Uderzanie się w cudzą pierś nie działa

0
5

Na pogrzebie zamordowanego podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy prezydenta Gdańska padło wiele słów i apeli o wzajemny szacunek. Wdowa po Pawle Adamowiczu mówiła, że jej mąż uczył miłości, otwartości i współczucia w małej ojczyźnie, Gdańsku. Wyraziła nadzieję, że to dobro rozleje się dalej, że podziały zaczną się zacierać, że skończy się fala nienawiści. „Dziś potrzebna jest nam cisza, ale cisza nie może oznaczać milczenia, bo milczenie jest bliskie obojętności.

Wszyscy musimy zrobić rachunek sumienia, co robiliśmy, gdy obok działo się zło, gdy padały złe słowa” – mówiła Magdalena Adamowicz. A dominikanin, o. Ludwik Wiśniewski, prywatnie przyjaciel prezydenta Gdańska, przekonywał, że nie można dłużej być obojętnym „na panoszącą się truciznę nienawiści na ulicach, w mediach, w internecie, w szkołach, parlamencie, a także w Kościele”. Ale to nie koniec mocnych słów.

O. Wiśniewski mówił też, że „człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji w naszym kraju”. No i zamiast się skończyć, to się zaczęło. Dociekanie, o kim mowa, „no bo przecież nie o mnie”, i prawie natychmiast poleciały ciosy w cudze piersi. Tak jest najłatwiej. „W obliczu ludzkiej tragedii PiS zachował się jak trzeba. Niestety, totalna opozycja i część mediów wykorzystała to nieszczęście jako kampanię wyborczą do politycznych ataków na Zjednoczoną Prawicę. Nie będziemy bierni na supozycje, kłamstwa i insynuacje” – grzmiała na Twitterze rzeczniczka partii rządzącej Beata Mazurek.

Z kolei lider partii opozycyjnej, Platformy Obywatelskiej, Grzegorz Schetyna, poproszony o komentarz do wypowiedzi o. Wiśniewskiego, odparł: „Pytanie, czy ci, do których jest skierowana, potrafią wysłuchać tego i potrafią to zrozumieć. To jest wezwanie do tych, którzy spowodowali tę sytuację, oni powinni to usłyszeć”.

Machina wzajemnego oskarżania się (a przecież były apele o opamiętanie!) ruszyła nie tylko między politykami, ale też między stacjami telewizyjnymi. TVN uważa, że spiralę nienawiści nakręca TVP, a Telewizja Publiczna o „jadowity” język debaty publicznej oskarża stacje prywatne. A my, może trochę przypadkowo, niechcący dajemy się wciągać w te wojenki.

Także w naszych, polonijnych komentarzach nie brakuje słów, które lepiej, żeby się nie pojawiły. Nie chcę być źle zrozumiana, bo opinie są potrzebne, ale szkoda, że część z nich tak mocno jest nasączona skrajnymi emocjami. Zdarza się, że niektórzy nasi Czytelnicy mają pretensję za usuwanie ich komentarzy. Ale skoro wplatane są w nie wulgaryzmy, no to sami Państwo rozumiecie…

Debata jest potrzebna, w końcu jest częścią demokracji, tak samo jak spór i ocena. Ale ważne, by dyskusja prowadzona była na poziomie, jakimkolwiek, ale poziomie. Tymczasem lepiej jest walić, nawet niekiedy bez sensu, byle tylko zadać cios, byle wyszło na moje. MOJA NAJWAŻNIEJSZA RACJA.

Dobrze, że temat nienawiści wybrzmiewa ostatnio tak głośno, ale nie jest to pierwszy raz, kiedy pojawiają się apele o opamiętanie. Historia pokazuje, że może i dają ukojenie nerwów, ale niczego nie są w stanie zmienić. Żremy się na potęgę, a głównym powodem najczęściej jest właśnie ta „moja racja”, a każdy, kto myśli inaczej, jest „szmatławcem”, „aparatczykiem”, „zdrajcą”, albo – w lżejszej formie – „nie zna się”. Jakiś czas temu Jan Wołek, malarz, poeta, pieśniarz, napisał tekst, który tak bardzo jest dziś aktualny: „Trwoga, ludzie, wielka trwoga. Trzeba nam wyznaczyć wroga. Bo inaczej, Panie, Pany. Same się powyrzynamy. A w niedzielę, jak w niedzielę, spotykamy się w kościele”. Wtedy, choć przez chwilę uderzamy się we własne piersi, mówiąc „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Dlatego błagam was bracia i siostry”… o opamiętanie! – chciałoby się dodać

Autor: ANNA ARCISZEWSKA