Ukradzione, podarowane

108
FOTO: EPA

Ukradli nam półtora roku życia! – desperują moje córki u progu nowego roku szkolnego. Obie wróciły do nauki stacjonarnej. Myślałam, że przyjmą to z ulgą i radością, a one z uporem patrzą wstecz.

Gdy w piątek odbieram Młodszą ze szkoły, pyta czy możemy wpaść do sklepu.

– Potrzebne mi są dobre karty. Muszę potrenować wróżenie – wyjaśnia.

– Przyszłości? – upewniam się.

– Mamo! – patrzy na mnie jak na kosmitkę i oczywiście ma rację.

– A po co ci to, jeśli można wiedzieć?

– Bo znów chcę pomagać przy tej imprezie halloweenowej w centrum kultury i muszę przygotować dla dzieciaków atrakcje. A przepowiadanie przyszłości cieszyło się bardzo dużym powodzeniem w ubiegłym roku! A nie, czekaj, nie w ubiegłym. To było dwa lata temu…

Młodsza zawiesza głos, odwraca głowę. Dobry humor pryska jak mydlana bańka. Dojeżdżamy do sklepu, ale Młodsza nie wysiada.

– W szkole mamy z tym problem cały czas. Ktoś mówi: Jak to robiliśmy w zeszłym roku, a ktoś zaraz przerywa: W zeszłym czy dwa lata temu? I oczywiście chodzi o dwa lata temu. Taki szmat życia całkowicie wyjęty z życiorysu. Zeszłego roku nie było. Po prostu się nie wydarzył.

– Nieprawda. Przesadzasz. Był, a wydarzyło się całkiem sporo – bronię linearnej teorii czasu.

Młodsza robi minę, którą jednoznacznie daje mi do zrozumienia, że oczywiście mogę myśleć i mówić co chcę, ale ona wie swoje. Bierze głębszy wdech, ręka już na klamce, gotowa jest wreszcie wysiadać. Odwraca się w ostatniej chwili.

– Ale nawet nie to jest najgorsze. Bo gdyby chociaż było tak, że tego roku nie było, ale zaczynamy w miejscu, w którym skończyliśmy. Nie, my zaczynamy w miejscu, którego wcale nie znamy. Bo ten rok, którego nie było, zmienił wszystko. Nic nie będzie już takie, jak myśleliśmy, że będzie. A może w istocie nie będzie już nic – kończy na nutę zupełnie dla siebie nietypową, pełną strachu, rezygnacji.

Nie idę za nią, bo nie mam żadnego pomysłu na kontynuowanie tej rozmowy. Zostaję w samochodzie.

Wieczorem dzwoni Starsza. Nareszcie. Przez cały tydzień unikała telefonów i ledwie dawała znać, że żyje. Nawet zdjęcia kota w pozie z kluskiem w pyszczku nie poprawiały jej nastroju na tyle, by odezwać się jakimś dłuższym sms-em.

– Wiem, że muszę to ogarnąć, ale chwilowo jest bardzo trudno – mówi. – Myśl, że jeszcze przed chwilą byłam na początku studiów, tyle miałam planów, tyle rzeczy chciałam zrobić, a tu nagle… już prawie koniec? To już ostatni rok? Moja ostatnia jesień, wiosna na kampusie? I do tego wcale nie jest powiedziane, że normalna? Gdzie się podziało osiemnaście miesięcy? To jest czarna dziura po prostu. Ja tak nie chcę. Nie jestem gotowa!

– Nikt ci nie zabrania realizować tych planów. Idzie ku lepszemu, a świat stoi przed tobą otworem. Zwłaszcza kursy językowe za granicą, bo o to głównie chodzi, tak? Może twój ojciec już nigdy nie wróci do biura, może wywiadówki w szkole już zawsze będą wyłącznie online, ale szkoły językowe na całym świecie otworzą się, jeśli jeszcze się nie otworzyły, jako jedne z pierwszych. Nie mam cienia wątpliwości!

– Mamo! – odzywa się z tą samą nutą niedowierzania i przygany, co wcześniej jej siostra. – Daruj sobie. Chodzi mi o dużo więcej, chodzi mi o całokształt i doskonale to wiesz. Wszystko się zmieniło.

Minęła dwudziesta rocznica 9/11. Ja też czuję potrzebę wykrzyczenia, że nie zgadzam się na to, co mnie otacza. Pamiętam dzień tego horroru doskonale, ale i pamiętam z tamtych czasów. Entuzjazm i zapał, z jakim oddawałam się pracy i zgłębianiu „niuansów” Ameryki dla polskich mediów, bo byłam już wtedy od kilku lat amerykańską korespondentką. Pamiętam nieugiętą pewność, że wszystko co złe jest do naprawienia. Że jeśli coś się popsuło, zacięło, zboczyło z kursu prokurując ludzkie cierpienie i niesprawiedliwość, to będzie tylko kwestią czasu, raczej krótkiego, by przyszła naprawa, poprawa, polepszenie. Bo czy jest wyższa wartość niż ludzkie życie? Zdrowie? Nad empatię, wspólnotę i uczciwość jednego człowieka wobec drugiego? Czy może być dla państwa i dla narodu większy ideał niż wizja przyszłości i rozwoju w duchu inkluzywności i sprawiedliwości? Tragedia 11 września, choć była dramatem na niewyobrażalną skalę, była też niezwykłym momentem, gdy wydawało się, że teraz naprawdę wszystko będzie można zmienić. Na lepsze.

FOTO: EPA

Dwadzieścia lat później nie zmieniło się nic. Pod wieloma względami czuję się jak moje córki. Oto dwadzieścia lat, które mi wymazano z życia. Osiemnaście miesięcy, na które narzekają one – to pestka! Mam coraz mniej siły i ochoty pisać o tych samych sprawach, problemach i wymagających natychmiastowej uwagi stanach pogotowia, o których piszę od ponad dwudziestu lat. Odwoływać się do tych samych – z uporem maniaka tych samych, jeżeli wręcz nie gorszych! – nie znikających ani przyczyn, ani skutków. Wskazywać na te same propozycje, co i jak rozwiązać, by ruszyć z miejsca. Ubolewać wreszcie, nad tymi samymi mechanizmami, które wykolejają zasady politycznego i społecznego życia, dając wrażenie – to samo, a jakże! – że siedzimy w pociągu pędzącym ku przepaści, a jedyne co nas nie opuszcza to świadomość, że tak dalej być nie może. Nie powinno. Dlaczego więc jest? W którym momencie Ameryka przestała się starać? Kiedy przestało jej zależeć na sobie samej? Kiedy w nas ukorzeniła się kapitulacja, że lepiej/inaczej po prostu nie będzie? Bo żeby być mogło, musiałoby zmienić się WSZYSTKO. Współczuję moim dzieciom, bo to co czują boli do żywego. Jednak wracając myślami do smutnej, wrześniowej rocznicy z płonącymi wieżami w tle, życzę sobie i im z całego serca, by totalna zmiana, w sprawie której się buntują, naprawdę się wydarzyła.