrata podatków od nieruchomości ekskluzywnych sklepów, hoteli, restauracji, a także z transakcji kupna-sprzedaży. W kwietniu miasto i stan Nowy Jork zebrał łącznie 78,5 miliona dolarów z tytułu zmiany właściciela nieruchomości komercyjnych i prywatnych, co jest ogromnym spadkiem w porównaniu do 217,5 mln uiszczonych miesiąc wcześniej.
Agenci nieruchomości przez ponad trzy miesiące nie mogli fizycznie pokazywać pomieszczeń komercyjnych, mieszkań i domów, w związku z tym w kwietniu tylko 1660 posiadłości rezydencyjnych zmieniło właściciela, co jest połową tego, co sprzedano w ubiegłym miesiącu i w kwietniu 2019 roku.
Obecnie, gdy pięść pandemii w mieście i stanie poluzowała, gubernator – w przeciwieństwie do stanów Południa i Zachodu – zezwolił na powrót do biur. Firmy jednak nie kwapią się do otwierania szeroko drzwi swoim pracownikom. Nie rozważają, jak bezpiecznie znowu posadzić ich przy biurkach, debatują, czy wszyscy mają wrócić. Nieznana dotąd sytuacja zmusiła pracodawców do przeniesienia miejsc pracy do domów i, ku ich zaskoczeniu, okazało się, że nie jest źle. To z kolei dało im do myślenia, czy jest sens ciągle płacić wygórowany komercyjny czynsz za nieużywaną powierzchnię, którą nie wiadomo kiedy znowu zapełnią.

Pytanie, które egzekutywa też sobie zadaje, brzmi: czy nie zdecydować się na wynajęcie biura poza miastem, gdzie pracownikom byłoby bliżej i bezpieczniej, bo nie musieliby korzystać ze środków masowej komunikacji? Rozwiązanie takie, poza mniejszym ryzykiem utraty zdrowia i życia, byłoby również o wiele tańsze.
Wszystko to pokazuje, jak bardzo dbają o siebie ludzie z wyższych sfer społecznych. Po ponad miesiącu od czasu, kiedy mają już możliwość pracy w biurze, tylko około 10 procent doń wróciło. Większość instytucji finansowych i banków inwestycyjnych zapowiada, że planuje zwiększenie liczby zatrudnionych przychodzących do biura po Labor Day albo dopiero po Nowym Roku, uzależniając to od tego, czy nastąpi druga fala pandemii. Na razie ucieczka z Manhattanu trwa.